czwartek, 27 lipca 2017

Amerykańscy bogowie

To nie jest kraj dla bogów

Do Amerykańskich bogów wracam po latach, zdopingowany emisją nieźle zapowiadającego się serialu. Jest to najdłuższa powieść Neila Gaiman, określana w recenzjach jego najważniejszym dziełem. Nie potwierdzę i nie zaprzeczę, muszę najpierw przeczytać lub powtórzyć inne jego książki. Jedno jest jednak pewne – powieść jest świetna, wciągająca, wielowątkowa, napisana prosto i bez skomplikowanych formalnych fajerwerków. Domaga się tylko zwracania uwagi na szczegóły podczas czytania, ponieważ Gaiman potrafi czasami zostawić w treści pewne zakamuflowane drogowskazy, mówiące o tym jak rozumieć dalsze wydarzenia.

Bezimienny bohater nazywany Cieniem, po trzech latach odsiadki w stanowym więzieniu dowiaduje się, że wyjdzie szybciej. Jego ukochana żona Laura zginęła wraz z jego najlepszym przyjacielem w wypadku samochodowym. Zdruzgotany Cień, którego w dobrej formie psychicznej trzymała tylko myśl o wspólnym życiu z żoną po wyjściu z więzienia, musi szybko wziąć się w garść, zamknąć przeszłość i ułożyć sobie przyszłość. W trakcie podróży do domu spotyka tajemniczego mężczyznę, który proponuje mu pracę szofera i ochroniarza. Cień przyjmuje propozycję (bo czy ma coś lepszego teraz do roboty?) i wplątuje się w wydarzenia, które przerastają jego najśmielsze wyobrażenia i poddają w wątpliwość jego zdrowy rozsądek. Nowy przełożony Cienia, każący się nazywać Panem Wednesday, szuka starych, zapomnianych już istot (bogów, bogiń, demonów, duchów, skrzatów), w które wierzyli ludzie przybywający na przestrzeni dziejów do Ameryki. Próbuje poderwać ich do walki z nowymi bóstwami nowoczesnego świata, jakimi są spersonifikowany internet, telekomunikacja, telewizja, pieniądz, reklama i komercja. Dosłownie.

Okazuje się bowiem, że zarówno starzy jak i nowi „bogowie” (cudzysłów zamierzony, o czym później) żyją między ludźmi. Jest leprechaun z irlandzkich legend, niemiecki kobold, Eostre, czyli anglosaska bogini wiosny, Thoth i Anubis z Egiptu, arabski dżinn, indyjska Kali, haitański Baron Samedi, królowa Saby i wielu innych (nie wymieniam tych najważniejszych dla fabuły, aby nie spojlerować). Amerykanie w nich już nie wierzą, zapomnieli o legendach swoich przodków. I tak powstali „nowi bogowie” pod postacią mediów, internetu, czy globalizacji. Gaimanowska Ameryka to nie jest kraj dla starych bogów. Wydawać by się mogło, że podobnie jak u Cormaca McCarthy’ego mamy do czynienia ze smutnym widokiem zmierzchu starych, dobrych wartości na rzecz pustej i wiecznie zmiennej rzeczywistości McŚwiata. Tylko, że to nie do końca jest tak. Bo Ameryka to nie jest kraj dla żadnych bogów.


Neil Gaiman zadaje w powieści kilkakrotnie te same pytania. Pytania, na które odpowiedzi są zupełnie oczywiste. Kim są tak naprawdę amerykańscy bogowie? Czy to oni stworzyli ludzkość, czy może sami zostali przez nią stworzeni? Zanim zajmiemy się tymi pytaniami, zadajmy sobie inne: Czym jest Ameryka? Jaką funkcję pełniła ona od zarania dziejów, od czasów, kiedy pierwszy homo sapiens przekroczył Cieśninę Beringa i postawił stopę na terenie dzisiejszej Alaski? Niezależnie od tego czy przybyszami byli praprzodkowie Indian, prehistoryczni Ajnowie, Wikingowie, hiszpańscy konkwistadorzy, szesnastowieczni Purytanie, afrykańscy niewolnicy, europejscy dziewiętnastowieczni koloniści, współcześni nielegalni imigranci z Meksyku – Ameryka była zawsze krainą potencjału. Była to szansa na nowy start, odcięcie od korzeni, nieograniczona paleta możliwości. Może wydać się to paradoksalne, ale Ameryka była tym nawet dla afrykańskich niewolników – Gaiman mówi o tym w rozdziale wspominającym powstanie Haiti. Jedni wykorzystali swoje szanse, inni je przegapili, jeszcze inni nie poradzili sobie z Nowym. Jednak każdego człowieka, zawsze i wszędzie napędzała wiara w to że może się udać. Ludzie zawsze w coś wierzą, tacy już są.

Wiara u Gaimana ma moc sprawczą. Wiara urealnia bogów, pozwala im chodzić między ludźmi. To my ich stworzyliśmy. Zatem nie są tak naprawdę Bogami lecz „bogami”, naszym zbiorowym wyobrażeniem o absolucie, krążącym memem, psychologicznym wirusem. Gaiman pisze o tym, że gdy przybysze odkryli potencjał amerykańskiej ziemi, symbolizowany przez tajemniczą postać olbrzymiego bawołu, uwierzyli przede wszystkim w samych siebie i w to, że stworzą sobie nowe życia w nowym świecie. Przywiezieni przez nich „bogowie”, funkcjonujący w „Starym Świecie” jako duchowa ostoja ale i bicz na społeczeństwo, siłą rzeczy tracą swoją bytową podstawę, blakną i rozpływają się w powietrzu. Wednesday mówi Cieniowi o tym, że Stany Zjednoczone to kraj bez duszy. Nikt nie jest Amerykaninem z pochodzenia. USA to jedyny kraj na świecie, który martwi się o to czym jest. Inne kraje po prostu wiedzą czym są, nie trzeba szukać serca Norwegii lub duszy Mozambiku. W Ameryce nie chodzi już o to czym bogowie są lub nie są. Chodzi o to za kogo uważają ich ludzie. I tak są wymyśleni, więc ważni. Najważniejsze dla ludzi są wymyślone rzeczy, to wokół ludzkich wyobrażeń kręci się cywilizacja. Ludzie wierzą, przywołują byty do istnienia a potem nie ufają swoim tworom. Zaludniają ciemność duchami, demonami, legendami, Świętymi Mikołajami, Elvisami, elektronami, wirtualnymi pieniędzmi, etykietami na paczkach z żywnością, Walmartami a potem to porzucają. 


W Gaimanowskiej Ameryce widać to najlepiej. Żadna religia się tu nie zakorzeni, żadna nie przetrwa. Starzy bogowie to symbol ojczystych krajów, umierające wspomnienie tego „jak to kiedyś w domu było”, które musi umrzeć, skapitulować przed potencją Nowego Świata. A nowi bogowie będą kiedyś starymi, koło kręci się nieprzerwanie. Jedyną wieczną religią w Ameryce, jest kult amerykańskiej ziemi, bizon ryczący do Cienia: „Uwierz!”. Dopóki ludzie wierzą, świat się będzie kręcił, pamiętać trzeba jednak o tym, że to w człowieka i jego możliwości należy wierzyć przede wszystkim. Droga głównego bohatera, nie bez powodu nazwanego „Cieniem”, jest drogą ku uświadomieniu sobie tej prawdy. Drogą ku wierze w samego siebie i swój własny potencjał. Spotkana przez Cienia autostopowiczka mówi tak:

Wierzę w rzeczy prawdziwe i w rzeczy nieprawdziwe. Wierzę też w rzeczy, których prawdziwości nikt nie potrafi określić. Wierzę w Świętego Mikołaja, zajączka wielkanocnego, Marilyn Monroe, Beatlesów, Elvisa i pana Eda. Posłuchaj, wierzę, że ludzie mogą osiągnąć doskonałość, że wiedza jest nieskończona, światem kieruje tajny kartel bankierów i że regularnie odwiedzają nas obcy przybysze: mili, wyglądający jak pomarszczone lemury, i źli, raniący bydło, pragnący naszej wody i naszych kobiet. Wierzę, że w przyszłości może być tylko gorzej i... że może być lepiej. I wierzę, że pewnego dnia powróci do nas biała kobieta-bawół i skopie wszystkim tyłki. Wierzę, że mężczyźni to wyrośnięci chłopcy, nie potrafiący się porozumieć, i że upadek seksu w Ameryce wiąże się z bankructwami kin dla zmotoryzowanych. Wierzę, że wszyscy politycy to bezwzględni kłamcy, ale i tak lepsze to niż alternatywa. Wierzę, że pewnego dnia Kalifornia zatonie w morzu, a Florydą zawładnie szaleństwo, aligatory i odpadki toksyczne. Wierzę, że mydło antybakteryjne niszczy naszą odporność na brud i choroby i pewnego dnia wszystkich nas zaatakuje zwykłe przeziębienie, jak Marsjan w “Wojnie światów”. Wierzę, że największymi poetami zeszłego wieku byli Edith Sitwell i Don Marquis. Wierzę, że jaspis to wysuszona smocza sperma i że tysiące lat temu w poprzednim życiu byłam jednoręką syberyjską szamanką. Wierzę, że ludzkość zmierza do gwiazd. Wierzę, że cukierki naprawdę smakują lepiej w dzieciństwie. Wierzę, że prawa aerodynamiki nie pozwalają trzmielowi latać, że światło to jednocześnie fala i cząsteczka, że gdzieś w pudełku siedzi kot jednocześnie żywy i martwy (choć jeśli nie otworzą pudełka i nie nakarmią go, w końcu będzie martwy na dwa różne sposoby) i że we wszechświecie można znaleźć gwiazdy starsze o miliardy lat od samego wszechświata. Wierzę w mojego osobistego boga, który o mnie dba; martwi się i pilnuje wszystkiego, co robię. Wierzę w boginię uniwersalną, która stworzyła wszechświat, a potem odeszła zabawiać się ze swoimi dziewczynami i nie wie nawet, że żyje. Wierzę w pusty, pozbawiony Boga wszechświat, którym kieruje chaos, szum i ślepe szczęście. Wierzę, że każdy, kto twierdzi, iż przeceniamy znaczenie seksu, po prostu nigdy porządnie się nie kochał, a ci, którzy twierdzą, że wiedzą, co się dzieje, kłamią, choćby w drobnych sprawach. Wierzę w absolutną szczerość i małe kłamstewka. Wierzę w prawo kobiety do wyboru, prawo dziecka do życia i w to, że choć ludzkie życie jest rzeczą świętą, nie ma nic złego w karze śmierci, o ile można zaufać bez reszty wymiarowi sprawiedliwości. Wierzę też, że jedynie kretyn mógłby zaufać wymiarowi sprawiedliwości. Wierzę, że życie to gra, okrutny żart, to co dzieje się, gdy żyjemy, toteż równie dobrze możemy się nim cieszyć.

Niesamowity monolog, całkowicie oddający ideę ludzkiej wiary i jej nierozerwalność z naszą naturą. Może nieco przydługi ale nie mogłem się powstrzymać.

Powieść Gaimana jest znakomita, warta każdej spędzonej nad nią minuty. Rozbuchany scenograficznie i estetycznie serial również nie zawodzi, choć książce nie dorównuje. Twórcy odeszli nieco od fabuły i poczynają sobie z nią dość swobodnie. Nie jest to jednak najważniejsze, ponieważ serial zachował ducha powieści. Ostatni odcinek kończy się w takim momencie, że da się zrobić jeszcze ze dwa sezony – mam nadzieję, że serial utrzyma wspomnianego ducha do samego końca.

A ja nie mam chyba już wyjścia – muszę w końcu przeczytać Sandmana.

Tytuł: Amerykańscy bogowie
Tytuł oryginalny: American Gods
Autor: Neil Gaiman
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Wydawca: Mag
Data wydania: listopad 2016
Rok wydania oryginału: 2001
Liczba stron: 608
ISBN: 9788374806763


P.S. Uważni czytelnicy zwrócą uwagę na jedną rzecz. Dlaczego Gaiman tak sprytnie pomija Chrystusa? Czy wiara w niego nie jest przypadkiem zaprzeczeniem tezy o religijnej jałowości amerykańskiej ziemi? Ktoś ma jakiś pomysł?

4 komentarze:

  1. Nie tylko Chrystusa, o ile dobrze pamiętam w ogóle nie było tam bogów z religii monoteistycznych, tylko bóstwa z tych, gdzie były całe panteony. Może nie chciał się narażać opinii publicznej albo być zbyt kontrowersyjny?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja, zamiast Allaha, czy Mahometa wprowadził dżinna (ifryta dokładnie). Pogrzebię za tym, może w jakimś wywiadzie to tłumaczy.

      Usuń
    2. To jak będziesz coś wiedział, koniecznie o tym napisz, sama się zaciekawiłam :)

      Usuń
  2. Też przy okazji serialu pomyślałem o odświeżeniu sobie tej książki. AB to ogólnie długo byli u mnie w rankingu naj fantasy na 1 miejscu i jest to bez wątpienia jedna z najlepszych książek, jakie czytałem, tak z fantastyki, jak i ogólnie. W każdym razie AB naprawdę warto znać, tak pod względem czysto rozrywkowym i kreacji świata i postaci, jak i głębszej zawartości, o której jak zwykle szczegółowo i konkretnie wspomniałeś.

    OdpowiedzUsuń