Coś zabija… przyjemność z lektury
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Spin-off serii „Coś zabija dzieciaki” odsunął się już fabularnie od swojej macierzy i dorobił się jak na razie sześciu tomów. Tak właściwie opowiada on naprzemiennie dwie historie – w numerach nieparzystych śledzimy poczynania niejakiego Rzeźnika, a w parzystych mamy „kolorowe” historie grozy powiązane ze sobą kilkoma postaciami.
„Kolorowe”? Tom drugi nosił tytuł „Szkarłat” i opowiadał o Edwinie Slaughterze, próbującym rozwiązać zagadkę makabrycznych morderstw w okolicach Jeziora Wisconsin. Tom czwarty to „Alabaster”, czyli perypetie „wabika” – małego chłopca wystawianego na przynętę podczas polowania na potwory. Omawiany dziś album sygnowany jest kolejnym kolorem – „Lazurem”. Oto Nolan, śledczy Lazurowych Masek, który musi rozwiązać tajemnicę niewyjaśnionych zgonów w kolejnych Domach Zakonu. Wspomniani bohaterowie poprzednich tomów zostają zaangażowani w śledztwo, choć nie jako pomocnicy Nolana, lecz raczej jako przedmioty dochodzenia. Coś zabija łowców… i wszystko wskazuje na to, że z tymi wszystkimi wydarzeniami mogą mieć coś wspólnego „totemy”, czyli specyficzne przedmioty należące do poszczególnych łowców.
W przypadku „Alabastru” narzekałem na scenariusz Sam Johns, która do spółki z Jamesem Tynionem IV pisała też „Szkarłat”. Tu nie radzi sobie ze scenariuszem, nie umie utrzymać spójnego wątku, zadbać o odpowiednią dynamikę fabuły ani – co chyba najgorsze – w zrozumiały sposób opowiedzieć historię i zaangażować w nią odbiorcę. Coś zabija przyjemność z lektury i nie są to w żadnym stopniu zrodzone z traum i dziecięcego strachu potwory. „Lazur” czyta się najgorzej ze wszystkich dotychczasowych albumów i to z kilku powodów.
Poszczególne sceny bardzo nieznacznie tylko wynikają ze scen poprzednich, narracja jest poszarpana i pretensjonalna niemal jak w „Złotym dziecku” Franka Millera (niemal – wszak tamten komiks pozostaje jednym z najbardziej jaskrawych przykładów narracyjnej porażki i pod tym względem wydaje się niedościgniony), zupełnie niezajmująca i często niezrozumiała. „Idź tu…”, „Co tu robicie…”, „Powiedziałbym więcej, ale nie mogę…” – pełno tekstu, treści niemal w ogóle. Statyczne sceny, statyczne twarze wpatrzone w zasypiającego i pomijające większość tego słowotoku czytelnika, ktoś coś gada, ale mamy wrażenie, że do siebie i nie na temat. Wszyscy snują się po mrocznych korytarzach i gadają o rzeczach, które nikogo nie obchodzą poza nimi samymi.
Letizia Cadonici rysuje całkiem nieźle, w stylu nawiązującym do prac Werthera Dell’Edery. I fajnie – o to chodzi, tak to powinno wyglądać. Niestety Johns nie daje Cadonici żadnych szans na rozwinięcie skrzydeł, tłumi wszelkie okazje na graficzne popisy już w zarodku. Zamiast tego zmusza nas do obserwowania kilku postaci, które same nie wiedzą, kim są, co robią i czego chcą.
Całkiem niedawno chwaliłem dziewiąty tom „Coś zabija dzieciaki”. Seria ta w tomie siódmym i ósmym zbłądziła na manowce i nagle z przytupem powróciła na właściwe tory. Można? Można! Obawiam się, że dla „Domu Slaughterów” jest już za późno, Sam Johns skutecznie te tory rozmontowała.
Tytuł: Dom Slaughterów. Tom 6. Lazur
Scenariusz: Sam Johns
Rysunki: Letizia Cadonici
Tłumaczenie: Paweł Bulski
Tytuł oryginału: House of Slaughter #26-30
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Wydawca oryginału: Boom! Studios
Data wydania: luty 2026
Liczba stron: 144
Oprawa: miękka
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 9788368541960



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz