czwartek, 16 lipca 2020

Superman. Rok pierwszy

Komiks niepotrzebny

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Wydawnictwo Egmont stawia mocno na „DC Black Label”, nową serię wydawniczą Detective Comics, która z założenia ma wypełnić lukę po zamkniętym niedawno „DC Vertigo”. Trzy dotychczas wydane w Polsce komiksy tego nowego imprintu nie prezentują niestety równego, wysokiego poziomu. Właśnie ukazał się tytuł czwarty – „Superman. Rok pierwszy” ze scenariuszem Franka Millera i rysunkami Johna Romity Jr. Jak wyszło?

Frank Miller jest żywą legendą i jego pojawienie się w „DC Black Label” było tylko kwestią czasu. Gdy dołącza do niego taki gość jak John Romita Jr. wydawać by się mogło, że mamy przepis na sukces. Niestety nie jest tak kolorowo – nowemu originowi Supermana sporo brakuje do najlepszego dzieła duetu wspomnianych panów, czyli komiksu „Daredevil. The Man Without Fear”. „Rok pierwszy” składa się z trzech części, które w skrócie możemy opisać jako: Smallville, Metropolis i to, co pomiędzy.


Miller już raz napisał „Rok pierwszy” – jeden z najlepszych komiksów z Batmanem w historii. Z Supermanem jest trochę inaczej – to tak naprawdę „lata pierwsze”. Akcja rozpoczyna się w momencie, w którym byliśmy już nie raz. Zagłada Kryptona, samotna podróż w kapsule na Ziemię, lądowanie na polu państwa Kentów, adopcja, dorastanie i pierwsza miłość w Smallville. Potem wejście w dorosłe życie i początki w Metropolis, gdzie pojawiają się wszyscy, których dobrze znamy - Perry White, Lois Lane, Jimmy Olsen a nawet Lex Luthor, Batman i Wonder Woman. Nic nowego, nic zaskakującego, nic tak naprawdę potrzebnego. Największy potencjał miała teoretycznie część środkowa – kiedy to przyglądamy się wydarzeniom jakie miały miejsce pomiędzy wyprowadzką ze Smallville a osiedleniem się w Metropolis. No i niestety ta część jest najsłabsza – wątek służby Clarka Kenta w marynarce USA i przygody w Królestwie Atlantydy są po prostu słabe, nudne i nie wnoszące zupełnie nic do historii Człowieka ze Stali.


Miller mówił, że to nie miał być żaden wstrząs czytelniczy. Zresztą „Batman. Rok pierwszy” też nie. Chciał po prostu zajrzeć do tych wszystkich zakątków, które odwiedzane były przez tak wielu i znaleźć tam nowe, być może pominięte rzeczy. Trudne zadanie, na które porwać się mogą tylko najlepsi. Kto inny jak nie Frank Miller? Facet, który stworzył Daredevila od nowa, zapoczątkował Mroczną Erę Komiksu, a potem zachwycił „Sin City”? Frank Miller nie znalazł nic nowego tylko powtórzył wszystko to, co już pokazywali inni twórcy przed nim i poległ w miejscu, gdzie miał największą swobodę i mógł naprawdę sporo zdziałać. „Superman. Rok pierwszy” to komiks bez śladu oryginalności, grzeczny, zawierający dokładnie to, czego się można było spodziewać – to zbiór haseł, sloganów i urzeczywistnionych czytelniczych oczekiwań i wyobrażeń. Nie wybrzmiewa tu ani jedna kontrowersyjna nuta, nie ma żadnej polemiki z legendą.

W zasadzie nie wiadomo dokładnie do kogo skierowany jest ten komiks. Osoby, które znają dobrze świat DC, zrezygnują z czytania już po pierwszym rozdziale. Te, które nie siedzą w komiksach superbohaterskich zauważą infantylizm i banał. Clark dojrzewa, próbuje mierzyć się z wielką odpowiedzialnością, która, jak dobrze wiemy, przychodzi zawsze za wielką mocą, zastanawia się na ile może wykorzystać swą potęgę w relacjach międzyludzkich, próbuje walczyć ze swoim niedostosowaniem do reszty świata, kocha się w jednej dziewczynie na zabój, potem szybko o niej zapomina i słucha wewnętrznego głosu, który mówi mu od małego, że „ten świat trzeba uratować przed nim samym”. Nic tu nie wynika z niczego, otrzymujemy kalejdoskop ogranych scen, typowych kliszy i pustych haseł, który nie tylko nudzi, ale i wywołuje konsternację. A cała ta naprawdę prosta i naiwna historia opatrzona jest specyficzną, ponad miarę komplikowaną i zdającą się aspirować do „tajemniczej i niejednoznacznej” narracji – takiej trochę w stylu „Sin City”. Wypada to jednak słabo, bo to przecież zupełnie inne pomysły na komiks. Owa narracja wygląda jakby miała dodawać powagi i dojrzałości tej bardzo dziecinnej historii, będąc zupełnie niepotrzebną i w ostatecznym rozrachunku pustą znaczeniowo. I w dodatku bardzo męczącą.


Na szczęście John Romita Jr. jest w znakomitej formie. Dojrzały, ponad sześćdziesięcioletni rysownik (nawet nieco starszy od Millera), który nie odcina kuponów, tylko cały czas dostarcza produkt najwyższej jakości. To już drugi komiks z jego ilustracjami w ostatnich dniach w Polsce – „Kick-Ass. Nowa” pokazał, że mamy do czynienia z facetem, który mimo bagażu lat cały czas się rozwija a „Superman. Rok pierwszy” tylko to potwierdził. Romita jest jak przysłowiowe wino – coraz lepszy z wiekiem. Tylko, że to trochę za mało, aby wystawić najnowszemu komiksowi „DC Black Label” pozytywną notę. Trochę przykro to pisać, ale jest to komiks zwyczajnie niepotrzebny.

Osobiście uwielbiam twórczość Franka Millera. Dlatego nadal mu ufam i mam nadzieję, że sparafrazuje on kiedyś Leszka (także Millera) i pokaże wszystkim, że nie tylko genialnie zaczął, ale i genialnie kończy.


Tytuł: Superman. Rok pierwszy
Scenariusz: Frank Miller
Rysunki: John Romita Jr.
Tłumaczenie: Jacek Żuławnik
Tytuł oryginału: Superman. Year One
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Detective Comics
Data wydania: czerwiec 2020
Liczba stron: 216
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 216 x 276
Wydanie: I
ISBN: 9788328196124

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza