Literatura w trybie fast forward
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Francuski scenarzysta komiksowy o pseudonimie „Dobbs” napisał adaptacje wszystkich czterech powieści Herberta George’a Wellsa. W Polsce ukazały się jak na razie dwie: w 2023 roku „Wehikuł czasu” i teraz „Wyspa Doktora Moreau”. Krótkie, kilkudziesięciostronicowe komiksy opowiadają raz jeszcze, tym razem na swój sposób, te znane, klasyczne opowieści.
Doktor Moreau nosi twarz Marlona Brando – naprawdę trudno uciec od tego skojarzenia. Rysownikowi komiksu również się nie udało. Fabrizio Fiorentino rysuje tę postać w taki właśnie sposób celowo, tak aby było jasne, że nawiązuje do filmu Johna Frankenheimera. Włoski grafik jest sprawnym rzemieślnikiem, dobrze radzi sobie z postaciami ludzi, zwierzoludzi, a także scenografiami. Nie jest jednak ani specjalnie oryginalny, ani odkrywczy – ot, poprawne wykonanie i tyle.
O rysunku tyle, o fabule nie będzie wiele więcej. Znamy ją przecież. Rozbitek Edward Pendrick zostaje uratowany przez niejakiego Montgomery’ego, przewożącego dzikie zwierzęta na małą wyspę, o której świat zapomniał. A na wyspie, wiadomo – cielesny horror i gore. Szalony naukowiec przekształca zwierzęta w humanoidy i tym samym wyzwala w nich najgorsze instynkty. Najgorsze, bo ludzkie. Fabuła komiksu nie odbiega od fabuły powieści Wellsa, jest jej wierna tak, jak oczekiwaliby fani jego twórczości. Tylko, że jest to chyba jedyna rzecz, z której byliby zadowoleni. Jedyna, z której byłby zadowolony ktokolwiek.
Problem bowiem w tym, że komiksowa „Wyspa doktora Moreau” to tak naprawdę ilustrowany, szkolny bryk. Wszystko jest tu potraktowane po łebkach, pospiesznie, bo stron mamy do dyspozycji pięćdziesiąt i ani jednej więcej. Postać doktora, tak potężna zarówno w powieści, jak i ekranizacjach (bo Marlon Brando to nie jedyny kinowy Moreau przecież), pojawia się tu na kilku stronach, potem znika w kuriozalny sposób zanim ktokolwiek zdąży się nad nią zastanowić i wyciągnąć jakieś wnioski. To nawet nie jest adaptacja, tylko streszczenie z obrazkami – wierne w faktach, ale zupełnie pomijające sens. Czytelnik nie znający w ogóle literackiego pierwowzoru i filmowych wersji, stwierdzi, że komiks Dobbsa to tylko konspekt, jakiś wstęp do większej, obszerniejszej całości. Odbiorca zaznajomiony z powieścią i filmami wzruszy ramionami, odłoży komiks na półkę i albo o nim zapomni, albo odda do biblioteki z poczuciem zmarnowanego czasu. Po co to komu?
I to jest problem. „Wyspa Doktora Moreau” należy do egmontowego cyklu „Adaptacje literatury”. Co my tu mamy? Między innymi „Oliver Twist”, „Quo Vadis”, „Nędznicy”, czy – uwaga – „Wojna i pokój”. Jest tego o wiele więcej oczywiście, ja wymieniam celowo te adaptowane tytuły, które mają w książkowej wersji dość dużą (eufemizm) objętość. Komiksy mają po kilkadziesiąt stron. Jak można zmieścić epopeję Lwa Tołstoja i zrobić to sensownie w takim medium, jakim jest komiks na tak krótkim dystansie? I chyba ważniejsze pytanie – po co w ogóle to robić?
Nie polecam komiksowej wersji „Wyspy Doktora Moreau”. Nie chcę też brać pod uwagę lektury pozostałych pozycji cyklu – z góry dziękuję. Nie widzę w tym najmniejszego sensu. Jeśli to ma być sposób na oswajanie klasyki, to równie dobrze można by „Wojnę i pokój” streścić na zakładce do książki.
Tytuł: Wyspa Doktora Moreau
Scenariusz: Dobbs, George Herbert Wells
Rysunki: Fabrizio Fiorentino
Tłumaczenie: Marek Puszczewicz
Tytuł oryginału: L'île du Docteur Moreau
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Glenat
Data wydania: styczeń 2026
Liczba stron: 56
Oprawa: miękka
Papier: kredowy
Format: 210 x 290
Wydanie: I
ISBN: 9788328190047



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz