niedziela, 5 lipca 2026

Wolverine według Jasona Aarona. Tom 1

Zły i brzydki


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Wolverine jest jednym z najpopularniejszych superbohaterów w dziejach. I tak już chyba pozostanie – przynajmniej dopóki istnieć będzie komiks amerykański. W 2007 roku za pisanie przygód Rosomaka zabrał się Jason Aaron – Egmont wydał kilka lat temu wszystkie zeszyty jego autorstwa w czterech albumach zbiorczych. Oto pierwszy z nich. 

Wolverine zadebiutował w 1974 roku jako przeciwnik Hulka. Po latach stał się tak popularny, że Marvel w 1982 roku dał mu jego własną, limitowaną miniserię, która zakończyła się po czterech odcinkach. Dopiero w roku 1988 wystartowała seria druga, już nielimitowana – to właśnie ją możemy przeczytać w trzech do tej pory wydanych tomach „Wolverine. Epic Collection”. Seria ta liczyła aż 189 odcinków i wydawana była przez piętnaście lat – dobiegła końca dopiero w połowie 2003 roku. 


Ale już miesiąc później wystartowała seria trzecia, której pierwsze odcinki wydała u nas Mucha Comics. Decyzja Marvela może wydawać się dziwna, ale miała swoje uzasadnienie. Rozpoczęta zaraz po drugiej seria trzecia to swego rodzaju rewolucja – za scenariusze zabrał się Greg Rucka i postanowił Wolverine’a „sprowadzić na ziemię”. Pierwszy zbiorczy tom „Wolverine’a” od Muchy pokazuje dokładnie, na czym to miało polegać – Logan (nie Wolverine, nie Rosomak) ze schowanymi pazurami i po cywilnemu rozprawia się z niesprawiedliwością na świecie. Mucha wydała jeszcze drugi tom zbiorczy z opowieściami Marka Millara – kto wie, może kiedyś dojdzie do kontynuacji. Wolverine wziął następnie udział w tak znaczących eventach Marvela jak „House of M” ze słynnym „no more mutants” jaki pada na koniec z ust Scarlet Witch a także w wielkiej „Wojnie domowej”. Wszystkie te wydarzenia odbijały się szerokim echem w uniwersum Marvela a także siłą rzeczy na fabułach trzeciej serii.


Pod koniec roku 2007 w 56 odcinku tejże serii zadebiutował Jason Aaron, który dopiero co zaczął pisać swój genialny „Skalp” dla DC Vertigo. Aaron napisał w przedmowie do omawianego dziś tomu, że od zawsze marzył o pisaniu przygód Rosomaka. Traf chciał, że kilka lat wcześniej wygrał konkurs organizowany przez Marvela dla aspirujących scenarzystów – tę krótką historię znajdziemy jako dodatek na samym końcu. Banalna historia o Loganie pomagającym wymienić koło w samochodzie pewnej damy otworzyła mu drzwi do Domu Pomysłów. Pierwszy odcinek Aarona w trzeciej serii „Wolverine’a” to rewelacyjna historia z Rosomakiem leżącym na dnie głębokiego dołu i manipulującym swoim oprawcą. Kolejną historią, jaką znajdziemy w tym tomie, jest „Get Mystique”. Pościg Logana za zmieniającą kształty zdrajczynią mutantów zabierze go do Afganistanu i Iraku, a także Meksyku (choć tylko we wspomnieniach). Świetna rzecz powiązana mocno z trwającym równolegle „Kompleksem Mesjasza” – po hekatombie kończącej wspomniany wyżej „House of M” pojawia się w końcu szansa na odbudowę mutanciej społeczności.


W lipcu 2008 roku znów na chwilę podziękowano Aaronowi. Wszystko po to, aby w trzeciej serii „Wolverine’a” pojawił się specyficzny „elseworld” – świetny „Staruszek Logan” Marka Millara. Ale Aaron nie zasypiał gruszek w popiele – w omawianym dziś tomie znajdziemy zabawną, lekko przesadzoną historię pisaną przez niego „na boku”, poza regularnymi seriami. „Manifest Destiny” to karykaturalnie narysowana marvelowska wersja „Wielkiej draki w chińskiej dzielnicy” z Wolverine’em zastępującym Jacka Burtona. Ależ to jest klimat! Cobra Kai, stare filmy kung fu z lat siedemdziesiątych i nurt exploitation. Wszystko z przymrużeniem oka oczywiście.

Jason Aaron wrócił do regularnej serii dopiero na sam koniec, w połowie 2009 roku. Właśnie zakończyła się „Tajna inwazja” a Norman Osborn stanął na czele skorumpowanej organizacji H.A.M.M.E.R. i nastał okres znany w Marvelu jako „Mroczne rządy” (to z tego okresu pochodzi chociażby omawiany niedawno pierwszy tom „Punishera” Ricka Remendera). Mutanci mają jeszcze kilka dodatkowych zmartwień – właśnie zakończyła się „Wojna o mesjasza” i jest najmniej stabilnie od czasów „House of M”. Trzecia seria „Wolverine’a” kończy się na siedemdziesiątym czwartym odcinku i w tym momencie dochodzi do ciekawych rozwiązań edytorskich. 


Pojawia się nowa seria pod tytułem „Dark Wolverine” a jej głównym bohaterem zostaje niejaki Daken, syn (!) Wolverine’a, który opętany żądzą zemsty na ojcu dołącza do struktur zarządzanych przez Normana Osborna. Niezłe ziółko ten Daken – pamiętamy co zrobił Punisherowi we wspomnianym wyżej komiksie Ricka Remendera, prawda? Nasz swojski Rosomak tymczasem dostaje swoją własną serię pod tytułem „Wolverine. Weapon X”, której pięć pierwszych odcinków kończy pierwszy zbiorczy tom Jasona Aarona. I to jest najlepsza historia jaką w tym zbiorze przeczytacie. Gigantyczna korporacja Roxxon uruchamia swoją nieoficjalną organizację o nazwie Blackguard, która wchodzi w posiadanie tajnych akt „Broni X”, czyli dobrze nam znanego projektu mającego na celu stworzenie superżołnierza. Wolverine gania po południowoamerykańskiej dżungli całe hordy swoich sobowtórów wyposażonych w jeszcze potężniejsze pazury od niego. Aaron świetnie wykorzystuje wątek korporacji Roxxon i jej całkowicie nielegalnych aspiracji – dziewięć lat później wróci do niego w równie spektakularny sposób Al Ewing w „Nieśmiertelnym Hulku”.


Pierwszy tom „Wolverine’a” Jasona Aarona to po prostu wybór zeszytów z jego scenariuszami, czyli z założenia dziurawy i niekompletny, jeśli chodzi o ciągłość narracyjną. Nie da się ukryć – czuć chaos i nieuniknione niedopowiedzenia, choć dla w miarę zaawansowanego fana mutantów Marvela lektura nie będzie wyzwaniem. Jeśli potraktujemy zamieszczone tu historie jako niepowiązane z sobą epizody, będziemy bawić się przynajmniej świetnie. Jason Aaron nie odkrywa Ameryki, nie chce tak jak wspomniany wcześniej Greg Rucka robić rewolucji. Autor doskonale zna komiksy z Rosomakiem, co udowadnia udanym wykorzystywaniem cech charakterystycznych tej postaci. Wolverine zawsze był outsiderem, zawadiaką, roninem, wędrowcem, dobrym, złym i brzydkim jak u Sergio Leone. Aaron, zanim przeszedł do „Wolverine. Weapon X”, improwizował – nie miał gwarancji ciągłości zatrudnienia w poprzedniej serii i siłą rzeczy tworzył zamknięte, krótkie historie. Wrażenie chaosu (choć kontrolowanego) wzmacnia też cała rzesza rysowników. Wyróżnia się Stephen Segovia, ten od awantury w Chinatown – jest po prostu nieco groteskowy. Reszta grafików to dobrzy fachowcy – to wystarcza w tym konkretnym przypadku.


Aaron sprawia wrażenie scenarzysty, który najpierw testuje postać w krótkich formach, sprawdza jej granice i dopiero potem przechodzi do własnej, większej opowieści. Pierwszy tom jest więc bardziej zbiorem prób generalnych niż pełnoprawnym spektaklem – ale właśnie dlatego tak dobrze pokazuje sposób myślenia autora. Drugi tom z kolei zawierał będzie oczywiście pozostałe odcinki „Wolverine. Weapon X” z lat 2009-2010. Apogeum „Mrocznych rządów” i świata Marvela na krawędzi upadku. Wolverine odnajduje się w takich okolicznościach przyrody znakomicie!


Tytuł: Wolverine. Tom 1
Scenariusz: Jason Aaron, Daniel Way,
Rysunki: Howard Chaykin, Ron Garney, Adam Kubert, Tommy Lee Edwards. Giuseppe Camuncoli
Tłumaczenie: Sebastian Smolarek
Tytuł oryginału: Wolverine by Jason Aaron, volume 1
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comica
Data wydania: listopad 2017
Liczba stron: 396
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 9788328127500

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz