czwartek, 13 grudnia 2018

Invincible. Tom 1

Kolorowy list miłosny

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

We wrześniu tego roku pojawił się w końcu w Polsce jeden z głośniejszych komiksów superbohaterskich ostatnich lat. Seria „Invincible”, ze scenariuszem Roberta Kirkmana, zadebiutowała w wydawnictwie Image Comics w 2003 roku i po piętnastu latach dobiegła końca. Całość składa się z dwunastu opasłych tomów zbiorczych, które ukażą się w najbliższych latach nakładem wydawnictwa Egmont. Dziś zajmiemy się pierwszym. Poznajcie Marka Graysona – siedemnastolatka, który okazuje się być synem Omni-mana, najpotężniejszego herosa jakiego nosiła Ziemia.

W sumie niekoniecznie nosiła – Omni-man, jako swego rodzaju Kirkmanowska wersja Supermana, potrafi latać i ma niewyobrażalną wprost siłę. Przybył z planety Viltrum, świata o niebywałym stopniu rozwoju intelektualnego i technicznego. Jego zadaniem jest obrona Ziemi przed wszelkimi zagrożeniami – aby rozwijała się nieustannie i mogła kiedyś dołączyć do galaktycznej śmietanki towarzyskiej. Na co dzień, między walką z jakimś gigantycznym smokiem na Tajwanie a ratowaniem Egiptu przed „magiczną powodzią”, zajmuje się pisaniem powieści. Żyje na przedmieściach wielkiego amerykańskiego miasta wraz z żoną i nastoletnim synem.

I to właśnie ów nastolatek jest głównym bohaterem komiksu. Mark jako syn najpotężniejszego człowieka na Ziemi ma zamiar pójść w jego ślady – niech tylko pojawią się w końcu te długo już wyczekiwane supermoce. No i w końcu są! Ojciec pomaga w wyborze odpowiedniego kostiumu, który może i jest jeszcze niewystarczająco „ikoniczny”, ale przecież na to przyjdzie jeszcze czas. Mark wdraża się pod jego w nowy fach, próbując godzić to ze swoim drugim, równoległym życiem, gdzie jest zwyczajnym uczniem liceum. To taki przeciętny chłopak, ani „przegryw”, ani „popularny dzieciak” – ma swoich kumpli, pierwsze sympatie, nastoletnie dramy, lubi poimprezować, poczytać komiksy albo pójść do kina.


Fabuła lawiruje pomiędzy efektownymi walkami z coraz to nowymi, potężnymi przeciwnikami (na szczególną uwagę zasługuje jednooki, zakręcony i bardzo zabawny „inspektor” wysłany przez pewną międzyplanetarną koalicję) a prywatnym życiem chłopaka i jego rodziny. Pojawia się nastoletnia superbohaterka, należąca do „Teen Team”, do której Mark zaczyna czuć miętę i z którą często przebiera się w ciasnych zakamarkach w obcisłe, kolorowe fatałaszki (bez dziwnych skojarzeń proszę). Cała historia zaczyna powoli nabierać dość ciemnych barw – w tej lekkiej, rozrywkowej narracji pobrzmiewają coraz bardziej złowrogie tony.

Wydawnictwo Image Comics powstało w 1992 roku, w wyniku zapotrzebowania na swobodę twórczą. Komiksy tu wydawane były w pełni autorskie, wolne od nacisków i sugestii wielkich molochów jak Detective Comics lub Marvel. W Polsce usłyszano o nim w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy to niezapomniane TM-Semic wypuściło kilka pierwszych zeszytów „Spawna” Todda McFarlane’a. „Invincible” to, według słów samego Roberta Kirkmana, „list miłosny do komiksu superbohaterskiego”. Autor scenariusza oraz dwaj rysownicy pierwszego tomu wychowali się na komiksach Image z pierwszych lat jego istnienia – gdy w 2003 roku sami zaczęli w nim wydawać, było to spełnieniem ich marzeń.

„Invincible” jest pierwszorzędnym pastiszem. Jest dla komiksu tym, czym „Bękarty wojny” dla filmu wojennego. To przeciwwaga dla wszelkich dekonstrukcji gatunku, których dokonywał dwadzieścia lat wcześniej Alan Moore w „Miraclemanie” i „Strażnikach”. To świadome wykorzystanie wszelkich trykociarskich motywów, aby w zabawny, rozrywkowy, ale i niebywale inteligentny sposób wycisnąć z nich nową wartość. Robert Kirkman wyciąga z kieszeni wszystkie gatunkowe klisze, z jakimi spotkał się w swojej długoletniej „karierze” fana komiksów i przerabia je po swojemu, zachowując jednak cały czas to, co jest ich istotą , w niezmienionej formie.


Żona sugeruje Omni-manowi, że superszybkość powinien zostawić przed drzwiami sypialni. Mark tłucze wielkiego, zielonego potwora kiedy wraca ze szkoły, „bo akurat mu się napatoczył”. W ilu stopniach należy prać rajtuzy herosa, aby nie wyblakły albo się nie skurczyły? Ojciec wpadł do jakiegoś międzywymiarowego portalu i nie będzie go na kolacji? Trudno, więcej dla nas. Umiem wstrzymać oddech na dwa tygodnie, a ty? Tak to mniej więcej wygląda – jest szybko, wesoło, błyskotliwie i naprawdę niegłupio. Kirkman nawiązuje przede wszystkim do uniwersum Detective Comics. Jedną z największych radości w obcowaniu z tym komiksem jest wyłapywanie wszystkich mrugnięć okiem – Darkwing żyjący w „Nocnym mieście” wydaje się tu najbardziej jaskrawym przykładem. No i ręka w górę, kto zarejestrował alternatywę dla Rorschacha ze „Strażników”?

Za rysunki do kilku pierwszych odcinków odpowiada Cory Walker, który przekazuje potem pałeczkę Ryanowi Ottleyowi. Ottley staje się następnie głównym grafikiem serii, dopuszczając Walkera do głosu w wyjątkowych sytuacjach. Sposób rysowania obydwu twórców jest bardzo podobny, choć wprawne oko zauważy zmianę. To proste, wyraźne, dynamiczne szkice, nieskupiające się w ogóle na szczegółach i przypominające nieco kreskówki z Cartoon Network. Albo komediowe mangi/anime – gdy bohater wpada w potężne zakłopotanie, pojawia się u niego na czole wielka, błyszcząca kropla potu. Seria „Invincible” liczy sto czterdzieści cztery odcinki. Scenariusz do wszystkich napisał Robert Kirkman, a rysowało tylko dwóch twórców. To bardzo rzadki przypadek w świecie komiksu. Zapowiada się naprawdę ciekawa rzecz.




Tytuł: Invincible 1
Seria: Invincible
Tom: 1
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Cory Walker, Ryan Ottley
Tłumaczenie: Agata Cieślak
Tytuł oryginału: Invincible: The Ultimate Collection, Vol. 1
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Image Comics
Data wydania: wrzesień 2018
Liczba stron: 400
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 175 x 265
Wydanie: I
ISBN: 9788328135451

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza