Afrykańskie noir
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
W styczniu wydawnictwo Non Stop Comics zaproponowało nowy rewelacyjny komiks autorstwa dwóch francuskich twórców – Caryla Fereya i Corentina Rouge’a. Teraz przyszła pora na inne dzieło wspomnianego duetu – nieco starsze, ale utrzymane w podobnej konwencji, choć już innej estetyce.
Ów styczniowy komiks to oczywiście pierwszy tom „Islandera”, czyli opowieści o wielkim eksodusie Europejczyków do ostatniego bastionu ludzkości – Islandii. Przygoda, sensacja, odrobina thrillera i dramatu – świetna lektura od początku do końca. Dziś czytamy komiks „Sangoma. Przeklęci z Kapsztadu” z 2021 roku – tym razem lądujemy w Południowej Afryce, w Prowincji Przylądkowej Zachodniej. Apartheid jest już przeszłością, ale jego skutki wywierają dalekosiężny wpływ na codzienne życie zarówno Afrykanerów, jak i czarnoskórych rdzennych mieszkańców.
Fabuła „Sangomy. Przeklętych z Kapsztadu” obraca się wokół kilku tematów. Zdecydowanie biały porucznik Shepperd prowadzi śledztwo w sprawie dziwnego morderstwa na farmie holenderskich Afrykanerów, sypiając jednocześnie z córką wpływowego, czarnoskórego polityka. Całkiem niedaleko ktoś porwał niemowlaka – kto wie, może w celu odprawienia jakichś mrocznych rytuałów? A może te sprawy są ze sobą powiązane? Ba, może mają również związek z mroczną przeszłością rodziny wysoko postawionego polityka, o którym już wspominałem? Wszystko to na tle ogólnokrajowych zamieszek, podczas których rdzenni mieszkańcy i ich skorumpowani (a jakże) przedstawiciele walczą z białą społecznością RPA o redystrybucję majątków ziemskich w czasach po apartheidzie. Nie o taką Republikę Południowej Afryki walczył Nelson Mandela. Ta, w której jesteśmy, z tygodnia na tydzień staje się coraz bardziej podzielona, coraz bardziej czarno-biała – dosłownie i w przenośni.
Caryl Ferey doskonale wie, jak opowiadać zajmującą, emocjonującą historię. „Sangoma” to kryminał pełną gębą, afrykańskie noir pod rozpalonym słońcem, w pięknych apartamentowcach i w skrajnie niebezpiecznych slumsach Kapsztadu. To tam tętni zakazane życie – pełne pierwotnych zabobonów, okrutnych rytuałów i przemocy. Porucznik Shepperd to taki cwaniak-zawadiaka, pewny siebie do przesady, wszędzie wlezie – jak nie drzwiami, to oknem. Jest postacią bardzo niejednoznaczną – ani noir, ani blanc. Tak jak zresztą wszyscy w kraju, który nie radzi sobie ze spuścizną własnej historii. Na zewnątrz jaskrawe czarno-białe podziały, wewnątrz moralne szarości, nieoczywiste argumenty i przemoc, jako język zrozumiały dla wszystkich bez wyjątku.
Corentin Rouge rysuje oczywiście bezbłędnie. W „Sangomie” znów ma okazję rysować slumsy – w „Rio” były brazylijskie, teraz południowoafrykańskie. Scenografie są naprawdę godne podziwu – widoki z lotu ptaka na rzeczone slumsy, plantacje, a nawet afrykański interior. Świetnie poprowadzone są też sceny akcji wypełniające głównie drugą połowę komiksu.
„Sangomę” czyta się może trochę mniej płynnie niż „Islandera”. Mamy tu zdecydowanie więcej wątków, niektóre sprawiają wrażenie nadmiarowych i niepotrzebnie zaciemniających obraz. Ale to chyba tylko wrażenie właśnie – czarny kryminał na czarnym lądzie z politycznym wątkiem i jego społeczną analizą. Bardzo dobra rzecz.
Tytuł: Sangoma. Przeklęci z Kapsztadu
Scenariusz: Caryl Ferey
Rysunki: Corentin Rouge
Tłumaczenie: Paweł Łapiński
Tytuł oryginału: Sangoma, les damnes de Cape Town
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Wydawca oryginału: Glenat
Data wydania: luty 2026
Liczba stron: 152
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 240 x 310
Wydanie: I
ISBN: 9788368542165



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz