niedziela, 18 października 2020

Batman. Gotyk

W stylu retro
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

W jednym z poprzednich odcinków cyklu czytaliśmy „Azyl Arkham” – genialną opowieść o Batmanie, który, w zakamarkach najbardziej przerażającego szpitala psychiatrycznego w historii komiksu, szukał prawdy o własnej naturze. Był to pierwszy komiks Granta Morrisona, w którym zajął się postacią człowieka–nietoperza – dziś drugi, napisany zaraz potem na fali popularności „Azylu”. Gotham mierzy się z jednym z największych zagrożeń jakie kiedykolwiek wisiało nad miastem.

Zanim jednak o tym opowiemy przenieśmy się na chwilę do listopada 1989 roku. To właśnie ta data widnieje na okładce rzeczonego „Arkham Asylum: A Serious House on Serious Earth”. Wielki sukces, Morrison na ustach wszystkich fanów Detective Comics. Dokładnie w tym miesiącu ma również premierę całkiem nowa seria: „Batman: Legends of the Dark Knight”. Do jej powstania, podobnie jak w przypadku „Azylu Arkham”, przyczynił się „Batman” Tima Burtona, który wszedł na ekrany kin pięć miesięcy wcześniej. Nowa seria, w odróżnieniu od dwóch już istniejących („Detective Comics” i „Batman”), miała być z założenia skierowana do czytelników nie śledzących na bieżąco przygód Batmana – miały to być krótkie (z początku zawsze pięcioodcinkowe) historie oderwane od głównego kontinuum DC i nie pozostające w żadnej zależności fabularnej także względem siebie. Każda z nich miała być pisana i rysowana przez inną parę twórców, którzy dostali naprawdę całkowitą swobodę – mogli cofać się do początków kariery Batmana, tworzyć alternatywne wizje rzeczywistości i robić z bohaterem co im się żywnie podoba – pod warunkiem oczywiście wysokiej jakości swej pracy.




Pięć pierwszych odcinków to „Shaman” – mistyczna opowieść autorstwa Dennisa O’Neila i Eda Hannigana, uzupełniająca nieco i rzucająca inne światło na komiks „Batman. Rok Pierwszy” Franka Millera i Davida Mazzucchelliego. Start nowej serii przyjęto entuzjastycznie, a projekt „Legends of the Dark Knight” przyniósł kolejne, jeszcze lepsze historie, jak chociażby „Batman. Venom” (niezmiernie ważna rzecz, którą pod koniec 1994 roku mogliśmy przeczytać w Polsce w jednym z „Wydań Specjalnych” TM-Semic) i komiks, którym zajmiemy się dzisiaj. „Batman. Gothic” to pięć odcinków serii, wydanych zaraz po „Shamanie” – od kwietnia do sierpnia 1990 roku. Scenariusz powierzono oczywiście Grantowi Morrisonowi, który cały czas słyszał brawa za „Azyl Arkham”, ale tym razem miał stworzyć coś bardziej klasycznego. Do rysowania „Gotyku” zaproszono Klausa Jansona, którego znamy chociażby z „Daredevila” Franka Millera, gdzie początkowo był „tylko inkerem” (facetem nakładającym tusz na ołówkowy szkic rysownika), aby w ostatnich odcinkach rysować już tak naprawdę samemu według storyboardów Millera.

Bossowie gothamskiego półświatka giną jeden za drugim. Na pozostałych przy życiu pada blady strach – wszystko wskazuje na to, że za morderstwami stoi widmo z przeszłości. Pan Szept, „człowiek bez cienia”, zwyrodnialec i dzieciobójca, którego przed dwudziestu laty obecni królowie zbrodni Gotham wysłali do piekła, powraca w niewyjaśniony sposób i bierze odwet. Mafijni przywódcy proszą o pomoc samego Batmana, który co prawda odmawia („Ty i tobie podobni zmieniliście miasto w piekło. Teraz w nim płońcie”) ale ostatecznie zaczyna szukać mordercy. Ku swojemu zaskoczeniu (i przerażeniu) dowiaduje się, że historia Pana Szepta sięga czasów jego dzieciństwa i pobytu w koszmarnej szkole z internatem prowadzonej przez diabła w ludzkiej skórze. Czy dyrektor Winchester to pan Szept? Okazuje się, że sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana – cała historia ma swój początek w czasach wielkiej zarazy końca siedemnastego wieku i pewnego klasztoru kapucynów w Austrii nieopodal Jeziora Dess. Mamy okultystyczne rytuały, pakt z diabłem, ducha zadręczonej na śmierć zakonnicy, gotycką katedrę w Gotham i diaboliczny spisek, który – jeśli nie zostanie powstrzymany – będzie katastrofalny w skutkach.


Inny tytuł komiksu to „Gothic. A Romance”, zupełnie jak „The Monk. A Romance” Matthew Gregory Lewisa z końca osiemnastego wieku, w Polsce znany po prostu jako „Mnich”. Jest to jedna z najstarszych powieści gotyckich, która razem z „Zamczyskiem w Otranto” i „Tajemnicami zamku Udolpho”, stanowiła nie tylko forpocztę nadchodzącego romantyzmu, ale i kształtującego się nieśmiało literackiego horroru. „Batman. Gotyk” nawiązuje do tradycji powieści gotyckiej bardzo mocno – to wręcz „komiks gotycki” ze wszystkimi przynależnymi temu gatunkowi cechami. Przeklęty klasztor opanowany przez złe moce, lochy, katakumby, błąkające się po nich potępione dusze, skomplikowane pułapki i fantazyjne sposoby odbierania życia, motyw śmiertelnej zarazy, czy wreszcie gotyckie katedry pnące się do Boga i zmagazynowane w nich złowieszcze siły. Dominuje dość mroczny klimat – jest makabra, frenezja, koszmarne sny, melancholia, szaleństwo, zbrodnia i nieuzasadnione zło wynikające z diabelskiej obecności. Ale mamy też po prostu awanturniczą przygodę, pojedynki i pościgi – wszystko jak z podręcznika dla pisarzy powieści gotyckiej. Brakuje tylko wątku romantycznego, który w tego rodzaju literaturze był zawsze obecny i wręcz obowiązkowy – ale poza tym wszystko jest na miejscu.


Grant Morrison – co jest dla niego charakterystyczne – korzysta z dobrodziejstw całej kultury, stawiając oczywiście „gotyk” na pierwszy miejscu, ale nie ograniczając się tylko do niego. Każde morderstwo Pana Szepta poprzedzone jest cytatem, który jego przyszła ofiara odczytuje z dostarczanych jej w tajemniczy sposób karteczek, lub po prostu słyszy za plecami. „Raj utracony” Johna Miltona, opera „Don Giovanni”, „Wieczór Trzech Króli” i „Makbet” Szekspira, poezje Johna Keatsa, „Faust” Christophera Marlowe’a, „Maska śmierci szkarłatnej” Poego a nawet „Rok 1984” George’a Orwella – wszystkie wykorzystane cytaty mają swoje uzasadnienie fabularne, nic tu nie jest przypadkowe. Autor czerpie też garściami z historii Batmana, która sięga początkami aż do Złotej Ery Komiksu – dokonując bardzo udanego połączenia całej spuścizny popkulturowej pozostawionej przez człowieka-nietoperza z literackim gotycyzmem. Widać to nie tylko po sposobie narracji i właściwościach fabuły, o których już wspominałem, ale także w charakterystyce postaci.

Antagonista, Pan Szept, dyrektor Winchester, brat Manfred – postać bezgranicznie zła, totalnie czarna bez najmniejszego odcienia szarości. Ale, podobnie jak „Mnichu” Lewisa, jest zła dlatego, że została skorumpowana przez pakt z demonicznymi siłami. Jest w ich rękach raczej zabawką niż równorzędnym partnerem, co szczególnie mocno widać w zakończeniu. To jednocześnie łotr wyjęty prosto z lat sześćdziesiątych, ze Srebrnej Ery Komiksu i filmów z Jamesem Bondem – dużo gada, nie zabija swego przeciwnika od razu, tylko podkłada ogień pod sznurek podtrzymujący coś, co spadnie bohaterowi na łeb i go zabije, opowiada rozpromieniony o szczegółach swego niesamowitego planu i odchodzi w ciemność z głośnym śmiechem na ustach.


Specyficzny jest też Batman – postać zupełnie inna niż w „Azylu Arkham”. Gnębią go co prawda koszmarne sny, poddające w wątpliwość jego pamięć przeszłości, ale nie wpływa to na jego obecną postawę. Jest to bohater pewny siebie, zdecydowany, po gotycku brawurowy i impulsywny – „Gotham City to piekło. Wszyscy jesteśmy w piekle. A ja jestem królem piekła!”. Jego śledztwo nie jest prowadzone w sposób stricte detektywistyczny, racjonalny. Batman jest tu takim trochę nawiedzonym pogromcą zła, wierzącym przede wszystkim w swą intuicję, przeczucie a samo dochodzenie idzie do przodu siłą przypadku i zbiegów okoliczności. Człowiek-nietoperz jest to typowym przypadkiem bohatera gotyckiego – postacią miotaną przez wydarzenia na lewo i prawo, uległą wobec fatum a na koniec z pomocą przyjść musi (znowu – tak jak w „Mnichu” Lewisa) sam diabeł.

Klaus Janson rysuje w stylu charakterystycznym dla swoich czasów – pozornie niedbałym, uproszczonym, jeśli chodzi o postacie, ale dopracowanym w scenografiach. Gotham wygląda… gotycko, bo jak mogłoby inaczej. Bohaterowie są może i lekko karykaturalni, ale w bardzo pozytywnym znaczeniu – jak pierwszych „Sandmanach” rysowanych przez Sama Kietha, lub pierwszych numerach ennisowego „Hellblazera” z ilustracjami Williama Simpsona. Widać jednocześnie wpływ Franka Millera, od którego Janson pobierał nauki przy okazji wspólnej pracy nad „Daredevilem” i „Powrotem mrocznego rycerza”.


Grant Morrison po raz drugi udowodnił, że można mu powierzyć tak wielką legendę i popkulturowy symbol, jakim niewątpliwie jest Batman. Dlatego też jego udział w tworzeniu historii z regularnego kontinuum Detective Comics, było kwestią czasu. I nie mam tu na myśli jednego z najlepszych autorskich „runów” jakie DC wydało w ostatnich latach dwudziestego wieku, czyli „Doom Patrol”. Morrison pisał scenariusze do takich serii jak „Batman”, „Batman and Robin”, „Batman Incorporated” ale i „Justice League of America” oraz kolejne wersje „kryzysów” Detective Comics – „Ostatni kryzys” i „Multiwersum”. I do tych właśnie rzeczy zajrzymy w późniejszych odcinkach cyklu.


Tytuł: Batman. Gotyk 
Scenariusz: Grant Morrison 
Rysunki: Klaus Janson 
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz 
Tytuł oryginału: Batman. Legends of the Dark Knight, #6-10, kwiecień – sierpień 1990 
Wydawnictwo: Egmont 
Wydawca oryginału: Detective Comics 
Data wydania: grudzień 2016 
Liczba stron: 144 
Oprawa: twarda 
Papier: kredowy 
Format: 180 x 275 
Wydanie: I 
ISBN: 9788328118331

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza