Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2018-09. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2018-09. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 września 2018

John Carpenter - Z miłości do kina. Część pierwsza



Artykuł ukazał się pierwotnie w grudniowym numerze kwartalnika OkoLica Strachu, nr 2(10)/2018.


John Carpenter skończył w tym roku siedemdziesiąt lat. Jest twórcą otoczonym prawdziwym kultem, jego filmy w erze VHS były dostępne w prawie każdej wypożyczalni kaset video. W czasach swoich kinowych emisji nigdy nie osiągały oszałamiających sukcesów, a wręcz przeciwnie – spotykały się raczej z negatywną oceną ze strony krytyków i widzów. Zarzucano im hołdowanie niskim instynktom, przesadne epatowanie przemocą i brutalnością. No tak, były takie – tylko czy ma to jakiekolwiek znaczenie, w obliczu tego, że są to po prostu filmy, które można oglądać z taką samą przyjemnością po kilka razy? Skąd ich siła? Może dlatego że John Carpenter jest reżyserem, który prawdziwie i wprost bezgranicznie kocha kino. Kocha też muzykę – ścieżki dźwiękowe do wielu swoich filmów tworzył samodzielnie. Tę miłość i bezkompromisowe podejście do sztuki filmowej widać w każdej jego produkcji – wszystkie są, podobnie jak u innego kinowego rozrabiaki, Quentina Tarantino, oznaczone jego osobistym, niepowtarzalnym, twórczym stemplem. John Carpenter zostawia w każdym swoim filmie kawałek duszy i nawet te obiektywnie rzecz biorąc słabsze produkcje, warto poznać.

Urodził się w Carthage, w stanie Nowy Jork w 1948 roku. Gdy miał pięć lat jego ojciec dostał pracę w południowej części stanu Kentucky, gdzie przeniósł się z całą rodziną. John od najmłodszych lat kochał filmy i muzykę – miłość do dziesiątej muzy zaszczepiła mu matka, z którą regularnie chodził na seanse do miejscowego kina, a gry na instrumentach nauczył go ojciec, nauczyciel muzyki. Mały John oglądał wszystko, co było tylko możliwe, przede wszystkim klasyczne westerny z Johnem Wayne’em, który stanowił dla niego (dla całej ówczesnej Ameryki, zresztą) wzór siły i męskości – „Rio Bravo” w reżyserii Howarda Hawksa, jest ulubionym filmem Carpentera aż do dziś. Również, charakterystyczne dla lat pięćdziesiątych, naiwne i infantylne kino science fiction z takimi hitami jak „Istota z innego świata”, „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia” czy „Zakazana planeta”, pozostały dla niego przez całe życie źródłem inspiracji.

czwartek, 27 września 2018

Absolutny powiernik Alfreda Dyjaka

To znaczy, że śmierć jest taka właśnie?



Artykuł należy do serii "Nie długość się liczy" #7


...każdy z nas co ciąg impulsów w jego mózgu...


Pewien zgorzkniały i nie przepadający za swoją pracą nauczyciel, Alfred Dyjak, wraca pewnego deszczowego, listopadowego popołudnia do domu. Pod pachą teczka pełna klasówek do sprawdzenia, w głowie perspektywa kolejnych, ponurych, nieodróżnialnych od siebie dni. Dyjak z góry wie, kogo będzie mijał po drodze, jego świat to paraliżująca rutyna – kolejne dni, godziny a nawet chwile są swoimi własnymi, powtarzającymi się kalkami. Do tego stopnia, że każde odstępstwo od tej rutyny wydaje się Dyjakowi pewnym zaburzeniem świata, czymś w rodzaju kociego deja vu z „Matrixa”.

wtorek, 25 września 2018

Anioł przemocy

...prawo do jednej doby autentycznego życia...



Artykuł należy do serii "Nie długość się liczy" #6


Każdy odmienny świat stwarza się w ten sposób, że się przemilcza istnienie innych.


Lucyna bierze udział w wycieczce po ruinach gmachu Instytutu Cybernetyki, „perle średniowiecznych obiektów muzealnych”. Starożytni naukowcy żyjący na początku dwudziestego pierwszego wieku, zwani wówczas informatykami, pozostawili po sobie prawdziwe skarby, artefakty o nieznanym przeznaczeniu. Wszystko to w budzącym niepokój miejscu, gdzie zwiedzający co rusz znikają w kolejnych salach a przewodnik zdaje się nie zauważać tego faktu.

Ciężko pisać o fabule tego króciutkiego opowiadania, którego siła leży fabule właśnie i jej twistach (nie jednym). Adam Wiśniewski-Snerg kumuluje w tym tekście większość swoich obsesji i subiektywnych sądów o rzeczywistości. Znajdziemy tu Mechanizm odbierający człowiekowi wolną wolę, jakby wyjęty prosto z „Robota”; manekiny z „Według łotra”; świat w płomieniach, „dach świata” i fabrykacje rzeczywistości z „Nagiego celu”. Rekwizytorium użyte przez Snerga w „Aniele przemocy” spokrewnione jest mocno z dwoma pierwszymi powieściami, jednak to właśnie z „Nagim celem” ma ono najwięcej wspólnego.

niedziela, 23 września 2018

Miracleman: Złota Era

Piekło to obecność Boga

Artykuł powstał przy współpracy z portalem Esensja i został tam pierwotnie zamieszczony.

Wizja świata wypełnionego szczęściem, dobrobytem, równością i pokojem to, wydawać by się mogło, ideał, do którego powinno się dążyć. Nigdy się jeszcze nie ziścił i prawdopodobnie nigdy to nie nastąpi – przede wszystkim z powodu zbyt wielkiej różnorodności opinii na temat tego, co jest owym szczęściem i dobrobytem. Opinii jest już ponad siedem miliardów i ich liczba cały czas rośnie. A gdyby nagle pojawił się ktoś, kto mógłby rozwiązać te dylematy?

Alan Moore, w swoim genialnym, rewizjonistycznym „Miraclemanie”, pokazał jak funkcjonowałby w naszym świecie superbohater obdarzony praktycznie nieograniczonymi mocami. Autor powołał do życia nietzscheańskiego nadczłowieka i pozwolił mu zaprowadzić na świecie boską utopię. Na zgliszczach Londynu, zrównanego z ziemią przez Kida Miraclemana, gdzie cegły ze zniszczonych budowli mieszają się z ludzką krwią i kośćmi, Miracleman stawia gigantyczną, wysoką na ponad osiem kilometrów budowlę, którą nazywa Olimpem. Niczym Bóg zasiada na tronie i narzuca ludzkości jedyne słuszne prawa i zasady funkcjonowania swojego świata. Tak właśnie wygląda superbohater w wydaniu Moore’a – to nadczłowiek nie tylko reagujący na zło i je zwalczający, lecz aktywnie zmieniający rzeczywistość, aby do żadnego zła już nigdy nie doszło. Szesnasty album „Miraclemana”, ostatni autorstwa Alana Moore’a, kończy się obrazkiem ucieleśnionego Boga, który wyzbyty już wszystkich ludzkich cech i sposobu myślenia, siedzi na Olimpie i zastanawia się czy jest w ogóle możliwe, aby jakikolwiek człowiek mógł kwestionować jego nowy ład.

środa, 19 września 2018

Hellboy. Tom 4

Intermedium

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Hellboy opuścił Biuro Badań Paranormalnych i Obrony w sierpniu 2002 roku w epizodzie „Trzecie życzenie”. Mike Mignola oddał się potem pracy przy realizacji pierwszej ekranizacji komiksu o Piekielnym Chłopcu i tworzył w wielkich bólach „Wyspę”. Została ona wydana dopiero trzy lata później, w sierpniu 2005 roku. Obydwa wspomniane odcinki mogliśmy przeczytać w trzecim zbiorczym tomie „Hellboya”. Dziś pora na czwarty. Dochodzi w nim do kolejnego przełomu, porównywalnego do odejścia naszego bohatera z B.B.P.O. Otóż Mike Mignola wciąga innych rysowników do tworzenia serii. 

Po „Trzecim życzeniu” autora dopadła niemoc twórcza, spotęgowana chronicznym brakiem czasu. Praca z Guillermo del Toro i nieustające konsultacje związane z filmem odwlekały finalizację „Wyspy”. Scott Allie, redaktor Dark Horse Comics, pisze w przedmowie do czwartego tomu, że udało mu się „rozruszać” nieco Mike’a – latem 2003 roku wychodzi antologia krótkich form komiksowych, „The Dark Horse Book of Hauntings”, w której pojawia się „Eksperyment doktora Carpa”. Jest to króciutka opowieść o walce Hellboya z demonicznym naukowcem, która przeleżała swoje w szufladzie pracowni autora. W latach 2004–2006 ukazały się trzy kolejne antologie, zatytułowane odpowiednio „…of Witchcraft”, „…of the Dead” i „…of Monsters” – w każdej z nich pojawia się kilkustronicowa miniatura autorstwa Mignoli. Odwiedzamy Norwegię i słuchamy opowieści wiedźmy, która walczyła ze skandynawskimi trollami; dajemy łupnia ghulowi rozsmakowanemu w rozkładających się zwłokach lub jesteśmy świadkami starcia z hydrą w bardzo pomysłowej trawestacji mitu o Herkulesie.

niedziela, 16 września 2018

Conan i pradawni bogowie

Na Croma!

„Conan i pradawni bogowie” to pierwszy z trzech tomów opowiadań o najpopularniejszym herosie spod znaku magii i miecza w historii. Zebrane w nim teksty ułożone zostały w takiej kolejności w jakiej pisał je Robert E.Howard, czyli całkowicie nie zgodnej z chronologią wydarzeń z życia Conana. Sam autor zresztą porównywał siebie do kronikarza, który spisuje wspomnienia starego, legendarnego wojownika, przypominającego sobie w swobodnej rozmowie co lepsze fragmenty własnego życia. I tak, pierwszym opowiadaniem o Conanie jest historia z okresu, gdy jest już królem Aquilonii, kiedy to po wielu latach awantur, grabieży, konfrontacji z największymi kanaliami i potworami Ery Hyboryjskiej, zasiadł na tronie obcego królestwa i zaprowadził nim pokój.

„Feniks na mieczu” otwierający zbiór Rebisu jest przepisanym na nowo opowiadaniem „Tym toporem władam!”, gdzie to Kull, filozofujący banita z Atlantydy był głównym bohaterem. Opowiadanie napisane w 1929 roku, nie zostało wtedy przyjęte do druku, więc Howard postanowił przenieść akcję o (bagatela) kilkadziesiąt tysięcy lat w przyszłość, zmienić bohatera, dopisać nowe fragmenty i pod nowym tytułem spróbować szczęścia po raz drugi. W grudniu 1932 roku, w popularnym, pulpowym wydawnictwie „Weird Tales” pojawia się po raz pierwszy Conan, najbardziej znany i lubiany bohater Roberta E. Howarda. Era Thuriańska już dawno minęła, Wielki Kataklizm pogrążył w odmętach oceanu Atlantydę i Lemurię a prastara cywilizacja znana z opowiadań o Kullu cofnęła się w rozwoju do epoki kamienia łupanego. Robert E. Howard w eseju „Era Hyboryjska”, który znajdziemy pod koniec omawianego zbioru, wykłada swą fantastyczną historię dziejów i dokładnie tłumaczy jak na ruinach przedpotopowej cywilizacji wyrosły takie narody jak Stygijczycy, Aquilończycy, Cimmeryjczycy, Shemici, Brythuńczycy, Hyperporejczycy, Hyrkańczycy i wiele innych, o których czytamy w opowiadaniach o Conanie. Jesteśmy w czasach odległych o mniej więcej dwanaście tysięcy lat przed naszą erą, cywilizacja kwitnie – zupełnie wbrew wszystkim naukom, jakie wynieśliśmy ze szkół. To jest jednak zupełnie nieważne – literatura Howarda sprawdza się jako idealny eskapizm, urzeczywistnienie chłopięcego marzenia o wejście w buty niezniszczalnego, nie całkiem świętego lecz zawsze honorowego, bohatera. Conana.

czwartek, 13 września 2018

100 naboi. Tom trzeci

W głąb tajemnicy

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona

Trzeci tom „100 naboi” to znowu Brian Azzarello i Eduardo Risso w wysokiej formie. To dalsze dzieje wielkiego konfliktu wewnątrz tajnej organizacji, nazywanej Firmą (bądź Trustem), w której skład wchodzi trzynaście rodów. Od momentu, gdy podjęła ona nieudaną próbę pozbycia się Minutemenów (czyli wewnętrznej policji, składającej się z wyszkolonych zabójców i pilnującej porządku w organizacji), trwa cicha wojna – dowódca strażników, agent Graves, postanowił pogrążyć Trust. Autorzy komiksu prowadzą nas dalej w świat tajnej wojny Gravesa i pracującego dla Firmy pana Shepherda, którzy poczynają sobie z ludźmi jak z pionkami na szachownicy.

Zaczynamy od krótkich opowieści o sześciu ważnych bohaterach całej historii. Dizzy Cordova wraca po długiej nieobecności do domu, gdzie kolejne dzieci mają dzieci lub lądują w pace, bo nie znają innego sposobu na życie niż łamanie prawa. Poznajemy byłą dziewczynę Cole’a Burnsa, sprawdzamy co słychać w rodzinie Medici, trzymającej władzę w Firmie i patrzymy, jak powstają pierwsze rysy na gładkim jak do tej pory monolicie – kilka rodzin kombinuje, jakby tu napsuć krwi najsilniejszemu rodowi Trustu. Najważniejsze okazują się jednak historie dwóch byłych Minutemenów. Lono, psychopatyczny, wściekły na cały świat morderca, wymyka się spod kontroli obydwu stron konfliktu i zrobi wszystko, aby przetrwać. Niestety nie da się uciec od przeszłości – ona zawsze wystawi rachunek. Podobnie rzecz się ma z poznanym w poprzednim tomie znudzonym i zapijaczonym pracownikiem stacji benzynowej. Wylie Times staje się, obok Lono, kluczową postacią trzeciej odsłony.

sobota, 8 września 2018

Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2018

Ja, czyli nic

Najgłośniejsza antologia wydawnictwa Phantom Books Horror tego roku ujrzała w końcu światło dzienne. Dwadzieścia trzy opowiadania polskich twórców, wyselekcjonowane pod kątem wysokiej jakości literackiej i specyficznej przynależności „gatunkowej” – weird fiction. „Gatunkowość” musi być tu wzięta w cudzysłów, bo, jak napisał we wstępie do antologii Krzysztof Grudnik: „Weird fiction jest terminem szerokim, który nie określa osobnego gatunku, a raczej przenika inne gatunki fantastyczne, lub oplata je niczym macki z Lovecraftowych opowieści”

I tak też jest w „Snach umarłych – polskim roczniku weird fiction 2018”. Jest tu science fiction, bizzaro, dramat psychologiczny, horror. Znajdziemy tu opowiadania inspirowane Ligottim, jego charakterystycznym stylem i oglądem świata; teksty w klimatach klasycznej literatury grozy sprzed wieku, często osadzone we współczesności. Udamy się też w przeszłość, w czasy wojen napoleońskich lub Rewolucji Francuskiej. Najczęściej jednak poruszamy się w światach o bardzo wątpliwych ontologicznie fundamentach – granica między twardą rzeczywistością a fantasmagorią jest płynna i bardzo ruchoma. Są tu też teksty trudne, wymagające skupienia i przynajmniej dwukrotnego czytania – pozbawione standardowej fabuły i narracji, ale rewanżujące się zupełnie nową jakością, czyli pewnym autorskim, przechodzącym na czytelnika, przeżyciem świata, u podstaw którego zasadza się dziwność. Czasem jest to głównie estetyka – częściej jednak za owym „weird” stoi pewna filozofia. Pesymistyczna, mroczna – zabarwiająca „dziwność” wielce niepokojącymi, bo pochodzącymi spoza normalnego spektrum, barwami.

czwartek, 6 września 2018

Odtrutka na optymizm

Szesnaście otworów

Podobno optymista wierzy, że świat stoi przed nim otworem. Pesymista zaś doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co to za otwór. Peter Watts zaprasza do zwiedzenia szesnastu takich niewinnie z początku wyglądających zakamarków, z których większość z nas chciałaby szybko uciec. Są tam rzeczy, które wypieramy, ponieważ godzą w naszą definicję „człowieczeństwa”, wydają się przejaskrawione i nierealne. Niektóre z nich sugerują, że nie różnimy się niczym od zwierząt a nasza samoświadomość jest tylko złudzeniem, nakładką na pewien software rozwijający się od początków życia na naszej planecie. A z niektórych rzeczy zupełnie nie zdajemy sobie sprawy.

Peter Watts, zupełnie jak reedukatorzy zdemoralizowanego Aleksa z „Mechanicznej pomarańczy”, otwiera nam oczy, blokuje je przed zamknięciem i puszcza film. Nawet nie próbuje ich potem zakraplać. W żadnym opowiadaniu nie ma nic optymistycznego, nie ma żadnej taryfy ulgowej. Wracając do powieści Burgessa – jedno z opowiadań, „Oczy Boga”, stawia poważne pytania o granice prewencyjnej ingerencji w ludzki mózg. Wspomniany Aleks został poddany praniu mózgu, ponieważ był przestępcą. U Wattsa natomiast wystarczy, że pomyślisz o przestępstwie i już stajesz się potencjalnym zagrożeniem. Prowadzi to do rugowania wolnej woli – zresztą pojęcie to u Wattsa jest i tak dość mocno kwestionowane.

niedziela, 2 września 2018

Yans

Nazywam się Yans!


Artykuł powstał przy współpracy z portalem Esensja i został tam pierwotnie zamieszczony.

W 1988 roku pojawił się w Polsce komiks, który dziś, dokładnie trzy dekady później, pozostaje jednym z najżywszych komiksowych wspomnień z „tamtych lat”. „Yans – przybysz z przyszłości” wydany w magazynie „Komiks – Fantastyka” nr 1/1988. Bohater z nieprzytomną kobietą (może ukochaną?) na rękach, uciekający przed bliżej niezidentyfikowanymi żołnierzami, a wszystko w ponurej postapokaliptycznej scenerii. Zajrzyjmy do „Yansa” po trzydziestu latach jeszcze raz.