Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2021-04. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2021-04. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 kwietnia 2021

Śnienie. Puste skorupy. Tom 2

Odnaleźć sens w tym, co bezsensowne

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Minęło już niemal półtora roku od wydania pierwszego tomu nowej wersji „Śnienia” – jednej z czterech serii składających się na specyficzne przedsięwzięcie wydawnicze, znane jako „Sandman Uniwersum”. W ciągu tego okresu każda ze wspomnianych serii zaprezentowała się polskim czytelnikom jednotomowym komiksem – teraz przyszedł czas na drugie okrążenie. Egmont wydał właśnie drugi tom „Śnienia”, zatytułowany „Puste skorupy”.

Seria ze scenariuszem Simona Spurriera („Coda”, „Silver Surfer. Przypowieści”) i rysunkami Bilquis Evely (w Polsce znanej tylko z jednego odcinka „Wonder Woman”) jest najbliższa duchem oryginalnemu „Sandmanowi”. Pierwszy tom „Śnienia” był niemal „Sandmanem 2.0” – inspiracja dziełem Neila Gaimana była widoczna bardzo mocno a Spurrier nawet zbytnio temu nie zaprzeczał. Kraina Snu została opuszczona przez swego władcę – nowa inkarnacja Morfeusza, znana teraz jako Daniel, opuściła swe królestwo i pozostawiła swoich podwładnych samym sobie. Na domiar złego okazuje się, że „niebo” Śnienia pęka – przez szczelinę dochodzi do swego rodzaju „inwazji” dziwnych, humanoidalnych istot zwanych „egzotami”.

niedziela, 25 kwietnia 2021

Boża inwazja

„Sen bowiem jest istnością też…”

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Boża inwazja” jest drugą częścią nieformalnej „trylogii Valis”. Fabularnie z „Valisem” nie łączy jej jednak nic, poza jedną wzmianką o „starym filmie sprzed lat”, który opowiada o sztucznym satelicie wysyłającym hologram udający rzeczywistość. To nie fabuła, lecz idea łączy obie powieści – podlegające nieustannej ewolucji poglądy Philipa K. Dicka na kwestie Boga, zbawienia i natury rzeczywistości.

W 1979 roku Dick napisał opowiadanie „W okowach powierza, w pajęczynie eteru”. Jego głównymi bohaterami była dwójka ziemskich kolonistów, mężczyzna i kobieta, mieszkający w osobnych schronach na dalekiej asteroidzie. Niejaki Leo McVane próbuje choćby na chwilę zapomnieć o trudnych warunkach bytowych – ucieka w muzykę i fantazje o wykonującej ją pieśniarce. Rybus Rommey ma gorzej – umiera na stwardnienie rozsiane i nie potrafi uciec od rzeczywistości. Ta zbyt mocno o sobie przypomina. Opowiadanie posłużyło za fabularną bazę początku powieści „Valis Regained”, która miała być sequelem „Valisa”. Ekspresowo napisana w marcu 1980 roku, sprzedana została wydawnictwu „Simon and Schuster” – wyszła pod zmienionym tytułem (to już chyba stało się wtedy normą u Dicka) w 1981 roku, jako „The Divine Invasion”. W Polsce wydano ją tylko dwa razy – w 1996 roku w serii „Kameleon” Zyska i S-ki oraz w 2011 roku nakładem Rebisu.

czwartek, 22 kwietnia 2021

Punisher MAX. Tom 4

Chcesz być mną?

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.


Czwarty „Punisher MAX” zawiera jak zwykle dwie zamknięte, kilkuodcinkowe historie – obie są jednak kontynuacjami wątków z poprzednich tomów. Udajemy się na górskie bezdroża Afganistanu, aby potem wrócić do Ameryki i stawić czoła… kobietom. Tak właśnie – ale po kolei.

„Mateczka Rosja”, czyli pierwsza połowa drugiego tomu, opowiadała o wielkiej awanturze na północy Rosji, gdzie w starym, zimnowojennym silosie rakietowym Punisher ścielił podłogę ludźmi generała Mikołaja Aleksandrowicza Zacharowa. Generał wraca, aby pojmać Franka Castle’a – wymuszone zeznania Pogromcy w sprawie akcji na Syberii obciążą organizację SHIELD, a tym samym rząd Stanów Zjednoczonych. Jest szansa na „zimna wojnę 2.0”! Najpierw jednak Punishera trzeba jakoś wywabić z nory – a, że ten nie zwykł pozostawiać niezakończonych spraw, nie powinno to być trudnym zadaniem. Sześcioodcinkowy „Człowiek z kamienia” opowiada o ostatecznym starciu Franka z tytułowym, legendarnym rzeźnikiem z czasów sowieckiej agresji na Afganistan, czyli właśnie generałem Zacharowem i jego ludźmi. W całą aferę wplątuje się również, znana z poprzednich komiksów, żeńska wersja Punishera – Kathryn O’Brien. Afgańskie pustkowia znowu rozbłysną eksplozjami i zabarwią się na czerwono.

niedziela, 18 kwietnia 2021

Kingdom Come

Niekończąca się bitwa


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Oto za sprawą Egmontu, z miesięcznym opóźnieniem, pojawił się właśnie w Polsce jeden z najgłośniejszych i chyba najważniejszych komiksów w historii uniwersum Detective Comics. Mogliśmy go przeczytać już szesnaście lat temu – jeśli ktoś przegapił, teraz ma szansę nadrobić. Choć w przypadku tego komiksu sprawa jest jasna – powinni to uczynić przede wszystkim fani komiksu superbohaterskiego.

Umierający w szpitalu Wesley Dodds, słynny Sandman Złotej Ery, mówi siedzącemu w nogach łóżka pastorowi Normanowi McCayowi, że nadchodzi Armageddon. Apokalipsa opisana przez Świętego Jana już niedługo się zacznie – ale zamiast demonów, aniołów śmierci, plag i bestii wezmą w niej udział superbohaterowie. Norman McCay sam zaczyna wkrótce doświadczać apokaliptycznych wizji – świat płonie i nic nie jest w stanie go uratować. Gdy do pastora przybywa tajemnicza istota spoza czasu, znana fanom Detective Comics znają jako Spectre i staje się dla bohatera staje się kimś w rodzaju ducha przyszłych Świąt Bożego Narodzenia, a sam McCay przyjmuje rolę Jana Ewangelisty, wiemy już, że nie mamy do czynienia ze zwykłym komiksem superbohaterskim. Mark Waid i Alex Ross stworzyli dzieło, które wychodzi poza sztywne ramy historii obrazkowych ze świata DC – „Kingdom Come” jest metakomiksem opisującym pewien trend powstały w latach dziewięćdziesiątych i przeciwstawiającym mu wartości, o których wielu twórców w tamtych czasach zdawało się już nie pamiętać.

czwartek, 15 kwietnia 2021

Władcy chmielu. Tom 1

Wojny piwne


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

W maju 2019 roku wydawnictwo Ongrys postanowiło wydać „Władców chmielu” – rzecz, która dwadzieścia lat temu wychodziła w Polsce nakładem oficyny „Motopol – Twój komiks”. I zrobiło to w dość oryginalny sposób – w sprzedaży jednocześnie pojawiły się zarówno pojedyncze odcinki składające się na ośmioczęściową epopeję, jak i pierwszy tom zbiorczy, złożony z pierwszych czterech. Do wyboru, do koloru – dowiemy się w końcu, jak dalej potoczyły się losy rodziny Steenfortów.

Autorem scenariusza jest słynny Jean Van Hamme, znany w Polsce przede wszystkim ze współpracy z Grzegorzem Rosińskim. Pierwszy odcinek ukazał się w Belgii w październiku 1992 roku – Van Hamme, który napisał już wtedy osiemnaście odcinków „Thorgala” był wielką gwiazdą komiksowego medium. Nowa seria, do zilustrowania której zaproszony został trochę mniej znany twórca, Francis Vallés, jest jednak zupełnie inna niż ta opowiadająca o fantastycznych przygodach pewnego wikinga. „Les Maîtres de l'orge” (czyli tak naprawdę „Władcy jęczmienia” a nie żadnego chmielu – choć po polsku wiadomo, co lepiej brzmi) to ośmioodcinkowa, epicka saga rodzinna z akcją rozciągniętą na sto pięćdziesiąt lat, czyli na drugą połowę dziewiętnastego i cały dwudziesty wiek. Pierwszy zbiorczy tom zabiera nas do roku 1854, by pod koniec opowieści pozostawić w okresie tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej.

niedziela, 11 kwietnia 2021

Koziorożec

Ład i przeznaczenie kontra chaos i przypadek


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Andreas Martens, jeden z najbardziej rozpoznawalnych twórców komiksowych rynku frankofońskiego, znany jest w Polsce przede wszystkim z „Rorka”. Nic dziwnego – to właśnie ta postać pojawiła się pod koniec lat osiemdziesiątych w magazynie „Komiks Fantastyka” i był głównym bohaterem jednego z najbardziej wymagających tytułów tamtych czasów. Ale Andreas to nie tylko „Rork” – to także „Koziorożec”, najdłuższa seria, jaką niemiecki autor napisał i narysował.

Andreas wiedział od samego początku, że „Rork” skończy się na siedmiu albumach. Gdy na początku lat dziewięćdziesiątych pisał i rysował ostatni tom, zatytułowany „Zejście”, miał już pomysł na nową serię. Nową, ale ze znanym i wypróbowanym bohaterem – Koziorożcem. Rork wspomina o nim już w czwartym albumie, czyli „Gwiezdnym świetle”. Sy-Ra, córka Deliah Dartkthorn z umysłem „zawieszonym między światami”, może być uratowana tylko przez pewnego astrologa żyjącego w Nowym Jorku. Tom piąty, zatytułowany właśnie „Koziorożec”, wprowadza do świata „Rorka” nowe postacie – wspomnianego astrologa i dwójkę jego asystentów: flegmatycznego bibliofila Astora i energiczną poszukiwaczkę przygód Ash Grey. Ekipa Koziorożca pomaga Rorkowi w dotarciu do tajemniczego artefaktu, zwanego „sześcianem numerycznym”, który skrywa tajemnicę nie tylko pochodzenia białowłosego bohatera, ale i natury całego multiwersum Andreasa. Koziorożec powraca następnie w tomie ostatnim i wraz ze swoimi asystentami bierze udział w niesamowitych wydarzeniach zamykających „Rorka”. To on właśnie podsumowuje całą opowieść, mówiąc, że Rork był tak naprawdę pewnym znakiem – symbolem niekończącej się podróży i ciągłych poszukiwań.

czwartek, 8 kwietnia 2021

Coś zabija dzieciaki. Tom 2

Horror małomiasteczkowy


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

W małym, amerykańskim miasteczku giną dzieci. To zresztą mało powiedziane – mamy do czynienia z potworną, wręcz surrealistyczną, rzezią. Rodzice zmuszeni są rozpoznawać swoje pociechy po kawałku nogi lub dolnej żuchwie. Wydawnictwo „Non Stop Comic” prezentuje drugi tom komiksu, w którym dominuje czerń i czerwień – ponieważ tak, jak już wspominaliśmy, „Coś zabija dzieciaki”.

Pierwszy tom wprowadził nas w realia świata wykreowanego przez Jamesa Tyniona IV. Poznaliśmy głównych bohaterów, otrzymaliśmy wstępne informacje na temat natury zagrożenia i przede wszystkim zobaczyliśmy je w końcu na własne oczy. Erica Slaughter, młoda, około dwudziestoletnia dziewczyna, przybyła do rzeczonego miasteczka dosłownie znikąd. Wiemy o niej tyle, że należy do jakiegoś tajnego stowarzyszenia, które poluje na potwory – dokładnie takie, jak ten jeden odpowiedzialny za zaginięcia dzieci. Pod koniec pierwszego tomu wielka bestia czająca się w mroku zostaje zabita, tylko jedno dziecko ocalone a dwóch chłopaków z miasteczka wtajemniczonych – zobaczyli horror, którego nie sposób zapomnieć. Zlikwidowany potwór miał niestety potomstwo – teraz głodne monstra ruszają na żer. Najgorsze i najdziwniejsze jest jednak to, że potwory zagrażają tylko dzieciom, czyli tej części ludzkości, która bierze ich istnienie za pewnik. Potwory urealnia bowiem akt wiary a siłę daje im strach. Taka oto idea przyświeca całej serii – „dorosły” sceptycyzm i umiejętność racjonalnych wyparć gwarantuje bezpieczeństwo.

poniedziałek, 5 kwietnia 2021

The Weatherman. Tom 1

Na złamanie karku


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Pierwszy tom „The Weatherman”, wydany w lutym przez Non Stop Comics, jest jednym z najlepszych komiksów, które trafiły na polski rynek w tym rozkręcającym się dopiero 2021 roku. Pełna dynamicznej akcji komediowa opowieść science fiction, garściami czerpiąca z dobrodziejstw japońskiej mangi (wiecie, takiej, gdzie kowboje i space opera pasują do siebie jak ulał) – przepis na sukces, który nie do końca wypalił przy okazji serii „Fear Agent”, tutaj zrealizowany został perfekcyjnie.

Mars, rok 2770. Czerwona planeta stała się domem tej resztki ludzkości, której udało się uniknąć hekatomby. W roku 2763 osiemnaście miliardów istnień zginęło w wielkim, globalnym ataku terrorystycznym, za który odpowiedzialna jest tajemnicza organizacja o nazwie „Miecz Boży”. „Marsjanie” nadal żyją w traumie i obawiają się, że terroryści nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Ponure chwile z rzadka rozjaśniane są przez powszechnie znane, medialne osobistości, takie jak Nathan Bright – popularny, wyszczekany prezenter pogody, mieszanka Kuby Wojewódzkiego i Tin Tina. Wesołe i beztroskie życie Brighta kończy się w jednej chwili – Marsjańskie Służby Bezpieczeństwa, reprezentowane w komiksie przez rudowłosą agentkę Amandę Cross, oskarżają naszego bohatera o to, że nie jest tym, za kogo się podaje oraz że to właśnie on wymordował niemal całą ludzkość. Nathan Bright (czy, ktokolwiek nim jest) bierze nogi za pas – nie pamięta niczego z dnia ataku i dni wcześniejszych, więc kto wie, może i mógłby mieć z nim coś wspólnego. W międzygalaktycznym pościgu biorą udział zarówno tajne służby jak i specjalne komando najgroźniejszego mafiosa na Marsie – najwidoczniej ma on swój własny interes w pochwyceniu „The Weathermana”. 

piątek, 2 kwietnia 2021

100 naboi. Brat Lono

El Mariachi Death Metal


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„100 naboi”, ze scenariuszem Briana Azzarello i rysunkami Eduarda Rissa, to jedna z najlepszych komiksowych serii pod szyldem „DC Vertigo”. Dokładnie sto odcinków wydawanych przez dokładnie dziesięć lat – wszystkie autorstwa dwójki wspomnianych twórców. W 2013 roku, cztery lata po zakończeniu serii, wracają oni do wykreowanego przez siebie uniwersum – w małym meksykańskim miasteczku o nazwie Durango dzieje się źle. Zresztą jak wszędzie w świecie „100 naboi”.

Jednym z najbardziej charakterystycznych bohaterów stuodcinkowej opowieści o walce o władzę nad całym światem był Lono. Wielki, silny, bezlitosny i skrajnie niebezpieczny zabójca – członek „Minutemanów”, specjalnie wyselekcjonowanej grupy gwarantującej spokój w szeregach organizacji, od której zależały losy naszego świata. Minutemani już nie istnieją, a Lono, po latach życia na krawędzi i brodzeniu po pas we krwi swoich ofiar, postanawia żyć inaczej. Od trzech lat mieszka na terenie parafii ojca Manny’ego w Durango. To małe meksykańskie miasteczko znajduje się w zasięgu wpływów kartelu narkotykowego – Lono żyje sobie gdzieś obok, nie miesza się w nie swoje sprawy, nie szuka kłopotów i chce po prostu przestać już być złym człowiekiem. Na bycie dobrym szans jednak nie ma żadnych.