czwartek, 5 marca 2026

Batman. Pełnia

Skowyt nietoperza


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

DC Black Label ma się dobrze i co jakiś czas w jego ramach pojawia się nowy komiks. Twierdzę jednak, że DC Black Label nie wytrzymuje porównania z DC Vertigo i więcej jest tu średnich opowieści niż tych naprawdę dobrych lub znakomitych (te wydawane były głównie na początku). „Batman. Pełnia” tego wrażenia nie poprawia.

Scenariusz do czteroodcinkowego „Batman. Full Moon” napisał filmowiec Rodney Barnes. Początkowo celował w kolejną opowieść o wampirach, ale ostatecznie zdecydował się na temat o wiele rzadziej poruszany w mainstreamie DC – likantropię. Żołnierz armii amerykańskiej zostaje zarażony klątwą wilkołaka podczas misji w Rumunii. Gdy po pewnym czasie trafia na badania do gothamskiego laboratorium doktora Roberta Langstroma, jego wewnętrzny potwór szybko przejmuje nad nim kontrolę. W Gotham zaczyna się rzeź, a wilkołaka może powstrzymać oczywiście tylko Batman. Problem w tym, że Mroczny Rycerz zostaje ugryziony. Nadciągającego nietoperzowego skowytu nie da się chyba zbyt długo powstrzymywać…


Wszystkie dotychczasowe metody Batmana przestają działać. Zostaje postawiony pod ścianą – musi mierzyć się po prostu z brutalną, niepowstrzymaną i nieznającą pojęcia moralności siłą. Ba, musi walczyć również sam ze sobą. Barnes wprowadza do historii kilka postaci znanych z komiksów o Batmanie (Alfred i komisarz Gordon), a także te kojarzone raczej z tak zwanym „magicznym zakątkiem” uniwersum DC. Do Gotham przybywają John Constantine i Zatanna – ta druga w naprawdę ciekawej i zaskakującej roli. Wierni czytelnicy komiksów z Człowiekiem Nietoperzem dobrze wiedzą, kim jest doktor Langstrom – jednak nie pozwolono mu się za bardzo wykazać. Cztery odcinki omawianego dziś komiksu wypełnia w zdecydowanej większości krwawa jatka i potwory wyjące do księżyca. Trudno znaleźć w jakimkolwiek wydanym ostatnio komiksie z Batmanem fabułę bardziej banalną niż ta, ale przynajmniej pozwoliła ona wykazać się grafikowi.


Stevan Subić dał się już poznać w Polsce – narysował dwa odcinki „Pingwina” Toma Kinga i zrobił to znakomicie. W „Batmanie. Pełni” odpowiada za całą sferę graficzną – szkice, tuszowanie i kolorowanie. Jego wizja mrocznych stworów rzucających się sobie do gardeł w świetle księżyca padającego na sterroryzowane Gotham jest absolutnie rewelacyjna. Jest mrok, chropowaty quasi-realizm w stylu Andrei Sorrentino, oszczędna kolorystyka nadająca całej opowieści specyficzny klimat i doskonały zmysł narracyjny. Chwalę bardzo, bo to trzeba podkreślić – to Subić ciągnie „Pełnię” do góry, nie Barnes. Jego prace pełnią taką samą rolę jak niesamowity soundtrack w średnim filmie. Mamy do czynienia z późnym DC Black Label, w którym twórcy mylą dojrzałość z dosadnością i obiecują więcej, niż są w stanie spełnić. To samo obiecuje forma, czyli grafika Subicia – zwyczajnie niewykorzystana.


„Batman. Full Moon” nie ma żadnej szansy, aby zapisać się w annałach DC Comics ani nawet na dłużej w pamięci jakiegokolwiek czytelnika. Jest to komiks stworzony bardziej dla wrażeń wizualnych niż niuansów fabularnych. Mnie to nie do końca pasuje, chyba już nie tego szukam.


Tytuł: Batman. Pełnia
Scenariusz: Rodney Barnes
Rysunki: Stevan Subić
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman. Full Moon
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics, DC Black Label
Data wydania: grudzień 2025
Liczba stron: 160
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 9788328177086

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz