Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.
Pod koniec czwartego tomu „Kaznodziei” Jesse Custer leżał na ziemi, znokautowany bardzo mocnym życiowym ciosem. Na początku tomu piątego zastajemy go stojącego na jakimś molo – fale się kłębią, niebo się chmurzy, wiatr wieje, a wierny pies waruje przy nodze. „Czasami bywa tak, że po prostu kończy ci się Ameryka” – mówi do niego Jesse, a my widzimy, że nie jest mu wcale wesoło. Co znaczą te słowa? W jaką kabałę wplątał się kaznodzieja, który postanowił znaleźć samego Boga i zadać mu kilka trudnych pytań? Co się znowu stało?
Sześć miesięcy przed tą sceną, a krótko po opuszczeniu Cassidy’ego i Tulip, Jesse dociera do prowincjonalnego miasteczka gdzieś w Teksasie. Salvation jest mieściną prosto z popkulturowych wyobrażeń amerykańskiego południa. Mały bar, biuro szeryfa, kilka domków i wielka przetwórnia mięsa tuż za miastem. Jej właściciel, pan Quincannon, karykaturalna kopia „Cegłówki” z „Przekrętu” Guya Ritchiego, trzęsie całą okolicą i opłaca szeryfa. Dzięki temu jego ludzie mogą po robocie bezkarnie rozrabiać w miasteczku a on sam zatruwa pobliską rzekę odpadami z fabryki. A dodatkowo chroni go pani adwokat, nazistka lubiąca przebierać się w czarną skórę nabijaną ćwiekami i spędzać czas w garderobie obwieszonej pejczami i portretami Hitlera.







