Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2016-08. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2016-08. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 listopada 2016

Nowojorskie Odloty



Gene Wolfe jak do tej pory trafiał idealnie w moje czytelnicze gusta. I nie jest to jakieś zamazane już wspomnienie sprzed dziesięciu lat. Dwa lata temu przeczytałem Pokój, Piątą Głowę Cerbera, Księgi Nowego/Długiego/Krótkiego Słońca i zbiór Śmierć Doktora Wyspy. I za każdym razem niesamowite wrażenia i pełne uznanie.
Tym bardziej zdziwiony jestem po przeczytaniu Nowojorskich Odlotów. Książka została napisana w przerwie między tetralogią Księga Nowego Słońca a jej kodą jaką jest Urth Nowego Słońca, więc nie jest przesadą z mojej strony oczekiwać od niej podobnie wysokiej jakości. Niestety jakości tej nie ma.
Cechą charakterystyczną dla twórczości Wolfe’a jest jej swego rodzaju „interaktywność” i „rekurencyjność”. Czytelnik oprócz historii, wizji świata przedstawionego bierze udział w pewnej rozgrywce. Wymusza to najczęściej ponowne czytanie (czasem więcej niż jednokrotne), wiązanie pewnych faktów na pierwszy rzut oka nie powiązanych i zdrapywanie wierzchniej warstwy fabularnej. Powroty i ponowne odczytania często powodują zmianę perspektywy i reinterpretację fabuły, postacie okazują się kimś innym niż sądziliśmy a wydarzenia znaczą coś innego niż za pierwszym razem. Oczywiście, czasem rozpędzamy się za bardzo i dajemy się wyprowadzić na manowce. U Wolfe’a bardzo ważny jest każdy fragment powieści ale jednocześnie ważne jest też to co pominięte. Bo u niego nawet narrator trzecioosobowy nie jest wszechwiedzący, co mi osobiście mocno przypomina twórczość Thomasa Pynchona. Ja uwielbiam takie książki, bardzo.

W Nowojorskich Odlotach Wolfe zapomniał chyba, że tworzenie zagadki nie powinno być głównym celem literatury. Znakomicie to zbalansował w Pokoju czy słonecznych cyklach. W Odlotach zwyczajnie przesadził. Tej książki nie czyta się dobrze. Tak usilnie stara się budować tajemnicę i zaskoczyć czytelnika, tak bardzo angażuje się w grę wstępną, że gubi gdzieś inne cechy, których literatura pozbawiona być nie powinna. A na koniec okazuje się, że nie dość, że jesteśmy totalnie zmęczeni to i orgazmu nie ma żadnego a losy bohaterów i to co z nimi się dzieje nie interesuje nas wcale. Nie poszło tym razem. Nie rozumiem dlaczego. A cykl o Latro i tak przeczytam.

Tytuł: Nowojorskie Odloty
Tytuł oryginalny: Free Live Free
Autor: Gene Wolfe
Tłumaczenie: Olga Stanisławska
Wydawca: Alfa Wero
Data wydania: 1998
Liczba Stron: 450
ISBN: 8370019838

Ludzka Skaza



Ludzka Skaza to najlepsza część nieformalnej "trylogii amerykańskiej" Phillipa Rotha. Można oczywiście doszukiwać się w niej treści uniwersalnych. Że opowiada o tym, jak nasze ludzkie rozmiłowanie w nadawaniu etykiet innym, kierowanie się stereotypami i uprzedzeniami potrafi zrujnować innym życie. Że najgroźniejsi są nie przestępcy lecz ci, którzy w swoim zadufaniu obwołują się jedynymi sprawiedliwymi i wybierają się na polowanie na czarownice.

Nie zmienia to jednak podstawowej właściwości książek Rotha - autor przede wszystkim pisze o Ameryce. Jak zbiorowy amerykański sen okazuje się niespełnionym marzeniem za którym kryć się może przede wszystkim niezliczona ilość jednostkowych koszmarów. Jak polityczna nagonka na "tych strasznych komunistów" niszczy ludzkie życia. I wreszcie jak polityczna poprawność, rozrośnięta do absurdalnych rozmiarów, deformuje i wykrzywia to co powinno być proste - międzyludzkie relacje na których powinno opierać się współczesna cywilizacja.

W Ludzkiej Skazie Roth wskazuje jeszcze na jeden problem amerykańskiego społeczeństwa lat 90tych. Akcja umieszczona jest w 1998 roku, czyli w roku pamiętnej "zippergate". W roku kiedy Ameryka odetchnęła już od zagrożenia komunizmu a nie ugięła się jeszcze przed jarzmem terroryzmu. W roku w którym głównym tematem elektryzującym Amerykę były rozporkowe problemy Clintona, w roku w którym apogeum osiągnęło pewne kuriozalne zjawisko w USA, które nazwać możemy neopurytanizmem. Roth wyraźnie mówi - z dobrobytu w dupach się poprzewracało. To mają być te wielkie problemy naszego społeczeństwa? Zapomnieliście już Wielki Kryzys, Pearl Harbor, Wietnam, żyjecie zaglądając innym do sypialni i w metrykę? Ameryko powinnaś się wstydzić!

Książka znakomita, ekranizacja z Hopkinsem i Kidman słabsza wyraźnie. Ale to tylko dlatego. że zawartość intelektualna Ludzkiej Skazy niestety nie jest przekładalna na ekran kinowy bezstratnie.


Tytuł: Ludzka Skaza
Tytuł oryginalny: The Human Stain
Autor: Philip Roth
Tłumaczenie: Jolanta Kozak
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: paźdizernik 2015
Liczba Stron: 514
ISBN: 9788308060070

środa, 16 listopada 2016

Narcyz i Złotousty


Logika czy emocje? Miłość czy pożądanie? Wolność czy stabilność? Wyrzeczenie czy zachłanność? Sztuka czy rzemiosło? Włosiennica czy gronostaje? Ekstaza czy cierpienie? Uległość czy niezależność? Umysł czy ciało? Dochodzenie do prawdy za pomocą czystego rozumowania, rodem z "Peanatemy" czy może za pomocą doznań zmysłowych w oderwaniu od ograniczających poznanie sztywnych definicji? Powszechniki jako realnie istniejące, stałe w swej uniwersalności byty czy ciągła zmiana, faktyczna nieokreśloność wszechświata chwytana tylko na chwilę w obiektyw ludzkiej percepcji? Człowiek czy człowiek?

Narcyz - mnich, filozof, intelektualista, asceta, empirysta, zimny myśliciel, zakorzenione w jasno sprecyzowanym świecie ludzkie drzewo. Złotousty - eks-mnich, artysta w stanie czystym, niewolnik zmysłów i pożądania, wędrowiec bez korzeni, niespokojne, kierujące się głównie intuicją i przymusem bycia wolnym, ludzkie żywe srebro. 

A tak naprawdę to dwie połówki tego samego medalionu, awers i rewers człowieczej monety, każdy z nas. Warto o tym pamiętać, czytając tą książkę - proporcja składników specyfiku N/Z w każdym czytelniku może być różna. I różne mogą być odczyty tej samej, niezmiennej przecież treści.

Tytuł: Narcyz i Złotousty
Tytuł Oryginalny: Narziss und Goldmund
Autor: Hermann Hesse
Tłumaczenie: Marceli Tarnowski
Wydawca: PIW
Data wydania: 2003
Liczba stron: 333
ISBN: 8306029003

Krwawy Południk


Zło

Krwawy Południk to jedna z powieści Cormaca McCarthy’ego, których akcja osadzona jest w XIX wieku w Ameryce Północnej. McCarthy pokazuje inny Dziki Zachód niż ten wykreowany przez filmy z połowy XX wieku. Nie spotkamy tu Johna Wayne’a w świeżo wypranej i wyprasowanej koszuli, nie ma tu również Kirka Douglasa z błyszczącym uzębieniem i wypomadowanymi włosami. To nie jest także spaghetti-świat Sergio Leone, gdzie pomimo zupełnie innej estetyki niż z ta Rio Bravo, czujemy jednak w tle pastiszowe oddziaływanie łagodzące efekt przekazu. Świat McCarthy’ego to bardziej antywestern Peckinpaha i Eastwooda, tylko że przedstawiony jeszcze bardziej dosadnie, z maksymalną rozdzielczością, wręcz bijącą swoim, pociągniętym do maksimum realizmem w czytelnika.

W 1849 roku pewien piętnastoletni chłopiec, zwany przez narratora po prostu „dzieciakiem”, po ucieczce z domu od swojego ojca, wdowca-pijaka, trafia do pewnego miasteczka w północno-wschodnim Texasie. Zdany tylko na siebie, torujący sobie drogę przemocą, jako jedynym wyuczonym sposobem na życie, poznaje demoniczną postać sędziego Holdena. Charyzmatyczny, budzący respekt nie tylko swoim dwumetrowym wzrostem, lecz również inteligencją i bezwzględnością mężczyzna, urasta w oczach dzieciaka do rangi jakiegoś nadczłowieka, istoty spoza znanych mu ludzkich schematów. Sędzia Holden okazuje się być członkiem bandy łowców skalpów, której przewodzi oszalały, opętany koniecznością siania terroru John Glanton. Dzieciak dołącza do grupy Glantona i wstępuje na ścieżkę bezprawia, ścieżkę takiej makabry, która istnieje tylko w nielicznych literackich światach. Takich jak świat wykreowany przez Cormaca McCarthy’ego.

Bieguni



Najbardziej osobista i najbardziej odbiegająca od standardu powieściowego książka Tokarczuk. Zbiór impresji, shortów, których motywem przewodnim jest na pierwszy rzut oka podróż. Narratorką większości krótkich tekstów jest kobieta-psycholog, sama Olga Tokarczuk, która przelewa na papier swoje doświadczenia. I tu mam pewien problem.
W poprzednich książkach Tokarczuk, znajdowałem zawsze pewien mniej lub bardziej stabilny szkielet ideowy wokół którego rosła fabuła. W E.E. i Domu Dziennym, Domu Nocnym były to pojęcia z psychologii Junga dotyczące nieświadomości zbiorowej gdzie w tle pobrzmiewają archetypy, mity. Te z kolei hasła Tokarczuk bierze w pierwszej kolejności na tapetę w Prawieku i Annie Inn w Grobowcach Świata – ale również i tu jungistyka kładzie delikatny rys na interpretację. W Biegunach nie potrafię znaleźć wyraźnego powiązania z poprzednimi powieściami. Nie to jednak mi się nie podoba. Nie musi być przecież jakiejś ciągłości ideowej – musi być jednak jakieś sedno, pewne logiczne ramy w które wkładamy treść. Uważam, że (pomimo jak zwykle języka i stylu z bardzo wysokiej półki) autorka zbyt „odleciała” w tym przypadku. Albo ja za cienki jestem. W każdym razie jest to moja szósta książka (piąta powieść) Tokarczuk i pierwsze rozczarowanie.

Mamy w Biegunach kilka naprawdę pięknych opowiadań (o mężczyźnie, którego żona i dziecko znikają w niewyjaśnionych okolicznościach na wakacjach w Chorwacji; o zmaltretowanej przez życie matce niepełnosprawnego chłopca, związanej przez okoliczności w pozie wiecznej cierpiętnicy; o profesorze, który u kresu życia wyrusza w podróż, będącą ukoronowaniem jego kariery) i jest sporo nieporozumień, jakichś krótkich scenek o kompletnie niezrozumiałym dla mnie przeznaczeniu, które po przeczytaniu nie zostają w głowie dłużej niż na kilka sekund. 

Bo być może jest tak, że ten kalejdoskop, który według mnie wiąże tylko motyw przemieszczania się i podróży (ważny wydaje się tytuł i to co pod nim się kryje) to zabieg celowy. Tylko czemu miałby dokładnie służyć ten cel? Po co to wszystko? Potrzebne jest znaczenie, uzasadnienie twórcze. Mamy roztrzaskane różnokolorowe świecidełka, które możemy sobie łączyć według zamysłu autorki lub wbrew jemu, oczekując lub nie oczekując jakiejś iluminacji. Ja przy takiej formie oczekuję. I jeśli jej nie doświadczam, to najpierw powątpiewam w swoje predyspozycje, potem zastanawiam się czy czasem jednak ta „iluminacja” już była tylko ja wziąłem ją za nic nie znaczącą płyciznę. A na końcu zaczynam węszyć wpadkę autora – bo może to jest jednak naprawdę banalna rzecz tylko dla zmyłki otoczona kakofonią przekazu. W Biegunach jest wspaniały warsztat pisarski, piękny język, zdania, opisy – to wszystko może służyć jako materiał szkoleniowy dla początkujących pisarzy. Tylko szkoda, że banał. Albo ja czegoś nie dostrzegam bo się nie przyłożyłem?

Tytuł: Bieguni
Autor: Olga Tokarczuk
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: maj 2015
Liczba stron: 456
ISBN: 9788308055946