Alan Moore na obcej ziemi
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Przed nami kolejny album z cyklu „DC Deluxe”. Zebrano w nim pojedyncze komiksy autorstwa Alana Moore’a, napisane dla DC Comics. Zaczniemy od roku 1985, kiedy to uniwersum DC, jakie wtedy znano, dobiegało definitywnego końca, a skończymy na roku 2000, czyli okresie wielkiej kłótni Moore’a ze swoim pracodawcą.
Egmont wydał do tej pory już dwa zbiory „Uniwersum DC według…” – czytaliśmy komiksy Mike’a Mignoli i Neila Gaimana. Miały one wszystkie zalety i wady tego rodzaju wydań zbiorczych – najlepsze komiksy danego artysty, przy jednoczesnym uczuciu chaosu i fragmentaryczności niektórych opowiadań. To samo mamy w omawianym dziś „Uniwersum DC według Alana Moore’a” – podobnie jak dwa wcześniej wymienione, ten zbiór przeznaczony jest dla fanów tego autora, którzy dość dobrze orientują się w historii DC Comics. Czarownik z Northampton zaczął pisać dla DC w roku 1982, kiedy to w dwudziestym numerze „Swamp Thing” wystartował ze swoją niesamowitą „Sagą o potworze z bagien”. W roku 1985, kiedy to komiksy z Potworem biły rekordy popularności, Alan Moore zaczął zajmować się innymi wybranymi bohaterami DC. Był to bardzo specyficzny okres – szefostwo DC wiedziało, że za chwilę uniwersum w dotychczasowym kształcie przestanie istnieć. Alan Moore miał wtedy pole do popisu i wykorzystał tę szansę najlepiej jak mógł.
Wspomnianą wyżej wielką zmianą w świecie DC był oczywiście „Kryzys na nieskończonych ziemiach” – wielkie wydarzenie trwające od kwietnia 1985 do marca 1986. Chaotyczne, wielowymiarowe i pełne alternatywnych rzeczywistości uniwersum zostało zredukowane do jednego. To właśnie w tym czasie, jeszcze w ramach dogorywającego już komiksowego świata, Alan Moore pisał dla DC. Omawiany dziś album otwiera znakomita opowieść „Dla człowieka, który ma wszystko…” z „Superman Annual” numer 11. Dokładnie rok przed pierwszym odcinkiem przełomowych „Strażników” Alan Moore i Dave Gibbons opowiadają historię o tym, jak Batman, Robin i Wonder Woman udają się do samotni Supermana na jego urodziny. Tam czeka ich bardzo przykra niespodzianka. Potężny, przerażający Mongul (znamy go z czasów TM-Semic jako władcę Świata Wojny) atakuje umysł Supermana i dostaje się do jego najskrzętniej skrywanych lęków. Alan Moore zapowiedział w ten sposób swoje wielkie arcydzieło wydane jeszcze w tym samym roku (ale o tym za chwilę).
Kolejne komiksy, jakie znajdziemy w „Uniwersum DC według Alana Moore’a”, to przygody Green Arrow w stylu „Daredevila” Franka Millera (rysuje Klaus Janson, więc skojarzenia są tym bardziej uzasadnione); żartobliwe i piekielnie inteligentne fragmenty z „Omega Men” (epizod z istotami żyjącymi w różnych porządkach czasowych jest po prostu rozbrajający); spotkanie Supermana z Potworem z Bagien w finałowej fazie „Kryzysu na nieskończonych ziemiach”; trzy krótkie, błyskotliwe opowieści ze świata Zielonych Latarni (trudno wybrać najlepszą, zwłaszcza gdy jest się fanem „Green Lantern” i widzi się w nich zapowiedzi zarówno „Wojny z korpusem Sinestro” i „Najczarniejszej nocy”). Dodajmy do tego jeszcze trzy historie – dobrą, rewelacyjną i genialną.
Pierwszą z nich są dwa zeszyty serii „Vigilante”, czyli przygody bohatera znanego nam chociażby z serialu „Peacemaker” platformy HBO Max. Ten „nie zabijający swych wrogów Punisher DC Comics” i pewna przypadkowo spotkana prostytutka próbują pomóc małej dziewczynce ściganej przez ojca-zwyrodnialca. Alan Moore zdaje się tu trochę żartować ze swoich własnych komiksów i całego uniwersum – widać wielki dystans do całego medium i świadomą grę z czytelnikiem. Jeszcze lepsza jest historia z „Batman Annual” numer 11, w której Batman jest postacią drugoplanową. Oto Clayface, całkowicie oderwany od rzeczywistości, zagubiony we własnej paranoi i chorobie umysłowej, zakochuje się w manekinie z wystawy sklepu odzieżowego. To tylko tak absurdalnie brzmi – ta historia Alana Moore’a jest majstersztykiem, głęboko wwiercającym się w umysł czytelnika i powodującym prawdziwe ciarki na plecach. No i dochodzimy wreszcie do dwuczęściowej opowieści, przy której musimy się zatrzymać – przynajmniej na jeden porządny akapit.
„Whatever happened to the Man of Tomorrow” to symboliczne zakończenie Brązowej Ery Komiksu w DC Comics i pożegnanie z Supermanem sprzed „Kryzysu na nieskończonych ziemiach”. Alan Moore pisze, Curt Swan, jeden z graficznych klasyków Supermana, rysuje. Całość została wydana w 423 odcinku „Supermana” i 583 odcinku „Action Comics” – obydwa zeszyty opublikowano we wrześniu 1986 roku tuż po „Kryzysie…”. Akcja toczy się w 1997 roku, dekadę po śmierci Supermana (domniemanej, bo ciała nie odnaleziono). Lois Lane zdaje pewnemu reporterowi relację z ostatnich dni Człowieka ze Stali, w których stawić musiał czoło swym największym wrogom i oddać życie w obronie ludzkości. „Co się stało z Człowiekiem Jutra” nie należy do kanonu, jest to typowy „elseworld” opowiadający swobodnie o tym, „co by było, gdyby” kariera Supermana faktycznie dobiegła końca. Alan Moore, pracujący już wtedy nad „Strażnikami”, mocno czuł wiatr komiksowych zmian, wiedział, że Srebrna i Brązowa Era odchodzą, że trzeba pożegnać obecną wersję Supermana i zrobić miejsce dla nowej, pokryzysowej. Wspaniały jest to komiks, pełen nostalgii za minionymi czasami, celebrujący półwiecze wielkiej historii Kryptończyka, pełen kiczowatych i kampowych cech starych komiksów, ale przedstawionych z szacunkiem dla ich dorobku i wkładu w rozwój DC Comics.
Samo wydawnictwo „udawało”, że to dwa ostatnie komiksy z Supermanem, dopóki po kilkumiesięcznej przerwie nie powróciły już jako elementy nowego, pokryzysowego świata. Stara seria „Superman” została przemianowana na „The Adventures of Superman” i powołano zupełnie nową, którą nazwano… po prostu „Superman”! W międzyczasie, już po „Kryzysie…” ukazała się sześcioczęściowa historia „The Man of Steel” autorstwa Johna Byrne’a, który na nowo zdefiniował Supermana i kontynuował swój projekt we wspomnianych wyżej seriach. Nic dziwnego, że Egmont wydał „Uniwersum DC według Alana Moore’a” akurat teraz. Już za miesiąc wydany zostanie pierwszy zbiorczy tom właśnie „The Man of Steel” Johna Byrne’a (absolutny obowiązek posiadania dla każdego fana nie tylko Supermana, ale komiksu superbohaterskiego w ogóle) – więc warto znać dzieło Moore’a.
Komiksy wchodzące w skład omawianego dziś zbioru można podzielić na dwie części. Pierwszą, zawierającą te z końcowej fazy Brązowej Ery i dotyczące starego, oryginalnego uniwersum DC właśnie omówiłem. Ale mamy w nim jeszcze komiksy ze świata „Wildstorm”, imprintu Image Comics, który w styczniu 1999 roku jego właściciel, Jim Lee, sprzedał DC Comics w zamian za mianowanie go jednym z redaktorów naczelnych wydawnictwa. Traf chciał, że razem z „Wildstorm” do DC „sprzedany” został też Alan Moore, skłócony z nimi wtedy niemożebnie i załamany wizją przejęcia jego całkiem świeżych jeszcze prac przez znienawidzonego molocha wydawniczego. Jim Lee zaprosił Alana Moore’a do „Wildstorm” na początku 1995 roku. Czarownik z Northampton przejął serię „Wild C.A.T.s” od 21 odcinka i trzeba przyznać, że odnalazł się w tym rozbuchanym estetycznie uniwersum bardzo dobrze. Egmont wydał właśnie pierwszy zbiorczy tom „Wild C.A.T.s” z okresu przed Moore’em, więc mam nadzieję, że kolejne odcinki pojawią się u nas w przyszłym roku.
Zdecydowanie najlepszym komiksem z drugiej połowy „Uniwersum DC według Alana Moore’a” jest „Wildstorm Spotlight” z 1997 roku. Śledzimy w nim poczynania herosa o pseudonimie Mr. Majestic, odpowiednika Supermana w DC, członka wspomnianego „Wild C.A.T.s”. Razem z kilkoma innymi postaciami jest świadkiem śmierci cieplnej wszechświata. Jest mrocznie, mistycznie, trochę naiwnie i zupełnie bez sensu, jeśli chodzi o prawa fizyki, ale trudno odmówić temu komiksowi jakości. Znalazłem na niego pasujące określenie w internecie – „Autostopem przez galaktyke” tylko, że bez gagów. A ja dodam – „Doctor Who” na poważnie. To ten komiks zapowiadał solową serię „Mr. Majestic”, która wystartowała dwa i pół roku później.
„VooDoo” to przepełniony przemocą, czarną magią i erotyzmem komiks o pewnej członkini „Wild C.A.T.s”, która opuszcza drużynę i udaje się do Nowego Orleanu. Tam, zatrudnia się jako striptizerka (!) i wpada na trop brutalnych rytuałów voodoo. To się tylko wydaje (znów) absurdalne. To działa naprawdę dobrze na co składa się nie tylko scenariusz Moore’a, ale i rysunek Michaela Lopeza. Na koniec dostajemy jeszcze bardzo oszczędny w słowa komiks „Deathblow Byblows” z końca 1999 roku. W tym czasie Alan Moore z zaciśniętymi zębami kończył projekty rozpoczęte dla „Wildstorm”, które teraz należały już do DC. Historia o klonach brutalnego zabójcy o pseudonimie „Deathblow” przypomina trochę to, co Moore robił przed laty dla brytyjskiego magazynu „2000 A.D.” – czyli trochę kampowe, jakby undergroundowe komiksy scenarzysty-buntownika.
Alan Moore wchodzi do nie swoich światów, analizuje ich zawartość a następnie znajduje się w nich znakomicie. Moore nie tyle tworzy tu „swoje” DC, ile pokazuje, co można zrobić ze starym komiksem, kiedy potraktuje się jego dziwactwa śmiertelnie poważnie. I chyba właśnie na tym polega największa zaleta tego albumu. Moore nie tylko przypomina, jak dobry potrafił być DC Comics. Przypomina też, jak wiele świetnych historii kryje się w tych wszystkich zakurzonych, pozornie przebrzmiałych światach. A potem człowiek zaczyna szukać kolejnych.
Tak jak wspomniałem – „Uniwersum DC według Alana Moore’a” jest skierowane głównie dla czytelników pewną już ugruntowaną wiedzą na temat świata DC i „Wildstorm”. Czytanie tych komiksów bez przygotowania przyniesie poczucie chaosu i pewnej niekompletności – bo przecież skupiamy się tylko na jednym scenarzyście, który nie pisał w próżni. Kolekcjonerzy i fani Moore’a będą za to więcej niż zadowoleni. Takie albumy zbiorcze zaostrzają apetyt – na Supermana z tamtych lat, którego pamiętamy z początków TM-Semic, na inne komiksy „Wildstorm” z lat dziewięćdziesiątych. Dobra wiadomość jest taka, że Egmont idzie powoli naprzeciw tym oczekiwaniom.
Tytuł: Uniwersum DC według Alana Moore’a
Scenariusz: Alan Moore
Rysunki: Dave Gibbons, Klaus Janson, Jim Baikie, Kevin O’Neill, Paris Cullins, Rick Veitch, Joe Orlando, George Freeman, Carlos D’Anda, Al Rio, Travis Charest, Curt Swan
Tłumaczenie: Jacek Żuławnik
Tytuł oryginału: A
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: sierpień 2026
Liczba stron: 464
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 9788328149366










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz