Czuję się jak kupa gówna, ale wyglądam wspaniale
Gdybym miał wybrać najbardziej ohydnego, zdemoralizowanego i przerażającego głównego bohatera wszystkich przeczytanych przeze mnie powieści, byłby to zdecydowanie Patrick Bateman z „American Psycho” Breta Eastona Ellisa. Wrażenie to potęguje fakt, że mamy do czynienia z narratorem pierwszoosobowym, który – choć niewiarygodny – wciąga nas głęboko do własnego zwichrowanego i parszywego umysłu.
Bret Easton Ellis przyznał w jednym z wywiadów, że w pewnym momencie swego życia, krótko po dwudziestce, trafił do egzystencjalnej pustki, konsumpcyjnego piekła i świata bez żadnych wartości. Jego „(Od)loty godowe”, zekranizowane w 2002 roku jako „Rules of Attraction”, były pierwszą próbą odreagowania i uporania się z rzeczywistością. Nieustanna nihilistyczna impreza, w jakiej brał udział Sean Bateman, pokazywała bezsens egzystencji pokolenia X wchodzącego w dorosłe życie. Patrick Bateman z „American Psycho”, starszy brat Seana, jest już człowiekiem dorosłym. Ma dwadzieścia siedem lat i w roku 1989, kiedy toczy się akcja powieści, pracuje jako makler na Wall Street. Nigdy nie spotkał Gordona Gekko i Buda Foxa ze słynnego filmu Olivera Stone’a, ale podobnie jak ta dwójka jest pewnym symbolem ery końca lat osiemdziesiątych – pełnej drapieżnych, bezwzględnych, nowobogackich próżniaków żyjących w świecie bez moralności i refleksji.
Patrick i jego trzej dobrzy kumple z branży spędzają wieczory w drogich restauracjach i ekskluzywnych klubach, gdzie szukają „laskojadów” na jedną noc (choć każdy z nich jest jakimś związku). Każdy z nich ma okulary w rogowej oprawie, nażelowane włosy zaczesane do góry i ubiera się w najdroższe markowe garnitury i buty (obowiązkowo ze wzmocnionym czubem). Życiem Patricka kieruje skrajny materializm i kult ciała – wierzy on (podobnie jak jego znajomi), że perfekcyjna muskulatura, nieskazitelna cera, drogie samochody, portfele z najdroższej skóry i ubrania od najlepszych projektantów czynią go wartościowym człowiekiem. Tak naprawdę wpadł w pułapkę bez wyjścia – każdy z członków jego towarzystwa musi dorównać pod tym względem reszcie, inaczej z niego wypadnie. W bardzo obrazowy i słodko-gorzki sposób obrazuje to groteskowa „licytacja” na wizytówki – im droższe i bardziej wyrafinowane, tym lepiej świadczące o jej posiadaczu. Nawet kobiety są w ich mniemaniu przedmiotami, designerskimi produktami podnoszącymi prestiż ich właściciela. Taki tryb życia i jego „filozofia” homogenizują – Patrick jest nieodróżnialny od reszty maklerów, jest ciągle mylony z kimś innym, zwłaszcza przez niejakiego Paula Allena, któremu wszyscy zazdroszczą lukratywnego kontraktu z niejakim Fischerem.
Ellis z początku szczegółowo opisuje rygorystyczny styl życia Patricka, w którym wszystko jest dokładnie zaplanowane i potwornie nudne, przemycając – na początku nieśmiało a potem coraz odważniej – bardzo niepokojące wstawki. Bateman marzy o zabiciu młotkiem kelnerki w barze lub masturbuje się przy sadomasochistycznym porno, a potem zaczyna wszystko wdrażać w życie. „Postanowiłem spóźnić się do biura, złapałem taksówkę i wróciłem do domu, gdzie założyłem nowy garnitur (od Cerruti 1881), zrobiłem sobie pedicure i zamęczyłem na śmierć małego szczeniaczka, którego kupiłem w sklepie ze zwierzętami na Lexington kilka dni wcześniej”. Narracja Batemana jest beznamiętna i szokująca – opisuje on bardzo dokładnie sceny brutalnego seksu, tortur i morderstw jakich się dopuszcza, aby zaraz w następnym rozdziale pisać, że właśnie siedzi na drinku z kolegami, idzie na squasha, bierze prysznic lub analizuje twórczość Genesis lub Whitney Houston.
„American Psycho” jest tak naprawdę jednym długim strumieniem świadomości głównego bohatera, nie opuszczamy jego umysłu ani na chwilę. Umysł ów ulega stopniowej dezintegracji, brutalne i krwawe zbrodnie oraz sceny psychicznej degrengolady są coraz częstsze i bardziej dosadne. Ellis w genialny sposób zaciera granicę między rzeczywistością a rojeniami Batemana – podobno on sam, podczas pisania powieści, nie wiedział czy dany fragment dzieje się naprawdę, czy tylko w umyśle Patricka. Protagonista powieści jest najbardziej obrzydliwym indywiduum, jakiego znalazłem w literaturze. Jednocześnie nie sposób oderwać się od lektury – trudnej, niewygodnej i wyrzucającej (chyba każdego) z szeroko pojętej strefy komfortu.
Patrick Bateman padł ofiarą przekleństwa konformizmu i powierzchowności. „Dostosuj się albo zgiń” – to jest motto jego życia. Powtarza co prawda co jakiś czas: „Wystarczy powiedzieć nie!”, ale nigdy tego nie robi. Bret Easton Ellis pisze w zasadzie o podobnych sprawach co Chuck Palahniuk na początku swej kariery – zatomizowanym społeczeństwie pochłoniętym przez konsumpcjonizm, ludziach bez tożsamości, wyzutych z indywidualności i moralności w imię dzikiego, owczego pędu za wszystkim co luksusowe, drogie i markowe. Patrick w zasadzie nie istnieje, podobnie jak reszta jego kolegów. Jest zbiorem cytatów, naklejek z opakowań, metek z ubrań, rachunków za taksówki i biletów na koncerty. Jego idolem jest Donald Trump, który dwa-trzy lata później spotka „Kevina samego w Nowym Jorku” – niedościgniony wzorzec pozerów i nuworyszy z Wall Street. Patrick zamyka się coraz szczelniej we własnym umyśle, izoluje od reszty świata i popada w szaleństwo.
W „American Psycho” szalone wydaje się całe społeczeństwo. Odrętwiałe, uodpornione na medialne przekazy, przemoc, tragedie i cierpienie. „Czuję się jak kupa gówna, ale wyglądam wspaniale” – mówi Bateman i powstrzymując torsje nakłada sobie kolejną warstwę żelu na włosy. W momencie najgłębszego upadku przyznaje, że pragnie być tylko kochanym, ale skazany został na życie w świecie bez miłości. W pułapce bez wyjścia – nihilistycznym piekle, z którego nie ma ucieczki. Nikt nie zauważa zbrodni Batemana, choć ten nieświadomie robi wszystko, aby zostać złapanym. Nikt nie słyszy jego głośnych deklaracji dotyczących makabrycznych planów, nikt nie zgłasza tego na policję. I to jest najlepszy motyw powieści, genialna metafora – zbrodnie głównego bohatera tracą realność właśnie poprzez zobojętnienie społeczne i ciche przyzwolenie na niesprawiedliwość wyższych sfer wobec nędzników żyjących niżej. Zwróćcie uwagę jak często Ellis przywołuje właśnie „Nędzników” Wiktora Hugo – to nie jest bezcelowe.
Nie ma zatem żadnego znaczenia, czy wszystkie przerażające morderstwa, jakich dopuścił się Patrick Bateman, były tylko jego urojeniami, czy nie. One nie wywarły na nikim wrażenia, bo nikt w świecie powieści nie interesuje się nikim poza sobą. Tym bardziej wymowny i naprawdę mocny jest finał powieści. Napis „to nie jest wyjście” widniejący nad drzwiami w drogiej restauracji potwierdza tylko, że Patrick Bateman pozostanie w swym więzieniu już na zawsze – w wiecznym bólu i udręce. Nikogo jego cierpienie nie obchodzi, a tym bardziej cierpienie jego ofiar.
W 2000 roku na ekrany kin weszła adaptacja powieści w reżyserii Mary Harron. Filmowy „American Psycho” był potwierdzeniem klasy Christiana Bale’a wcielającego się w rolę Patricka – zagranej genialnie i sugestywnie. Tak, Bale był Batemanem zanim został Batmanem! Fabuła filmu jest zaskakująco wierna powieści, choć – wiadomo – nie mogła zawierać najbardziej drastycznych scen, wszak to nie „snuff movie”. Podobno 80% dialogów (nie liczyłem, ale widziałem film bezpośrednio po lekturze i faktycznie tak może być) jest wziętych prosto z książki. Mimo niewielkich różnic (bad trip dla odpornych i zdystansowanych czytelników versus czarna komedia), zarówno w powieści i filmie chodzi dokładnie o to samo. O rozpad człowieka bez wzorców i moralności uosabiającego całe ówczesne (a może i współczesne) społeczeństwo. Zabawne jest to, że charakterystyczny grymas twarzy Christiana Bale’a podczas rozmowy z Jaredem Leto (grającym Paula Allena) to memiczna „sigma”, symbol zajebistości i podziwu wobec silnego i zdeterminowanego w swych działaniach osobnika. Znak czasu? Oby nie.
Tytuł: American Psycho
Autor: Bret Easton Ellis
Tłumaczenie: Jędrzej Polak
Tytuł oryginału: American Psycho
Wydawnictwo: Vis-á-Vis/Etiuda
Wydawca oryginału: Vintage
Rok wydania: 2025
Rok wydania oryginału: 1991
Liczba stron: 456
Wydanie: I
ISBN: 9788379985685





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz