Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2019-08. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2019-08. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 sierpnia 2019

Bonneville

1,609 kilometra

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Belgijski twórca komiksowy, Frank van Oppen, którego twórczość znamy już chociażby z omawianego niedawno „Berlina”, jest wielkim miłośnikiem motoryzacji. W wydanym (też niedawno) „Grand Prix” świetnie połączył tę pasję z zamiłowaniem do historii i kronikarskiej metody tworzenia scenariuszy komiksowych. W swoim najnowszym komiksie idzie jeszcze dalej – „Bonneville” charakteryzuje się jedną z najoryginalniejszych form przekazu wśród wszystkich komiksów obecnych dzisiaj na polskim rynku. Metoda twórcza znana z „Berlina”, „Grand Prix”, czy „Brygady żydowskiej” jest tutaj pociągnięta do ekstremum.

Jak wiemy z „Grand Prix”, w latach trzydziestych ubiegłego wieku szukano na naszej planecie dogodnego miejsca do bicia rekordów prędkości. I znaleziono – „Bonneville” jest historią pewnego szczególnego miejsca na Ziemi w pewnym szczególnym czasie, a konkretnie w latach 1959–1968. Jednak zgodnie z tym, co pisze autor komiksu, historia ta zaczęła się dziesięć tysięcy lat temu. Wtedy, pod koniec ostatniego zlodowacenia, poziom wód jeziora, które tysiące lat później naukowcy ochrzczą mianem „Bonneville”, zaczął się obniżać. Obecnie, od maja do listopada, powierzchnię jego suchego dna stanowi półtorametrowa warstwa sprasowanej soli – gładka i twarda jak pas startowy na lotnisku. Słone Równiny Bonneville są niewiarygodnie rozległe, dlatego też zostały wybrane jako miejsce do bicia rekordów prędkości na lądzie.

wtorek, 27 sierpnia 2019

Wtorek przed ekranem #20

John Carpenter - zakończenie


Artykuł o Johnie Carpenterze ukazał się pierwotnie w magazynie OkoLica Strachu.

„Give me a bucket of blood and I’ll just dump it on you!”

Film to przede wszystkim rozrywka




Minęło dziewięć lat od premiery „Oddziału”. John Carpenter milczy. Oczywiście filmowo, bo w wywiadach się udziela. Potwierdza to, co powiedział głośno na planie „Duchów Marsa” siedemnaście lat temu – nie kocha już kina. Powrócił na krótko do formy w roku 2005 ale w ostatecznym rozrachunku, film o pięć lat późniejszy pokazuje, że John Carpenter jest już zmęczony. On sam porównuje zawód reżysera do pracy w kopalni, zwłaszcza gdy ma się już ponad pięćdziesiąt lat. Ale tak naprawdę czy musi jeszcze cokolwiek udowadniać? Jest legendą za życia, reżyserem prawdziwie kultowym i spełnionym. Robił w życiu przecież to wszystko o czym marzył od dzieciństwa.

Proces twórczy Johna Carpentera nigdy nie był planowym dążeniem do stworzenia jak najlepszej fabuły. Była to zawsze próba podzielenia się z widzem tym, co akurat w duszy gra, nawet wtedy, gdy scenariusz nie był jego. Pomysły przychodziły ot tak, znikąd, powstawały na bazie wieloletniej fascynacji kinem i muzyką, rodziły się intuicyjnie. Reżyser to oczywiście człowiek odpowiedzialny za całokształt produkcji, ale, jak niejednokrotnie podkreślał Carpenter, jest to opowiadacz historii. To jest zawsze jego podstawowe zadanie – storytelling. Najlepsze opowieści to te, które docierają do widza bezpośrednio, są proste i pozbawione formalnych ozdobników. Carpenter zawsze chciał, żeby jego widz podczas oglądania filmu śmiał się, bał, płakał, przeżywał historię wraz z bohaterem a potem opowiadał innym ludziom co widział, słyszał i czego doświadczył.

niedziela, 25 sierpnia 2019

Sin City 1. Trudne pożegnanie

Studium w czerni i bieli

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Egmont co jakiś czas dodrukowuje nakłady komiksów, które po czasie stały się bardzo trudno dostępne na rynku. W maju pojawił się ponownie pierwszy tom słynnej serii „Sin City” autorstwa Franka Millera. Nie ma chyba takiego miłośnika historii obrazkowych, który nie słyszałby o tym komiksie – zwłaszcza, że czternaście lat temu głośnym echem na świecie odbiła się ekranizacja trzech wybranych opowieści ze świata „Sin City”. Jedną z nich było „Trudne pożegnanie”, czyli pierwsza wyprawa do Miasta Grzechu. 

Marv, ćpun brzydki jak noc, brutalny osiłek, bywalec najpodlejszych barów, zabijaka i wyjęty spod prawa przestępca poznaje w knajpie przepiękną i obawiającą się o swoje życie kobietę o imieniu Goldie. Po upojnej nocy Marv budzi się spełniony, skacowany i zszokowany. Goldie nie żyje. Ktoś zakradł się do pokoju i zamordował ją w czasie, gdy spali, po czym najwyraźniej zaalarmował policję. Marv, wrobiony w morderstwo, ucieka z obławy i poprzysięga zemstę zabójcy. Nieważne kim ten bydlak jest – piekło zda mu się rajem w porównaniu do tego, co Marv szykuje dla niego przed śmiercią. Niestety nie będzie łatwo – krucjata bohatera prowadzi go w górę hierarchii miasta. Tam właśnie czai się największe zło.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Prawda półostateczna

Prawdziwe kłamstwa

Artykuł został opublikowany pierwotnie na portalu Esensja w cyklu „Na rubieżach rzeczywistości”.

Omawiane ostatnio „Klany księżyca Alfy” powstały na bazie opowiadania i dodatkowo w ciekawy sposób rozwijały ideę z wcześniejszego „Marsjańskiego poślizgu w czasie”. Dziś też zajmiemy się powieścią opartą fabularnie na starszych krótkich formach Dicka i nawiązującą do jednej z poprzednich powieści – tym razem do „Simulakry”. Różnica jest tylko taka, że „Prawda półostateczna” to zbiór pomysłów nie z jednego, lecz kilku opowiadań.

W styczniu 1953 roku w magazynie „Galaxy Science Fiction” ukazało się opowiadanie „The Defenders”. Walczący ze sobą Amerykanie i Sowieci schowali się pod ziemią, a wojnę na górze toczą specjalne roboty bojowe, zwane „ołowiakami”. Dwa lata później opublikowany został tekst „The Mold od Yancy”, w którym Philip K. Dick przedstawił, wzorowanego na ówczesnym prezydencie Stanów Zjednoczonych, wielkiego totalitarnego przywódcę, który podobnie jak w „Simulakrze” okazuje się nieprawdziwy. A po kolejnych dwóch latach można było przeczytać „The Unreconstructed M”, gdzie autor wziął na tapetę ideę kłamstw i fabrykacji przeszłości. Wszystkie te historie znajdziemy w „Opowiadaniach zebranych Philipa K. Dicka” wydanych w ostatnich latach przez Rebis.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Wtorek przed ekranem #19

John Carpenter - Oddział


Artykuł o Johnie Carpenterze ukazał się pierwotnie w magazynie OkoLica Strachu.

„Don't let this place get to you”

Odcinanie kuponów




„Oddział” jest standardowym horrorem z dość dużą ilością jump-scare’ów. Jest filmem zrobionym poprawnie technicznie i dźwiękowo. Ale jednocześnie jest to jeden z najbardziej przewidywalnych i chyba po prostu nudnych filmów, jakie dane było mi zobaczyć. Otóż mamy rok 1966. Policja doprowadza młodą, osiemnastoletnią dziewczynę do zamkniętego oddziału w szpitalu psychiatrycznym. Dziewczyna twierdzi, że ma na imię Kristen i nie pamięta zupełnie nic sprzed momentu aresztowania. W oddziale przebywa również kilka innych dziewczyn w jej wieku, choć z fabuła filmu nie wyjaśnia przyczyn ich izolacji. Okazuje się też, że wszystkie wcześniejsze rezydentki znikały systematycznie w tajemniczych okolicznościach – personel jednak, o dziwo, nabiera wody w usta i nie odpowiada na żadne pytania coraz bardziej przerażonej Kristen. Dziewczyny i pracownicy szpitala zdają się kryć przed bohaterką jakąś straszliwą tajemnicę a jej wołanie o pomoc, skierowane do koleżanek lub do doktora prowadzącego oddział, trafia w próżnię. Kristen musi uciec za wszelką cenę, zwłaszcza, że zaczyna doświadczać obecności upiornej istoty – ni to zjawy, ni to rozkładającego się trupa jakiejś kobiety.

niedziela, 18 sierpnia 2019

Saga o potworze z bagien

Bilety w pierwszym rzędzie na koniec wszechświata

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.


Na początku lat osiemdziesiątych, pewien stojący u progu kariery scenarzysta komiksowy z Northampton w Anglii zaczął opowiadać na nowo historię Marvelmana. Była to brytyjska wersja popularnego amerykańskiego superbohatera, któremu odmówiono racji bytu w rodzimym kraju. Dość infantylna i uproszczona fabularnie seria nabrała głębi i zwróciła się ku dojrzałemu odbiorcy. Alan Moore, bo to o nim mowa, „zrobił to po swojemu”. Niecałe dwa lata później kolejny, tym razem amerykański, bohater zaczął intensywnie dojrzewać pod egidą Moore’a, który postanowił „dokonać w serii kilku zmian”. „Potwór z bagien” rozpoczął nowe życie.

czwartek, 15 sierpnia 2019

Palcojad. Tom 2

Wodzenie za nos

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Joshua Williamson napisał trzydziestoodcinkową serię komiksową, w której zajmuje się zagadnieniem seryjnych morderców. Autor traktuje ten temat jak swego rodzaju popkulturowy fenomen i mit – sprawa tak zwanych „Rzeźników z Buckaroo” jest tu pryzmatem, przez który zarówno my, jak i wszyscy bohaterowie komiksu, obserwujemy rzeczywistość. Dziś czytamy drugi z trzech tomów „Palcojada”.

Wspomniane już miasteczko Buckaroo w Oregonie jest miejscem, z którego pochodzi szesnastu przerażających seryjnych morderców. Dopiero jednak po nieoczekiwanym uniewinnieniu ostatniego z nich, Charlesa Warrena lubującego się w paznokciach (i palcach) swoich ofiar, zła sława mieściny ruszyła w świat. Eliot Carroll, agent FBI, postanowił w końcu rozwiązać „wielką tajemnicę Buckaroo", jednak doprowadziło to tylko do tego, że potwornie okaleczony dochodzi do siebie w miejscowym szpitalu. Jego kolega, Nicholas Finch, specjalista od wyciągania zeznań i miejscowa pani szeryf, Sharon Crane, kontynuują jego dzieło, choć potykają się ciągle o rzucane zewsząd kłody – w miasteczku dochodzi do nowych brutalnych morderstw, śledztwo przejmuje nowo przybyła agentka federalna Abigail Crane a Charles „Palcojad” Warren zdaje się robić wszystko, aby storpedować dochodzenie.

wtorek, 13 sierpnia 2019

Wtorek przed ekranem #18

John Carpenter - Mistrzowie horroru


Artykuł o Johnie Carpenterze ukazał się pierwotnie w magazynie OkoLica Strachu.

„The film is magic”

Podwójny Polański, poproszę




John Carpenter wrócił do kina po dziewięciu latach (o czym za chwilę) i znowu zmieszano jego film z błotem. Jednak to co wydarzyło się po drodze, w roku 2005, zdaje się przeczyć stwierdzeniu, że ten reżyser się skończył. Otóż, cztery lata po „Duchach Marsa”, John Carpenter został zaproszony na pewne tajemnicze spotkanie. Mick Garris, znany reżyser i scenarzysta, zaprosił na obiad innych twórców filmowych horrorów i przedstawił swój projekt. Zaproponował nakręcenie nowej serialowej antologii horroru. Tym razem, w odróżnieniu od „Worka na zwłoki”, miało być wszystko na poważnie. Powstaje serial „Masters of Horror”. Zbierał on umiarkowanie pozytywne recenzje w trakcie emisji kolejnych odcinków, aż do części ósmej, wyreżyserowanej przez Johna Carpentera. Ten odcinek, zatytułowany „Cigarette Burns” został w większości przypadków uznany za najlepszy w pierwszym, trzynastoczęściowym sezonie.

niedziela, 11 sierpnia 2019

Łasuch. Tom 3

U kresu podróży

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Trzeci zbiorczy tom „Łasucha” autorstwa Jeffa Lemire’a jest finałem jednej z lepszych serii komiksowych, jakie ostatnio zagościły na polskim rynku. Zaplanowana pierwotnie na kilka odcinków, a rozciągnięta w trakcie pisania do czterdziestu, opowieść o koszmarnej apokalipsie dobiega końca. Wracamy do Gusa, czyli chłopca-jelonka, reprezentanta „nowej ludzkości”; jego opiekuna, pana Jepperda i reszty ekipy. W tomie drugim zostawiliśmy ich w niezłych opałach.

Najpierw jednak krótki przerywnik. Jeff Lemire podczas intensywnych prac nad swoim „Podwodnym spawaczem” miał bardzo mało czasu na rysowanie „Łasucha”. Comiesięczny rygor dostarczenia nowego odcinka był niemożliwy do utrzymania. Dlatego na trzy odcinki rolę rysownika powierzono Mattowi Kindtowi. Jego „Wypychacz zwierząt” to historia niejakiego Jamesa Thackera, naukowca, który w 1911 roku ruszył na Alaskę w poszukiwaniu swego zaginionego, niedoszłego szwagra. Otrzymujemy dość klasyczną opowieść grozy, przywodzącą na myśl „Terror” Dana Simmonsa. Pełni ona bardzo ważną rolę w procesie budowania całej mitologii świata „Łasucha”.

czwartek, 8 sierpnia 2019

Grand Prix

Ku przestrodze

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Komiks „Grand Prix” autorstwa Marka van Oppena, znanego jako Marvano, określany jest przez samego autora jako „prawdziwa historia, która nigdy się nie wydarzyła”. Tak naprawdę ta definicja pasuje do każdej jego powieści graficznej, w której zajmuje się nie fantastyką, lecz historią. Tworzy on bowiem zawsze fikcyjną fabułę i bohaterów, wplatając jej wątki w bardzo rzetelnie udokumentowane realia okresu, w którym osadzona jest akcja i wprowadzając na scenę postacie historyczne. Dokładnie tak jest w omawianym dziś komiksie.

Przenosimy się do lat trzydziestych ubiegłego wieku na teren III Rzeszy. Hitler został właśnie kanclerzem, gospodarka powoli wychodzi z kryzysu, a jednym z najpopularniejszych sportów, nie tylko w kraju, ale i w całej Europie są wyścigi samochodowe. W tych regularnie organizowanych zawodach, nazywanych „Grand Prix”, brały ekipy z Francji, Włoch, III Rzeszy, Belgii czy Wielkiej Brytanii. Kierowcy byli prawdziwymi gwiazdorami, a na trybunach zasiadały dosłownie setki tysięcy widzów. Nic dziwnego zatem, że Adolf Hitler postanowił wykorzystać popularność tego sportu w celach propagandowych. Traktat Wersalski zabraniał Niemcom produkcji statków i samolotów bojowych, może zatem podbój świata odbędzie się za pomocą samochodów? Hitler chciał przywrócić dumę i honor narodowi niemieckiemu poprzez sukcesy na polu motoryzacji i przy tej okazji umocnić swą władzę.

wtorek, 6 sierpnia 2019

Wtorek przed ekranem #17

John Carpenter - Duchy Marsa


Artykuł o Johnie Carpenterze ukazał się pierwotnie w magazynie OkoLica Strachu.

„It’s time to stay alive”

Strzał w kolano




Kolejny western Carpentera jest opowieścią osadzoną w roku 2176. Ziemianie terraformowali Marsa, pozakładali tam kolonie i kopalnie – zasiedlili czerwoną planetę. Specjalny oddział policji marsjańskiej ma za zadanie odebrać z pewnej górniczej placówki groźnego przestępcę, Jamesa „Niszczyciela” Williamsa (Ice Cube). Gdy przybywają na miejsce, znajdują całkowicie opustoszałą osadę, z Williamsem i kilkoma innymi osobami zabarykadowanymi w więzieniu. Jedna z uwolnionych kobiet przedstawia się jako doktor Whitlock i opowiada historię pewnego dziwnego odkrycia w głębinach kopalni. Naukowcy uwolnili z podziemi jakieś niematerialne, pradawne istoty, które opanowały mieszkańców osady, zamieniając ich w groźne półdzikie istoty – dziwną mieszankę orków Petera Jackona i madmaxowych zbirów. Krótko potem dowódczyni policyjnego oddziału pada ofiarą zwyrodnialców, a reszta ekipy (między innymi Natasha „Gatunek”[1] Henstridge, jako porucznik Ballard i Jason „Turkish”[2] Statham, jako bezustannie smalący do niej cholewki sierżant Jerycho) wraz z „Niszczycielem” i jego kumplami oraz resztą ocalałych kolonistów zaczynają walczyć o przeżycie.

niedziela, 4 sierpnia 2019

Staruszek Logan

Nazywam się Logan!

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

W sierpniu 2008 roku, w sześćdziesiątym szóstym numerze serii „Wolverine” rozpoczęła się ośmioczęściowa historia, uważana za jedną z najważniejszych opowieści o Rosomaku. Cztery i pół roku temu ukazała się w Polce jako pięćdziesiąty czwarty album „Wielkiej kolekcji komiksów Marvela” od Hachette, a teraz wraca na nasz rynek w wydaniu Egmontu. Mark Millar, zainspirowany kreacją Clinta Eastwooda w genialnym „Bez przebaczenia”, przedstawia postać Wolverine’a próbującego przetrwać w alternatywnej wersji uniwersum Marvela. Tutaj przed pięćdziesięcioma laty świat zmienił się całkowicie.

Mamy rok mniej więcej 2060. Od pół wieku nie ma już superbohaterów. Niemal wszyscy zostali zabici w wielkim „pospolitym ruszeniu” superłotrów, którzy teraz, niczym wielcy feudalni władcy, panują w podzielonej Ameryce. Cały Wschód opanowany jest przez Prezydenta (którego tożsamość poznajemy później, kiedy akcja przenosi się w okolice Mount Rushmore – jasna sprawa) a jego sąsiadem jest Doctor Doom. Centralne Stany Zjednoczone to ziemia niczyja – na zachód od niej mamy terytorium Kingpina, okopanego w swoim Fisk Lake City a następnie – uwaga! – trafiamy na Zachód zdominowany przez Hulka i jego pomiot. Tak, ten wielki filar Avengers zszedł na złą drogę i razem ze swoją – rysowaną tak jak na wielu popkulturowych obrazkach – „hillbilly family” terroryzuje tereny od Seattle po San Diego.

czwartek, 1 sierpnia 2019

God Country

To nie jest historia o magicznym mieczu

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Cormac McCarthy stwierdził kiedyś ze smutkiem, że Ameryka, a w szczególności Teksas, nie jest już krajem dla starych ludzi. To surowe i trochę przerażające miejsce staje się polem rozgrywki pomiędzy starym człowiekiem a siłami przekraczającymi jego pojmowanie – „God Country” ze scenariuszem Donny’ego Catesa, opowiada o niesamowitych wydarzeniach jakie miały miejsce na słynnym pograniczu, które tak często odwiedzał autor „Krwawego południka”. Czy naprawdę nie ma już dla naszego bohatera miejsca dla świecie?

Komiks poprzedzony jest cytatem z powieści McCarthy’ego, który zapowiada przyjście Gniewu Bożego. Faktycznie, w okolicach małego domku, w którym mieszka sędziwy, chory na Alzheimera, Emmett Quinlan, rozpętuje się burza apokaliptycznych rozmiarów. Emmetta odwiedza rodzina – jego syn Roy z żoną i małą córeczką – przerażona agresją dziadka i zaawansowanym postępem choroby. Emmett nie poznaje syna, synowej i wnuczki – bliscy obserwują jak powoli zamienia się w strasznego potwora. I wtedy dochodzi do boskiej interwencji – tornado niszczy chatę, na zgliszczach której chory znajduje wielki, trzyipółmetrowy, gadający miecz obdarzony magiczną mocą. Dzięki niemu Emmett wraca do stanu sprzed choroby, jest kochającym i troskliwym ojcem i dziadkiem. A przede wszystkim jest sobą, ze swoim „ja”, pamięcią i wspomnieniami, które tworzą z niego człowieka. Niestety zaraz potem na Ziemię przybywa niejaki Aristus, gigantyczny Bóg Wojny, który chce odzyskać miecz. Emmett wie już co straci pozbywając się magicznej broni – więc konfrontacja i walka przesuwająca góry zdaje się nieunikniona.