wtorek, 3 listopada 2026

Batman. H2sh

Loeb i Lee na równi pochyłej


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Jeph Loeb i Jim Lee mocno narozrabiali w 2002 roku. Wyszedł wtedy „Batman. Hush” w dwunastu odcinkach – tajemniczy, diabelsko inteligentny i skrajnie niebezpieczny nowy wróg Batmana przybywa do Gotham. W tym miejscu chciałbym odesłać potencjalnych czytelników omawianego dziś albumu do wspomnianego właśnie pierwowzoru. Jeśli nie znamy „Husha” nie powinniśmy czytać „H2sha”, kropka. I od tej pory nie zawaham się użyć spojlerów dotyczących tego pierwszego – bo tak trzeba.

Tommy Elliot, kolega Bruce’a Wayne’a z dzieciństwa, okazał się po latach psychopatą, pragnącym zniszczyć życie naszemu bohaterowi. Nasłał na niego całą rzeszę wrogów, ale ostatecznie skończył w wodach Zatoki Gotham postrzelony przez Harveya Denta. Za całą intrygą stał Riddler, który manipulował „Hushem” – od czasów Bane’a nikt nie był tak blisko upokorzenia Mrocznego Rycerza. Minęły lata. Uniwersum DC przeszło kilka metamorfoz – między innymi „Nowe DC” w 2011 roku i „DC Odrodzenie” w 2016. Ciągłość, w której Batman walczył z Hushem już nie istnieje – rok temu jednak Jeph Loeb i Jim Lee postanowili wrócić do swej opowieści sprzed dwudziestu trzech lat, podczas rozkręcającej się właśnie inicjatywy „DC All In”. „H2sh” ukazał się w trzeciej już serii „Batman” w odcinkach 158-163. Czy było warto odgrzewać tego kotleta?


Powiedzmy to od razu – nie. Nie dlatego, że nie dałoby się tego zrobić dobrze – w 2008 roku Paul Dini napisał „Heart of Hush”, opowieść wydaną na łamach pierwszej serii „Batmana”, w której Hush powraca i naprawdę mocno uderza w miarę poukładany świat mrocznego rycerza. Jeph Loeb i Jim Lee zrobili po prostu wszystko, aby pokpić sprawę i ściągnąć na siebie gromy czytelników. Pomysł był taki, że „Batman. H2sh” zakończy trzecią serię „Batman” (tę rozpoczętą w ramach „DC Odrodzenie”), aby przygotować grunt pod serię czwartą, rozpoczynającą wielką inicjatywę „DC All In”. No, jak kończyć, to po męsku. Panowie niestety nie podołali – były huczne zapowiedzi wielkich eksplozji, a skończyło się zamokłym kapiszonem. I to takim wołającym o pomstę do nieba.


Batman dostaje łupnia od Jokera, zostaje uratowany przez pojawiającą się ni z tego, ni z owego Talię al-Ghul, z którą ma syna Damiana, a potem postanawia Jokera schwytać. Okazuje się, że ktoś zrobił to przed nim, skatował go niemal na śmierć i zostawił dogorywającego w wesołym miasteczku jako żywo przypominającym to z „Zabójczego żartu” Alana Moore’a. Batman może nie robić nic – Joker umrze i skończą się wszystkie problemy. Zresztą, należało mu się. Może też go uratować, co do tej pory robił zawsze niezależnie od tego, ile ofiar Joker miał na liczniku. Narazi się wtedy swą decyzją Bat-rodzinie. Joker jest testem, przed którym powracający nagle z niebytu Hush stawia Batmana, choć nie wiadomo właściwie co chce osiągnąć. Zdyskredytować człowieka – nietoperza? Zwrócić przyjaciół przeciwko? A liczba członków najbliższego otoczenia Batmana jest naprawdę liczna – Barbara Gordon jako Batgirl, Nightwing, Huntress, Damian Wayne jako nowy Robin i – uwaga – Jason Todd, który jednak żyje, działa jako Red Hood i na pewno nie wybaczy swemu mentorowi tego, że ocalił Jokera.


I tak się to zaczyna. W „H2sh” pojawi się cała plejada przyjaciół i wrogów Batmana, wchodzących ze sobą w najróżniejsze sojusze - a także nowa, absurdalna postać o pseudonimie „Silence”, wyglądająca jak Maui z „Vaiany”. Jeph Loeb pisze swój komiks tak, jakby dwadzieścia trzy lata kontinuum DC dzielące pierwszego „Husha” od drugiego w ogóle nie istniały. A to jest poważny problem, poważne niedopatrzenie. Przecież ten scenarzysta ma za sobą rzeczy genialne – chociażby „Długie Halloween” i „Mroczne zwycięstwo”. Teraz napisał coś, co przypomina fanfik i to w wykonaniu czytelnika nieznającego przeszłości uniwersum. Tak jakby dziesięcioletni chłopiec wziął plastikowe figurki i odtwarzał na dywanie obowiązkowe motywy „standardowej powieści o Batmanie”. Nie ma spójności, a fabuła jest wynikiem gry w bingo – jakimś produktem generatora zdarzeń, zbiorem wyników wylatującym z bębna maszyny losującej. A Batman jest idiotą.


Mocne stwierdzenie, ale prawdziwe. Początek „Batmana. H2sh” (dwa pierwsze odcinki) nie były złe, ale to, co dzieje się później, jest całkowitym nieporozumieniem. Przypadkowe zdarzenia, bogowie z maszyny, Batman podejmujący zawsze najgorsze decyzje w każdym możliwym momencie. Motywacje wszystkich, ale to naprawdę wszystkich postaci w komiksie są zupełnie nieuzasadnione i bezsensowne, zmieniające się co chwilę, bo tak. Jest kilka scen, które wyróżniają się wyjątkowo na minus, ale wymienienie ich byłoby spojlerem – czytelnik dostrzeże je błyskawicznie.

Jim Lee jest już daleko od swojej najlepszej formy. Jakość jego pracy jest nadal wyższa niż większości współczesnych rysowników, ale to już nie to samo, co w pierwszym „Hushu”. Lee nadal tworzy wielkie jednostronicowe kadry, a nawet kilka podwójnych „splashy”, ale gdy porównamy je chociażby z tymi, które znajdziemy w wydanym niedawno albumie „Wild CATs”, dostrzeżemy różnicę. Wygląda to tak, jakby Lee odcinał kupony, już mu się nie chciało. I zapewne tak właśnie jest.


„Batman. H2sh” składa się z sześciu odcinków, które wydano na przestrzeni roku. Całość miała zakończyć się w listopadzie 2025, a zaraz potem miała wystartować nowa seria „Batman” – już w ramach „DC All In”. Matt Fraction (autor nowego „Batmana”) nie czekał – zupełnie nowe przygody człowieka–nietoperza trwały w najlepsze, gdy w lipcu 2026 roku zakończono „H2sh”. To chyba najlepiej pokazuje, jak bardzo potrzebny był wszystkim ten komiks. Zupełnie niezamierzona autoparodia wcześniejszych komiksów Jepha Loeba, obiecująca wiele i nie dająca nic. A najgorsze jest to, że historia wcale się nie kończy, a na 2028 rok zapowiedziano kontynuację. Miejmy nadzieję, że jednak nie.


Tytuł: Batman. H2sh
Scenariusz: Jeph Loeb
Rysunki: Jim Lee
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman. H2sh
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics, DC Deluxe
Data wydania: wrzesień 2026
Liczba stron: 176
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 180 x 275
Wydanie: I
ISBN: 9788328173699

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz