Wszystkie drogi prowadzą do Arkham
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Batman bardzo często przedstawiany jest jako superbohater na krawędzi, stojący nad brzegiem własnego Rubikonu. Utrata zmysłów jest na drugim brzegu. Krucjata straumatyzowanego Bruce’a Wayne’a zawsze naznaczona była szaleństwem, żaden superbohater DC Comics nie ma tylu kompletnych wariatów wśród swoich wrogów. Dziś szaleństwo opanowało całe Gotham City, a mroczna strona miasta objawiła się w pełnej krasie. I to nie w przenośni, lecz całkiem dosłownie.
„Batman. Miasto szaleństwa” to najnowszy komiks inicjatywy DC Black Label. Pisze, rysuje, tuszuje i koloruje jeden człowiek – Christian Ward, twórca znany w Polsce właściwie tylko z pierwszego tomu „Thora” Jasona Aarona. Znany z komiksów Scotta Snydera Trybunał Sów nie jest tylko tajną organizacją próbującą zakulisowo pociągać za wszystkie możliwe sznurki w Gotham. Od lat pilnuje pewnych wrót ukrytych gdzieś głęboko w podziemiach miasta. Za nimi czai się absolutne Zło, przerażająca i zdeformowana wersja mrocznego miasta – tak zwane Dolne Gotham. Największym i najgroźniejszym monstrum tego ukrytego świata jest mroczna wersja Batmana, istota będąca nie tyle antytezą naszego bohatera, co jego karykaturą, Batmanem w krzywym zwierciadle. Z dodatkiem, jak się okazuje, estetyki Lovecrafta – wystarczy spojrzeć w twarz tej piekielnej istocie.
Dolne Gotham jest pomysłem tak karkołomnym i fantastycznym, że trudno traktować je inaczej niż symbolicznie. Christian Ward w każdym niemal wywiadzie na temat „Miasta szaleństwa” przyznaje się do inspiracji swoim ulubionym komiksem – „Azylem Arkham” Granta Morrisona i Dave’a McKeana. Widać to zresztą od samego początku – Gotham w wydaniu Warda jest bardzo umowne, zawsze przefiltrowane przez aparat poznawczy bohaterów i subiektywnie zniekształcone. Ward robi to, co McKean. Jego wizja świata jest zawsze odbiciem koszmarów kryjących się w głowach bohaterów – głównie Batmana, ale nie możemy zapominać też o Alfredzie oraz pewnym chłopcu szukającym w Gotham sprawiedliwości i zemsty na zabójcach swego ojca. To, w jaki sposób autor pokazał postać Harveya Denta (notabene, bohatera kolejnego komiksu Warda), woła o gromkie brawa. Rwana narracja, specyficzny biały szum, graficzne niedopowiedzenia, zaburzony układ kadrów, niepokojąca gra kolorami, „cyklopowe konstrukcje i nieeuklidesowe abominacje” jakby powiedział przywoływany już przeze mnie Howard Phillips Lovecraft.
Akurat nawiązania do Samotnika z Providence wydają mi się najmniej trafione i niepotrzebne. Wystarczyłoby tu zająć się po prostu pewną polemiką z „Azylem Arkham” – kosmiczny horror Lovecrafta jest tylko estetyczną wydmuszką i nie działa tu dobrze. Christian Ward kreuje Batmana jako postać systematycznie pogrążającą się w nieprzepracowanej traumie, regularnie zbliżającą się do granicy, za którą nie będzie się on już różnił od swoich przeciwników. Tu nie wystarczy „jeden zły dzień” jak w „Zabójczym żarcie” Alana Moore’a. Bruce Wayne pracuje na swój mentalny i psychologiczny upadek od lat. Wszystkie drogi prowadzą do Arkham, do miejsca, w którym trzydzieści siedem lat temu Grant Morrison zamknął Batmana z jego najgorszymi wrogami i kazał mu walczyć o zachowanie człowieczeństwa. To tam trauma małego Bruce’a przyjęła postać wielkiego nietoperza, który mógłby być równie dobrze plamą z testu Rorschacha.
„Batman. Miasto szaleństwa” poszerza wizję Morrisona. I choć Ward nie jest tak sprawnym i błyskotliwym autorem jak Szalony Szkot, to dobrze wie, co robi. „Dlaczego w tym mieście jest tyle wariatów?” – słyszymy w komiksie. Trauma i nieumiejętność radzenia sobie z nią kształtuje tu świat nie tylko Batmana, ale wszystkich ważnych postaci. „Być może Batman w ogóle by nie istniał, gdyby potrafił rozmawiać o uczuciach” – zastanawia się Alfred i ma zdecydowanie rację. Wędrując przez Gotham z omawianego dziś komiksu, wędrujemy przez zdeformowane wewnętrzne światy, psychozy i lęki. Idziemy prosto do Arkham.
Christian Ward więcej rysuje niż pisze – warstwa graficzna zdecydowanie dominuje nad samą opowieścią. Sama historia ma czasem pewne łopatologiczne fragmenty, jakby autor nie ufał do końca czytelnikowi. Finał jest trochę zbyt pospieszny, wołający o nieco dłuższe rozłożenie. Ale obłędna (dosłownie i w przenośni) grafika, surrealistyczny horror bijący z każdej strony komiksu mocno winduje ostateczną ocenę. Batman jest jak Alicja w Krainie Czarów, z tą jednak różnicą, że to Kraina przychodzi do niego, a nie on do niej. I to zdecydowanie nie są czary, to psychoza narastająca z każdą kolejną stroną.
Tytuł: Batman. Miasto szaleństwa
Scenariusz: Christian Ward
Rysunki: Christian Ward
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman. City of Madness
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: lipiec 2026
Liczba stron: 176
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 9788328173538





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz