niedziela, 18 kwietnia 2021

Kingdom Come

Niekończąca się bitwa


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Oto za sprawą Egmontu, z miesięcznym opóźnieniem, pojawił się właśnie w Polsce jeden z najgłośniejszych i chyba najważniejszych komiksów w historii uniwersum Detective Comics. Mogliśmy go przeczytać już szesnaście lat temu – jeśli ktoś przegapił, teraz ma szansę nadrobić. Choć w przypadku tego komiksu sprawa jest jasna – powinni to uczynić przede wszystkim fani komiksu superbohaterskiego.

Umierający w szpitalu Wesley Dodds, słynny Sandman Złotej Ery, mówi siedzącemu w nogach łóżka pastorowi Normanowi McCayowi, że nadchodzi Armageddon. Apokalipsa opisana przez Świętego Jana już niedługo się zacznie – ale zamiast demonów, aniołów śmierci, plag i bestii wezmą w niej udział superbohaterowie. Norman McCay sam zaczyna wkrótce doświadczać apokaliptycznych wizji – świat płonie i nic nie jest w stanie go uratować. Gdy do pastora przybywa tajemnicza istota spoza czasu, znana fanom Detective Comics znają jako Spectre i staje się dla bohatera staje się kimś w rodzaju ducha przyszłych Świąt Bożego Narodzenia, a sam McCay przyjmuje rolę Jana Ewangelisty, wiemy już, że nie mamy do czynienia ze zwykłym komiksem superbohaterskim. Mark Waid i Alex Ross stworzyli dzieło, które wychodzi poza sztywne ramy historii obrazkowych ze świata DC – „Kingdom Come” jest metakomiksem opisującym pewien trend powstały w latach dziewięćdziesiątych i przeciwstawiającym mu wartości, o których wielu twórców w tamtych czasach zdawało się już nie pamiętać.


Pomysłodawcą całej historii był grafik. W roku 1994 Alex Ross przedłożył włodarzom DC skrypt wymyślonej przez siebie opowieści o świecie przepełnionym superbohaterami i chylącym się ku upadkowi. Ross o wiele lepiej rysował niż pisał, więc do stworzenia szczegółowego scenariusza zaproszono Marka Waida – faceta, który był (i jest nadal) chodzącą encyklopedią uniwersum Detective Comics. Czteroodcinkowa miniseria, której tytuł zmieniano podczas prac wielokrotnie, ukazała się drukiem między majem a sierpniem 1996 roku i z miejsca została okrzyknięta jedną z najważniejszych historii ze świata DC, jakie kiedykolwiek napisano. Oto kolejny komiks rewizjonistyczny, który, dekadę po takich milowych kamieniach jak „Powrót mrocznego rycerza” Franka Millera i „Strażnicy” Alana Moore’a, nadal ma wiele ciekawego do powiedzenia na temat tego, w jakiej kondycji jest i w jakiej powinien być komiks superbohaterski.

„Kingdom Come” należy do „DC Elseworlds” – czyli pozostaje poza głównym kontinuum, co pozwoliło na swobodne przedstawienie wydarzeń z przyszłości superbohaterów. Świat komiksu pęka w szwach. Dobrze znani, „klasyczni” superbohaterowie się zestarzeli i odeszli na emeryturę – tak jak we wspomnianym wyżej arcydziele Millera. Ich miejsce zajęło pokolenie ich dzieci i nierzadko wnuków – nowa generacja herosów jest bardzo liczna. Młodzi superbohaterowie nie kierują się jednak żadnym wartościami, które przyświecały ich „klasycznym” poprzednikom. Tu nie ma walki dobra ze złem – jest po prostu nieustanna bitwa, walka każdego z każdym o wszystko co możliwe, bez celu i sensu. Świat przekształcił się w jeden wielki plac zabaw, na którym znajduje się zbyt wiele rozwydrzonych i zepsutych dzieci, a te mniejsze i słabsze nie mają gdzie uciec. Gdy dochodzi w końcu do przesilenia i w wyniku wielkiej bitwy umiera ponad milion niewinnych ludzi, stara gwardia postanawia powrócić. Nie może być bowiem tak, że ci, w których upatrujemy naszych zbawicieli i pocieszycieli, niszczą nasz świat. Świat, w którym wiara w dobro i czyste intencje nadludzi upadła, a superherosi okazują się czymś w rodzaju rozkapryszonych greckich bogów – różniących się od śmiertelników tylko tym, że mają nadludzkie moce. „Starzy” superbohaterowie DC mówią jasno – trzeba w końcu zrobić z tym porządek! Młodzi się dostosują i będą przestrzegać naszych zasad, albo założymy im smycze i zmusimy do tego siłą. Trzeba ich nauczyć czym jest prawda i sprawiedliwość!


„Kingdom Come” jest bardzo poważnym, patetycznym i wzniosłym narracyjnie komiksem. Mark Waid celowo pozbawia nas dystansu do przedstawianej treści i przemawia cały czas Wielkimi Słowami o Apokalipsie, Powinności Bohatera, Odpowiedzialności i Dawaniu Nadziei. I robi to tak sprawnie, że ani razu nie popada w autoparodię – tak, Superman jest Wielkim Symbolem, Wzorcem i Nadzieją, zupełnie jak w wydanym niedawno „Zegarze zagłady” Geoffa Johnsa. Gdy odszedł, wszystko się popsuło. To właśnie brak odpowiedniego drogowskazu zwiódł młode pokolenie na manowce. Według Waida i Rossa dokładnie tam wiedli czytelników komiksowi twórcy pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych. „Kingdom Come” jest bowiem bardzo ciekawą polemiką i analizą kondycji superbohaterstwa swoich czasów.

Dlaczego nowa generacja herosów pod wodzą diabolicznego Magoga zdobyła społeczną akceptację i powszechne uznanie? Ponieważ ludzie mieli już dość ciągłej zabawy w kotka i myszkę – Batman nie zabija Jokera, tylko go łapie i wsadza do Arkham, aby już za kilka miesięcy znowu go gonić. Potrzeba metaludzi, którzy ubrudzą sobie ręce, potrzeba „antysuperbohaterów”. Komiksowe lata dziewięćdziesiąte w Marvelu i DC od samego początku szły w tę stronę, a czytelnicy potwierdzali portfelami, że jest to kierunek słuszny. Magog z „Kingdom Come” wzorowany jest bezpośrednio na postaci Cable’a, niesamowicie popularnego, brutalnego mutanta Marvela, który pojawił się w „X-Men” i według opinii Alexa Rossa idealnie uosabiał ostatnią, superbohaterską dekadę dwudziestego wieku. Jim Lee i spółka założyli wydawnictwo „Image”, wydające między innymi „Spawna” i „WildC.A.T.s”, rodziło się uniwersum „Wildstorm”. W Marvelu pojawił się Deadpool a mini-uniwersum „X-Men” rozdęło się do niewyobrażalnych rozmiarów i eksplodowało podczas „Ery Apocalypse’a”. Superbohaterów było chyba już więcej niż zwykłych ludzi i wszystko to groziło przekroczeniem swego rodzaju masy krytycznej – oderwaniem od rzeczywistości i obróceniem w farsę.


To na fali tego właśnie trendu Detective Comics zaczęło „rewolucjonizować” swoje tytuły. To właśnie dlatego musiał umrzeć Superman, aby potem odrodzić się jako długowłosy macho z błyskiem w oku. To dlatego Bane złamał kręgosłup Batmana, a kosmiczny pasożyt Parallax opanował Zieloną Latarnię. Ikonicznych bohaterów próbowano zmienić w brutalne, odchodzące od swych praźródeł, postacie – rasowych antybohaterów. I dokładnie to krytykuje „Kingdom Come” – na dokładnie dwadzieścia lat przed rozpoczęciem inicjatywy „DC Odrodzenie”, której przesłanie jest właściwie takie samo. Superczłowiek musi być przede wszystkim „człowiekiem” – „super” to tak przy okazji, ale niekoniecznie. Klasyczni komiksowi herosi dawali zwykłym ludziom nadzieję, że można być lepszym – twórcy i czytelnicy lat dziewięćdziesiątych o tym zapomnieli. Postawili wielką granicę między człowiekiem i nadczłowiekiem, a przecież taka granica nie powinna istnieć.

Na koniec należy wspomnieć o oszałamiającej sztuce Alexa Rossa. Tak, sztuce. Jego ilustracje to bez wyjątku arcydzieła – fotorealizm postaci (grafik rysował na podstawie żywych modeli – Superman, Batman i Wonder Woman to jego przyjaciele, a Norman McCay to rodzony ojciec), akwarele, malowanie i rysowanie w jednym, absolutny majstersztyk. „Kingdom Come” jest kolejnym znakomitym komiksem DC w Polsce – trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć to, o czym była mowa już przy okazji wspominanego wyżej „Zegara zagłady”. Jest on skierowany przede wszystkim do fanów komiksu superbohaterskiego i chyba tylko oni będą nim zachwyceni. Jest to bowiem dzieło dość hermetyczne i w swoim gatunku – genialne.


Tytuł: Kingdom Come
Scenariusz: Mark Waid
Rysunki: Alex Ross
Tłumaczenie: Maciej Drewnowski, Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Kingdom Come
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Detective Comics
Data wydania: marzec 2021
Liczba stron: 360
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 9788328149243

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza