Na końcu był chaos
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Ostatni, dziewiąty tom „Ultimate X-Men” jest zwieńczeniem naszej długiej przygody w alternatywnym świecie X-Men, którą w Polsce rozpoczęliśmy sześć lat temu. Do dobrze nam znanego Roberta Kirkmana dołączają dwaj inni scenarzyści – Jeph Loeb i Aron E. Coleite. Razem zamkną dzieje „Mutantów ostatecznych”.
Poprzedni tom zakończył się wielką bitwą z Sentinelami i bliźniętami von Strucker z Fenris International. Hellfire Club z Emmą Frost i Sebastianem Shawem na czele nadal chcą uwolnić moc Phoenix drzemiącą w Jean Grey. Do tego pojawili się Morlokowie, Front Wyzwolenia Mutantów i Wirus Dziedzictwa – wszystko to w swoich wersjach świata „Ultimate”. Robert Kirkman zapowiedział też nadejście Shadow Kinga i Apocalypse’a. Od tych właśnie wydarzeń zaczyna się omawiany dziś, dziewiąty tom.
Przed nami dwanaście ostatnich odcinków „Ultimate X-Men” (od numeru 89 do 100) wydanych w 2008 i pierwszej połowie 2009 roku. Do tego dodać należy pięcioodcinkową miniserię „Ultimatum” z 2009 roku, która tak naprawdę zamyka dzieje całego uniwersum. Robert Kirkman pisze tylko pięć pierwszych odcinków i trzeba przyznać, że są to zeszyty najlepsze, choć do najważniejszych osiągnięć tego scenarzysty trochę im jednak brakuje. Ostateczni X-Men walczą z takimi przeciwnikami jak organizacja Broń X, Shadow King i Apocalypse, zamykając tym samym większość wątków rozpoczętych przez Kirkmana. Całość sprawia wrażenie pisanej trochę na kolanie, tak jakby włodarze Marvela powiedzieli nagle Kirkmanowi, że muszą go pożegnać po dziewięćdziesiątym trzecim odcinku, a nie setnym. Autor „Invincible’a” dwoi się i troi, aby zakończyć swoją erę w „Ultimate X-Men” prawdziwymi fajerwerkami – tyle potężnych postaci z Mroczną Phoenix na czele nigdy wcześniej nie pojawiło się naraz w tej serii.
Traci na tym nieco fabuła. Ultimate Apocalypse jest cieniem swojego odpowiednika z głównego uniwersum Marvela, a X-Men plączą się sobie nawzajem pod nogami, nie wiedząc za bardzo co robić. Całkiem nieźle ilustruje to wszystko Salvador Larroca, który jakby przeczuwał co nastąpi już niedługo i postanowił przygotować na to czytelnika. Jest o wiele brutalniej niż wcześniej, a liczba całostronicowych kadrów rośnie wyraźniej w porównaniu do poprzednich odcinków. Jego następcy, czyli Mark Brooks i Clay Mann kontynuują ten trend, podobnie zresztą jak kolejny scenarzysta – Aron E. Coleite.
Coleite napisał resztę odcinków serii i niestety nie dorównał (eufemizm) Kirkmanowi. Okazuje się nagle, że Colossus od lat wspomaga się narkotykiem o nazwie „Banshee”, dzięki któremu może w ogóle funkcjonować jako metalowy olbrzym. Pojawia się kanadyjska organizacja Alpha Flight (znamy ją z wcześniejszych tomów), która znów rzuca wyzwanie mutantom, Wolverine zaczyna wątpić we wszystko, w co wierzył do tej pory, a wszyscy członkowie grupy zaczynają odczuwać dziwny dekadencki nastrój – jakby sami wyczuwali, że świat nie tylko „Ultimate X-Men”, ale całego „Ultimate Marvel” zaczyna dobiegać końca. Trzy ostatnie odcinki serii zdają się być fabularnie niezrozumiałe – nie stąd ni zowąd pojawiają się jakieś postacie bez zapowiedzi, bohaterowie odwołują się do nieznanych wydarzeń i całość zaczyna sprawiać wrażenie totalnego chaosu.
Przyczyniła się do tego specyficzna, moim zdaniem błędna kolejność zeszytów w dziewiątym tomie „Ultimate X-Men”. Po ostatnim setnym odcinku serii (o którym nikt by nie pomyślał, po jego lekturze, że może być ostatnim) znajdziemy wszystkie pięć odcinków „Ultimatum”. Ta miniseria wystartowała mniej więcej w tym samym czasie co 98 odcinek serii „Ultimate X-Men”, więc zeszyty obydwu powinny się wzajemnie przeplatać. Dopiero gdy czytamy pierwsze odcinki „Ultimatum” chaos końcówki „Ultimate X-Men” zaczyna się jakoś porządkować. Choć nie do końca.
Aby w pełni zrozumieć co się dzieje, trzeba byłoby doczytać serię „Ultimates” z tego okresu, czyli tak naprawdę „Avengers” tego świata. W trzecim odcinku tej serii zamordowano Scarlet Witch i Quicksilvera – czyli dzieci Magneto. Magneto oszalał i postanowił zemścić się na całym świecie – wykorzystać swe umiejętności i dokonać dosłownie przebiegunowania Ziemi. Marvel chciał tym samym również zakończyć w jakiś sposób historię uniwersum „Ultimate” – wpadli na pomysł, że „zrobią to jak w filmach „Michaela Baya”. Rysownik „Ultimatum”, David Finch, powiedział w jednym z wywiadów, że historia ta miała być sposobem na „zabicie większości ważnych postaci uniwersum Ultimate”. Kiedy dopuścić się czegoś podobnego, jeśli właśnie nie teraz, z dala od mainstreamu, w świecie i tak skazanym na wydawniczą zagładę.
„Ultimatum” napisał Jeph Loeb, autor tak genialnych komiksów jak chociażby „Batman. Długie Halloween”, czy „Batman. Mroczne zwycięstwo”. Tu wydarzyło się jednak coś niezrozumiałego. „Ultimatum” zostało zgodnie okrzyknięte jednym z najgorszych komiksów Marvela wszechczasów i naprawdę trudno polemizować z tak drastyczną oceną. Magneto zalewa Nowy Jork „falą Ultimatum” i jak w hollywoodzkich filmach katastroficznych z pierwszej dekady XXI wieku mamy kataklizm szerokoekranowy, imponujący odwagą, rozmachem i konsekwencjami. Trup ściele się gęsto nie tylko w wyniku katastrofy, lecz również przez to, że wszyscy najważniejsi herosi i złoczyńcy świata Ultimate wyłażą nagle spod każdego kamienia i rzucają się sobie do gardeł. Jeph Loeb onieśmiela Michaela Baya – nie ma co do tego żadnej wątpliwości.
Ultimate Marvel oszalał. Świat ogarnęła żądza mordu – wszyscy są jak odmienieni, pozwalają sobie na rzeczy, o których nigdy by wcześniej nie pomyśleli. Oto rzeźnia nawet nie udająca komiksu superbohaterskiego – pełna chaosu, tysiąca postaci pojawiających się bez ładu i składu, zawsze bełkoczących WIELKIMI LITERAMI o tym co właśnie robią. Za „Ultimatum” nie kryje się nawet cień jakiejkolwiek refleksji, sensu czy planu. A David Finch atakuje czytelnika tak samo jak wcześniej graficy „Ultimate X-Men” – tylko u niego jest więcej przemocy, krwi, cało- i dwustronicowych kadrów z bohaterami w bezsensownych pozach.
Najciekawsze jest jednak to, że „Ultimate X-Men” kończy się dokładnie w taki sposób, przed jakim miało początkowo uciec całe uniwersum Ultimate. Projekt Marvela miał być przecież nowym początkiem – pozbawionym kilkudziesięciu lat fabularnego bagażu, pozwalającym opowiadać historie od zera. Po kilku latach sam dorobił się jednak własnej mitologii, skomplikowanej historii i dziesiątek postaci, których trzeba było gdzieś pomieścić. „Ultimatum” jest więc nie tylko katastrofą fabularną, ale również symbolicznym końcem eksperymentu. Ultimate miało uwolnić Marvela od jego przeszłości, a ostatecznie samo stało się światem, od którego trzeba było się uwolnić.
Przedsięwzięcie wydawnicze Marvela znane jako „Ultimate”, a jego element „Ultimate X-Men” w szczególności, zakończyło się porażką. Mimo wszystko jednak „Ultimate X-Men” jest bardzo udane jako całość, co uzasadniałem w recenzjach pierwszych ośmiu tomów. W 2024 roku, piętnaście lat po spektakularnej katastrofie, Marvel uruchomił świat „Ultimate” na nowo. Jest to jednak zupełnie inna rzeczywistość. Egmont rozpoczyna właśnie publikacje z „Nowego Świata Ultimate” – nic, tylko czytać i porównywać.
Tytuł: Ultimate X-Men. Tom 9
Scenariusz: Robert Kirkman, Aron E. Coleite, Jeph Loeb
Rysunki: Salvador Larroca, Harvey Tolibao, Mark Brooks, Clay Mann, Dan Panosian, David Finch, Ben Oliver
Tłumaczenie: Dariusz Stańczyk
Tytuł oryginału: Ultimate X-Men #89-100; Ultimatum #1-5; X-Men. Requiem
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: lipiec 2026
Liczba stron: 372
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 9788328175587







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz