poniedziałek, 14 maja 2018

Kull, banita z Atlantydy

Tym toporem władam!

Zanim nastała Era Hyboryjska i zanim pewien niezniszczalny wojownik, w którego filmową wersję wcielił się Arnold Schwarzenegger, zawojował cały świat, ludzka cywilizacja istniała, rozwijała się i upadała cyklicznie przez dziesiątki tysięcy lat. Przynajmniej w wyobraźni Roberta E. Howarda, twórcy postaci wspominanego już przeze mnie Solomona Kane’a oraz bohatera, któremu przyjrzymy się dziś – Kulla, wygnańca z Atlantydy i przyszłego króla Valusii, największego imperium ówczesnego, cywilizowanego świata. Howard wymyślił tę postać w czasie, gdy nawet nie marzył o popularności, jaką w przyszłości przyniesie mu Conan. Wszystko, co kiedykolwiek napisał o Kullu możemy znaleźć w zbiorze wydawnictwa Rebis, pod tytułem, oczywiście, „Kull, banita z Atlantydy”. Mamy tutaj opowiadania, które ukazały się pierwotnie w „Weird Tales” (jeszcze za życia Howarda), „King Kull” z 1967 roku, „Kull” z 1978 oraz (co chyba najważniejsze) teksty, które nigdy wcześniej nie ujrzały światła dziennego – wersje opowiadań prosto z howardowskiej maszyny do pisania.

Kiedy żył Kull? Nie wiadomo dokładnie. Może sto tysięcy lat temu, jak wynika to z opowiadania „Królowie nocy”, lub po prostu „kilkadziesiąt tysięcy”, o których czytamy w przedmowie. Na wielkim kontynencie o nazwie Thuria istniało wówczas kilka królestw, z których największym, najstarszym i najpotężniejszym była Valusia. Czasy, w których władzę nad Valusią dzierżył obcokrajowiec, uzurpator i budzący strach barbarzyńca o imieniu Kull, był okresem postępującego dekadentyzmu, erozji valusiańskiej państwowości i mocno wyczuwalnego nastroju nadchodzącego, choć przecież nie zapowiadanego, końca świata. Thuria, ląd stary i zmurszały, podobnie jak Cesarstwo Zachodniorzymskie pod koniec swojego istnienia, nękana była coraz bardziej zaciekłymi atakami barbarzyńców z Lemurii, Atlantydy oraz kontynentu Piktów. Nadchodzi Wielki Kataklizm, stare kontynenty znikną w odmętach oceanu a nowe wyłonią się spod jego powierzchni. Zdobycze wielkiej cywilizacji zaginą, legną na dnie morza, zapomniane, usunięte z ludzkiej pamięci. Nasza cywilizacja zostanie zresetowana, ludzie cofną się do epoki kamienia łupanego. Po wielu tysiącach lat powstanie nowa era – Era Hyboryjska, kiedy to świat się odrodzi. Powstaną wielkie narody – Cymmeryjczycy, Stygijczycy, Hyrkanijczycy, Aquilończycy i oczywiście Piktowie ze swym niezniszczalnym genomem.


„Siedem Imperiów rozpadło się w proch i zostało zapomnianych. Niespokojne zielone fale ryczą o wiele sążni powyżej wiecznych wzgórz Atlantydy; góry Lemurii na Zachodzie stały się wyspami nieznanego morza. Obce dzikusy włóczą się po starszych ziemiach, a nowe ziemie wyłoniły się w niesamowity sposób z głębin, brukając starsze święte miejsca. Valusia zniknęła i wszystkie dzisiejsze narody, ci z dnia jutrzejszego są obcy. Nie znają nas”


Zanim jednak do tego dojdzie i miejsce Kulla zajmie Conan jako najważniejszy bohater literacki z gatunku magii i miecza, przyjrzyjmy się światu Ery Thuriańskiej. Wszystko to, co wiemy, możemy wywnioskować z dosłownie kilku opowiadań Roberta E. Howarda. Tylko trzy opublikowane zostały za jego życia – „Królestwo cieni”, w którym Kull demaskuje największy spisek w historii Valusii; „Lustra Thuzuna Thune’a”, prawdziwe weird fiction w szatach heroic fantasy; oraz słynni „Królowie nocy”, gdzie dochodzi do zaskakującego i teoretycznie niemożliwego spotkania Kulla i innego howardowskiego bohatera, Bran Mak Morna, żyjącego przecież w czasach Cesarstwa Rzymskiego. Wszystkie te trzy opowiadania oraz kilka innych, opublikowanych w latach 60 i 70 to historie o Kullu-już-królu-Valusii. Jesteśmy świadkami pogoni świty Kulla, za pewnym człowiekiem, który ośmielił się znieważyć władcę Valusii (pogoń za nim trwa aż do miejsc opisanych na mapach bardzo niewyraźną kreską, umieszczonych w świecie bajań i legend, za rzeką Stagus przez którą przewieźć może tylko Karon (!)); obserwujemy jak co chwila ktoś knuje przeciwko uzurpatorowi i zastawia coraz bardziej wyrafinowane pułapki (jedno z tych opowiadań, regularnie odrzucane przez wydawców za życia Howarda, posłużyło potem jako pierwowzór najbardziej chyba znanego opowiadania o Conanie – „Feniksa na mieczu”). Jesteśmy też uczestnikami wydarzeń, które można śmiało zakwalifikować do niewytłumaczalnych i niesamowitych. Zaliczyć tu możemy przygodę nieco podobną do tej, którą przeżywał Solomon Kane w opowiadaniu „Odgłosy kroków wewnątrz”; pobyt Kulla w dziwnym miejscu, gdzie czas płynie zupełnie inaczej niż w rzeczywistości (prawdopodobnie wprawka i próba uzasadnienia wydarzeń z „Królów nocy”); oraz kilka opowiadań w duchu lovecraftowskiego weird fiction, gdzie czas i przestrzeń odkrywają przed nami swoje bardzo mocno skrywane, niejednoznaczne oblicze a w tle pobrzmiewa odgłos piszczałek Azathotha. Mamy również kilka tekstów znalezionych gdzieś w głębokich, zabitych na głucho szufladach – fragmenty i niedokończone teksty, z których jeden opisuje wydarzenia z czasów zanim Kull stał się banitą z Atlantydy. Tak po prawdzie to przedstawia właśnie okoliczności jego wygnania.


Kull od zawsze miał nie po drodze z tradycją, konwenansami i niepisanymi regułami, wedle których funkcjonują całe społeczeństwa. To przede wszystkim dlatego musiał uciekać ze swojej ojczyzny. Gdy zasiada w końcu na valusiańskim tronie, jest nadal barbarzyńcą, buntownikiem i zagorzałym przeciwnikiem skostniałych praw i norm. I to właśnie ta jego cecha, jest paradoksalnie ratunkiem dla chylącej się ku upadkowi cywilizacji. No dobra, może nie ratunkiem, ale jakimś ożywczym zastrzykiem przedłużającym jej egzystencję. Władza absolutna, którą sprawuje Kull jest jednocześnie jego tryumfem i potwierdzeniem wprost nadludzkiej siły, ale i niechcianym ciężarem, łańcuchami pętającymi jego osobistą wolność. Kull nie rozumie, dlaczego jakieś stare tabliczki sprzed tysiącleci mają nadal dyktować współczesnym ludziom jak żyć i co robić. Dlaczego ludzie sami, dobrowolnie pętają się absurdalnymi i nieżyciowymi zasadami?


„Ja, król. Poraniony niemal na śmierć, przetrwałem wszak to mnóstwo ran. Słuchajcie przeto! Jestem już znużony tą sprawą! Stałem się nie królem, lecz niewolnikiem! Jestem osaczony prawami, prawami, prawami! Nie mogę karać złoczyńców ani nagradzać przyjaciół z powodu praw, zwyczajów, tradycji! Na Valkę, będę królem tak samo w rzeczywistości, jak z nazwy!”

A przecież świat, w którym żyje Kull jest zupełnie prosty. Z wierzchu. Mężczyźni to nieskomplikowane automaty, charakteryzujące się „gibkością”, odwagą, siłą i niezłomnością. Kobiety są zawsze piękne i„gibkie”, wymagają opieki i łatwo mieszczą się pod pachą. Intrygi dworskie, których jesteśmy świadkami w pałacu Kulla są zawsze szyte grubymi nićmi i z góry wiadomo, że dość szybko zostaną zdemaskowane. Robert E. Howard nadal pisze przygodową fantasy spod znaku magii i miecza, ale w porównaniu z opowiadaniami o niezniszczalnym purytaninie mamy dwie różnice. Po pierwsze, autor nie epatuje już tak mocno makabrą i gore, nie skazuje już ludzi na niewyobrażalne tortury zdzieranej skóry i łamanych kości. Po drugie, zaczyna trochę bardziej filozofować na temat natury bytu, czasu i przestrzeni – tak zupełnie w duchu weird fiction. Kull bardzo często mimowolnie zagląda za kurtynę, którą spuściła nam przed oczyma nasza „rzeczywistość”. Dokładnie tak, Howard zakłada, że to, co obserwujemy i doświadczamy to tylko pogłos prawdziwej, Jedynej Rzeczywistości, pozostającej poza naszym zasięgiem.

„Wszystko jest ułudą – mówił Kuthulos – zewnętrzną oznaką zasadniczej Rzeczywistości, która nie mieści się w ludzkim pojmowaniu, jako że nie ma rzeczy względnych, którymi skończony umysł może pomierzyć nieskończone. To Jedno może być przyczyną wszystkiego bądź też każde naturalne złudzenie może posiąść jakąś podstawową jedność.”


Prawdziwa Rzeczywistość jest niepoznawalna, manifestowana tylko poprzez swoje odbicia w naszym umyśle. I to jest pierwszy poziom interpretacji, dosłowna tajemnica bytu, względność czasu i umowność przestrzeni. Kull NAPRAWDĘ przenosi się sto tysięcy lat w przyszłość, NAPRAWDĘ widzi w lustrach Thuzuna Thune’a inny świat, NAPRAWDĘ trafia w miejsce, gdzie nie istnieje pojęcie czasu i NAPRAWDĘ uwalnia pierwotną Nieobecność, z której zrodziło się wszystko. Ale można też wejść na kolejny, drugi poziom. To na nim autor „Kulla” idzie w ślady swojego wielkiego, korespondencyjnego przyjaciela, Howarda Phillipsa Lovecrafta i stawia małego, nic nie znaczącego człowieka wewnątrz nieskończonego i wiecznego wszechświata. Od czasów Conana dzielą nas dziesiątki tysięcy lat, od jego czasów z kolei do epoki Kulla mamy kolejne ery. Ale to nie koniec, bo w uniwersum Roberta E. Howarda Thuria, Atlantyda i Lemuria nie są wcale najstarszymi cywilizacjami. Starsze Istoty, o których wspomina w jednym z opowiadań Howard, to czytelne nawiązanie do pewnej znanej i wstrząsającej historii, której akcja dzieje się na antarktycznym, lodowym pustkowiu. Robert E. Howard tworzy pewną parabolę, przenośnię wedle której my, ludzie zajmujemy tylko kilka minut przed północą na dobowej reprezentacji historii naszej planety.

Kull zatem to nie tylko pre-Conan i jego przodek. To samodzielny bohater-wojownik-filozof, który być może nie imponuje tak jak znany wszystkim Cymmeryjczyk, ale zdecydowanie warto go poznać. 


Tytuł: Kull. Banita z Atlantydy
Tytuł oryginalny: Kull: Exile of Atlantis
Autor: Robert E. Howard
Tłumaczenie: Tomasz Nowak
Wydawca: Rebis
Data wydania: luty 2014
Rok wydania oryginału: 2006 (zbiór), 1929-19 (pojedyncze opowiadania)
Liczba stron: 416
ISBN: 9788378184911

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza