niedziela, 27 września 2026

Strażnicy. Początek

Przed Strażnikami albo „całkowicie bezwstydne”

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.


Genialne dzieła popkultury po latach przenoszone są często do innych mediów lub doczekują się najróżniejszych spin-offów, sequeli czy prequeli. Nie inaczej jest ze słynnymi „Strażnikami” Alana Moore’a. Nigdy nie pobłogosławił on co prawda żadnej z nowych wersji swojego dzieła, ale innym twórcom to nie przeszkadzało. Na przykład tym odpowiedzialnym za komiksową serię „Before Watchmen”, wydaną w zeszłej dekadzie przez DC Comics.


Sam Alan Moore mówił z początku o pomyśle na ewentualny prequel „Strażników” jeśli ci zostaną dobrze przyjęci przez czytelników. Miał to być komiks „Minutemen” z akcją osadzoną w latach trzydziestych i czterdziestych, który opowiedziałby dzieje poprzedników bohaterów z roku 1986. Nic z tego jednak nie wyszło, a Alan Moore stracił w końcu wszelkie zainteresowanie projektem. Gdy w 2010 roku, na fali popularności znakomitej ekranizacji w reżyserii Zacka Snydera, DC Comics wróciło do tematu, było już za późno. Wizja wydawnictwa zbyt mocno odbiegała od tej Moore’a – zresztą „Czarownik z Northampton” i tak był już mocno skłócony z DC Comics. Do współpracy zaproszono zatem całe mnóstwo twórców, którzy w latach 2012-2013 napisali i narysowali dziewięć kilkuodcinkowych miniserii, skupiających się na wybranych bohaterach i wątkach wspomnianych w oryginalnych „Strażnikach”. Całość „Before Watchmen” wydał w naszym kraju Egmont jako „Strażnicy. Początek” w krótkim czasie po amerykańskiej premierze – wyszły w sumie cztery tomy zbiorcze.


„Gwardziści”, czyli „The Minutemen”, to sześcioodcinkowa opowieść o poprzednikach „Strażników”, działających w latach Złotej Ery Komiksu. Za scenariusz i rysunki odpowiada Darwyn Cooke, czyli najlepszy człowiek do tej roboty – w znakomitej „Nowej granicy” rozłożył na czynniki pierwsze całą historię DC Comics w swoim charakterystycznym stylu retro. Oto Hollis Manson, oryginalny Nocny Puchacz, piszący wspomnienia z czasów swej działalności w Gwardzistach. Jego autobiograficzna książka „W kapturze” ujawnia wstydliwie skrywane wątki z czasów, które w „Strażnikach” były tylko małymi retrospekcjami lub romantyzowanymi widokówkami. Nocny Puchacz, Jedwabna Zjawa, Zakapturzony Sędzia, Sylwetka, Dolarówka, Ćma, Komediant i ich przywódca Kapitan Metropolis nie byli nigdy zgranym teamem – „W kapturze” może wstrząsnąć opinią publiczną. Darwyn Cooke napisał i narysował jeden z lepszych komiksów w ramach „Before Watchmen” eksponując najbardziej te postacie, które nie miały swej szansy w oryginale – Sylwetkę, Sędziego i pierwszego Puchacza. Gwardziści nie są idealną grupą, każdy skrywa swoje wstydliwe tajemnice – narysowani w cartoonowym stylu przypominjącym (a jakże!) „Batman. The Animated Series” biorą udział w naprawdę brutalnej historii.


Darwyn Cooke napisał jeszcze jedną opowieść – „Jedwabną Zjawę”. Uczynił to we współpracy z Amandą Conner, która dodatkowo wykonała ilustracje. Główną bohaterką komiksu jest Laurie Juspeczyk, czyli Jedwabna Zjawa ze „Strażników” Moore’a. W komiksie Conner śledzimy jej historię w latach sześćdziesiątych, kiedy to próbowała wyrwać się z grawitacyjnego przyciągania swojej matki – Sally Jupiter (pierwotnej Jedwabnej Zjawy z czasów „Gwardzistów”). Laurie ucieka z domu i dostaje się w strefę wpływów amerykańskiej kontrkultury hipisowskiej końca lat sześćdziesiątych, czasów wielkich ideałów, które już na początku kolejnej dekady runęły z hukiem na bruk. Jest to w zasadzie najmniej superbohaterski komiks całego cyklu – chodzi o Laurie w cywilu, zanim założyła kostium Zjawy, powodowana katastrofalnym wręcz rozczarowaniem rzeczywistością.


„Komedianta” napisał Brian Azzarello, a narysował J.G. Jones. Największy nihilista i cynik „Strażników” pokazuje się nam jako kumpel Kennedych, zabójca Marylin Monroe i absolutny psychopata. Azzarello wysyła Komedianta do Wietnamu i pozwala mu tam wyczyniać najróżniejsze harce przez całą historię. Autor porusza w zasadzie te same tematy co Garth Ennis w „Punisher MAX” i „Fury MAX” – amerykański sen staje się koszmarem w warunkach konfliktu, nie ma człowieczeństwa na wojnie, jest tylko bezgraniczne zło i – znów – upadek ideałów. O ile jednak to właśnie Wietnam zmienił Punishera („Punisher. Born”) tak Komediant był totalną bestią już wcześniej. To on dolał oliwy do płonącej wietnamskiej dżungli – bohater będący moore’owską wersją zabawnego bohatera, jakim jest Peacemaker z Charlton Comics, jest tu niemal Jokerem, który „lubi po prostu patrzeć, jak świat płonie”.


Brian Azzarello napisał też „Rorschacha” – historię z czasów początków działalności tego bohatera. Rysuje Lee Bermejo w swoim charakterystycznym stylu – obaj panowie od zawsze marzyli o swojej wersji przygód tego bohatera. Nijak jednak nie można porównać tego komiksu do znakomitego, późniejszego „Rorschacha” Toma Kinga. „Dzieło” Azzarello jest jednym z najsłabszych punktów całej inicjatywy – jest to w zasadzie trochę bezmyślny komiks akcji ze spłyconą maksymalnie postacią Rorschacha. Narysowany jest obłędnie, ale nic więcej pozytywnego o nim nie można powiedzieć. Rorschach walczy z gangami na Times Square, nawijając cały czas w tle o tym, jaki to świat jest zepsuty. Z oryginalnej postaci nie zostało praktycznie nic.


Azzarello nie czuł Rorschacha, ale najwyraźniej poczuł go J. Michael Straczynski, autor następnej opowieści. „Nocny Puchacz” to swego rodzaju bildungsroman Daniela Dreiberga, Puchacza ze „Strażników”. Dan pochodził z „dobrej rodziny”, w której królowała przemoc domowa i absolutny brak miłości. Namiastkę zdrowych, wychowawczo-mentorskich relacji znalazł poznając oryginalnego Nocnego Puchacza z Gwardzistów, wspomnianego już Hollisa Masona. Straczynski bawi się tu motywami z „Batmana” – trudno nie dopatrzeć się tu relacji Batman-Robin w otoczeniu innych najróżniejszych aluzji do człowieka-nietoperza. „The Nite Owl” Alana Moore’a był wzorowany co prawda na Blue Beetle z Charlton Comics, ale wiadomo, że ten z kolei był nawiązaniem właśnie do Batmana. Nocny Puchacz współpracuje z Rorschachem, o wiele lepiej napisanym przez Straczynskiego niż Azzarello – to jest z kolei jedna z lepszych opowieści „Before Watchmen”.


Sinusoidy ciąg dalszy. Straczynski napisał jeszcze „Doktora Manhattana”, jawnie odwołując się do czwartego odcinka oryginalnych „Strażników” Alana Moore’a. Dr. Manhattan żyje w wielu liniach czasowych jednocześnie, postrzega czwarty wymiar czasowy tak, jak gdyby był przestrzennym – jeśli rzeczywistość to precyzyjnie nastrojony, deterministyczny mechanizm. Tym trudniejsze jest przedstawienie jakichkolwiek retrospekcji w jego przypadku. Autor tworzy zatem szereg alternatywnych scenariuszy dotyczących losów Dr. Manhattana wyjaśniając wszystko przypadkiem kota Schrödingera, czyli słynnym eksperymentem myślowym obrazującym superpozycję stanów w fizyce kwantowej. Każda decyzja Manhattana powoduje rozszczepienie rzeczywistości i ziszczenie takiej, a nie innej historii. Nie bardzo wiadomo co Straczynski chciał przez to osiągnąć – mam wrażenie, że on sam też nie wiedział. Całkiem niezłym za to, choć najkrótszym komiksem Straczynskiego, okazuje się „Moloch”, przybliżający nam postać największego przeciwnika „Strażników” – jego marne życie i niedolę.


No, ale kolejna opowieść przynosi znów skok jakościowy. Len Wein napisał, a Jae Lee narysował „Ozymandiasza”, czyli historię „tego złego” w oryginalnych „Strażnikach”. W finałowych scenach arcydzieła Alana Moore’a Ozymandiasz wykłada dokładnie swą filozofię, wyjaśnia, dlaczego urządził hekatombę mieszkańcom Nowego Jorku, uzasadnia swą jednokolorową, jednoznaczną „moralność”. Len Wein, autor przełomowego „Potwora z bagien”, poszerza nasze rozumienie tej postaci, nie pochwala jego działania, lecz je uzasadnia. Ozymandiasz, „najmądrzejszy człowiek na Ziemi”, opowiada o swoim dzieciństwie, wyprawie śladami Aleksandra Wielkiego, bezwzględnym dążeniu do władzy i osobistej perfekcji oraz o tym, co doprowadziło do wydarzeń ze „Strażników”. I to jest najlepsza, obok „Gwardzistów”, historia z „Before Watchmen”.


Na koniec otrzymujemy jeszcze dwie niespodzianki. „Karmazynowy korsarz” to odpowiednik komiksu czytanego przez chłopca w „Strażnikach” – marynistyczna historia pełna grozy i fantastyki, która jednak zupełnie nic nie wnosi do całościowego obrazu „Before Watchmen”. Wygląda na to, że włodarze DC Comics dali ją do napisania Lenowi Weinowi, ponieważ było coś podobnego w „Strażnikach”, więc powinno być i tu. Zupełnie niepotrzebnie. A druga niespodzianka jest całkiem fajna – jednoodcinkowy, groteskowy, zabawny i karykaturalny komiks o „Dolarówce” z Gwardzistów. Również ze scenariuszem Lena Weina.


Alan Moore, zanim jeszcze wydano jakikolwiek zeszyt w ramach „Before Watchmen”, skwitował całą inicjatywę krótko – „completely shameless”. Nie chciał żadnych pieniędzy należnych mu za swego rodzaju tantiemy, wolał, aby żaden z tych komiksów nie powstał. Podobnego zdania była (i jest nadal) cała rzesza ortodoksyjnych fanów pierwotnych „The Watchmen” – dzieła kompletnego, faktycznie niepotrzebującego rozszerzeń i rozwinięć. Presja rynku i zarządu DC Comics była jednak nieubłagana. Zwróćmy uwagę na to, że do tego projektu zaangażowano naprawdę głośne nazwiska. Scenarzyści (Darwyn Cooke, Brian Azzarello, Len Wein i J. Michael Straczynski) byli szczerze oddanymi fanami oryginału, darzącymi go bezgranicznym uwielbieniem. Nie przeszkodziło im to w rozwijaniu jego świata na własną modłę. J. Michael Straczynski stwierdził nawet (i miał rację), że zastrzeżenia Moore’a co do wykorzystania wymyślonych przezeń postaci są nieuzasadnione. Sam Moore przerobił przecież brytyjskiego „Marvelmana” gdy tworzył genialnego „Miraclemana”, a nawet oryginalni „Strażnicy” byli odmienionymi wersjami bohaterów „Charlton Comics” (Rorschach - Question, Nocny Puchacz – Blue Beetle, Komediant – Peacemaker, Doktor Manhattan – Kapitan Atom, Jedwabna Zjawa – Nightshade, Ozymandiasz – Thunderbolt). Ba, nie powinien pisać „Sagi o Potworze z Bagien”, skoro wcześniej tę postać pisał (nomen omen) Len Wein.


Wojna w fandomie była nieunikniona i doszło do niej bardzo szybko. Inicjatywa „Before Watchmen” skazana była na niepowodzenie i to ja właśnie spotkało. Wiadomo – mało który komiks otoczony jest takim kultem jak „Strażnicy” Alana Moore’a. Bohaterowie każdego spin-offu będą już definicji traktowani jak imitacje i podróbki, każda graficzna prezentacja porównywana będzie z geniuszem Dave’a Gibbonsa i będzie z nim przegrywać. A przecież graficy zatrudnieni do „Before Watchmen” to bez wyjątku wysoka półka.


Darwyn Cooke rysuje „Gwardzistów” w swoim niepowtarzalnym retro-stylu znanym chociażby z „Batmana. Ego”. Amanda Conner świetnie oddaje kolorowe, psychodeliczne stany umysłowe Ameryki lat sześćdziesiątych. J.G. Jones, znany z „Ostatniego kryzysu”, w bardzo dosadny sposób opowiada o wietnamskich okrucieństwach Komedianta. Lee Bermejo genialnie ilustruje uliczne wojny Rorschacha – komiks scenariuszowo słaby, graficznie obłędny. Adam Kubert realistycznie podchodzi do przygód Nocnego Puchacza, oddając nieco inicjatywy swemu ojcu, słynnemu Joemu Kunertowi, który zajął się tuszowaniem jego szkiców. Adam Hughes rysuje „Doktora Manhattana” najbardziej chyba nawiązując do stylu Dave’a Gibbonsa, zachowując jednocześnie swój własny. Mamy tez Eduardo Risso w „Molochu” – to jego kolejna udana współpraca z Brianem Azzarello po chociażby „100 nabojach”. Risso to Risso – wiadomo, że pierwsza klasa, jednak szczególną uwagę chciałbym też zwrócić na prace Jae Lee w „Ozymandiaszu”. Jae Lee kojarzymy głównie z „X-Menów” („Pieśń Egzekutora”) – jego karykaturalny styl był często krytykowany przez czytelników przyzwyczajonych do Jima Lee lub Marca Silvestriego. Tu jest jednym z najjaśniejszych punktów całego przedsięwzięcia – jego prace w „Ozymandiaszu” ciągną ten komiks w górę jeszcze bardziej niż scenariusz Lena Weina. A na koniec mamy jeszcze Johna Higginsa w „Karmazynowym korsarzu” i Steve’a Rude’a w „Dolarówce”. Dwa zupełnie inne pomysły na grafikę, obydwa świetnie pasujące do opowiadanych historii.


Paradoks „Before Watchmen” polega na tym, że projekt próbuje wyjaśnić coś, co w oryginale działało właśnie dlatego, że pozostawało niewyjaśnione. Alan Moore budował swoich bohaterów z niedopowiedzeń, przemilczeń i krótkich sugestii rozsianych między kadrami. To czytelnik dopowiadał sobie resztę. Prequele zamieniają te luki w konkretne wydarzenia, odbierając postaciom część ich tajemnicy. Nie znaczy to, że wszystkie historie są nieudane — przeciwnie, kilka z nich naprawdę się broni — ale trudno oprzeć się wrażeniu, że „Strażnicy” należą do tych nielicznych dzieł, których największą siłą jest właśnie to, czego autor nigdy nie pokazał.


Można mieć zastrzeżenia do fabuł, ale na pewno nie do rysunków. Wszyscy pracujący przy projekcie powtarzali, że piszą / rysują swoje listy miłosne do „Strażników” Alana Moore’a. Jednocześnie z góry było wiadomo, że żaden z nich nie aspiruje do tego pułapu intelektualnego, nikt nie chciał konkurować z Czarownikiem z Northampton. Krytyka, jaka spadła na „Strażników. Początek”, była olbrzymia, czasem rzetelnie wskazująca problemy scenariusza, czasem wynikająca głównie z solidarności z Moore’em. Pytanie o to, czy „Before Watchmen” powinno w ogóle powstać, choć odpowiadano na nie wielokrotnie w ciągu kilkunastu ostatnich lat, nadal jest otwarte.



Tytuł: Strażnicy. Początek
Scenariusz: Darwyn Cooke, Amanda Conner, Brian Azzarello, J. Michael Straczynski, Len Wein
Rysunki: Darwyn Cooke, Amanda Conner, J.G. Jones, Lee Bermejo, Andy Kubert, Adam Hughes, Jae Lee, Steve Rude, Eduardo Risso, John Higgins
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Tytuł oryginału: Before Watchmen
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: wrzesień 2013, listopad 2013, luty 2014, październik 2014
Liczba stron: 288, 256, 288, 256
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 9788323761723, 9788323761730, 9788323761945, 9788323761952

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz