niedziela, 12 kwietnia 2026

Ultimate X-Men. Tom 2

Homo superior czy homo terror?


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Mark Millar kontynuuje przygody X-Men w wersji „Ultimate”. Tym razem ma do dyspozycji aż czterech grafików, którzy (sam nie wiem, czy to dobrze, czy źle) nie przykładają się zbytnio do graficznej spójności. Nie zmienia to faktu, że „Ultimate X-Men” pozostaje bardzo dobrym komiksem. Trafiamy do marvelowskiego świata alternatywnego – możemy czytać przygody mutantów bez konieczności nadrabiania ich czterdziestoletniej historii.

Pierwszy tom, zawierający początkowe dwanaście odcinków z 2001 roku, zbudował fundamenty rzeczywistości „Ultimate”. W nieco dystopijnym, policyjnym i nienawidzącym mutantów świecie profesor Charles Xavier zbiera drużynę nastolatków obdarzonych nadludzkimi mocami. Cyclops, Beast, Jean Grey, Storm, Colossus, Iceman plus zdecydowanie nienastoletni Logan Wolverine trafiają do X-Mansion. Zamiast jednak uczyć się, jak współegzystować z plującymi na nich ludźmi, trenują wykorzystywanie swoich mocy w walce. Najpierw pokonują Magneto i jego Bractwo Mutantów marzące o eksterminacji rodzaju ludzkiego, a potem stawiają czoła tajnemu departamentowi pracującemu nad przekształcaniem mutantów w żywe bronie. „Bronie X”, jakby kto pytał.


Tom drugi składa się z kolejnych trzynastu odcinków wydawanych przez cały rok 2002. W tym samym roku Grant Morrison pisał mainstreamowe przygody „Nowych X-Men” – drugi tom zbiorczy od Muchy zawiera odcinki dokładnie z tego samego okresu, co omawiany dziś album. Dorośli mutanci świata podstawowego rezonują w pewien sposób z nastolatkami świata alternatywnego – ogólne założenia obydwu serii są całkiem podobne. Świat nienawidzi i boi się mutantów. Podczas gdy u Morrisona ludzkość dosłownie skazana jest na wymarcie w ciągu kilku pokoleń, u Millara może stać się to o wiele wcześniej za sprawą wyznawców Magneto lub Hellfire Club znanego nam z początków „X-Men” ery TM-Semic. Obaj panowie próbują (każdy po swojemu) zdefiniować, czym tak naprawdę jest mutacja. U Morrisona objawia się ona w potwornych, groteskowych formach, które Chrisowi Claremontowi nigdy by nie przyszły do głowy. U Millara pojęcie mutacji jest mniej dosłowne, mniej – powiedzmy – „somatyczne”.


„Kim jest mutant? Według słownika oksfordzkiego to organizm lub nowy byt genetyczny powstały w wyniku mutacji. Według gazet to socjopata o nadludzkich możliwościach, opętany żądzą całkowitego zniszczenia rasy ludzkiej. Jak zawsze prawda leży pośrodku” – jak możemy wyczytać na początku drugiego tomu „Ultimate X-Men”. Profesor X szykuje się do promocji swej książki, w której chce owo pojęcie mutacji wytłumaczyć – zarówno ludziom, jak i mutantom. Zanim jednak dojdziemy do sedna, przeczytamy dwa odcinki napisane nie przez Millara, lecz Chucka Austena i narysowane przez Esada Ribića. Są one całkowicie oderwane od wydarzeń poprzedniego albumu. Remy LeBeau, czyli zawadiacki i wygadany Gambit, pojawia się ni z tego, ni z owego w świecie „Ultimate”, aby potem już do niego nie wrócić – przynajmniej nie w tomie drugim. Ciekawy przerywnik, właściwie spin-off, lepiej narysowany (Ribić świetnie nawiązuje do stylu braci Kubert, zachowując jednocześnie własny) niż napisany – Mark Millar nie wyrabiał się wtedy na czas.


Pozostałe odcinki drugiego tomu to w zasadzie dwie opowieści. X-Men ruszają z Charlesem Xavierem do Londynu promować jego książkę. Robią to głównie poprzez brawurowe interwencje na anglosaskiej ziemi – mają pokazać, że mutanci mają do zaoferowania więcej dobrego niż złego. Cały misterny plan bierze jednak w łeb, kiedy okazuje się, że z tajnej placówki na Wyspie Muir (tak tajnej, że profesor X do tej pory nie wspomniał o niej swoim podopiecznym) ucieka jeden z najpotężniejszych mutantów w dziejach Marvela – David Xavier, alias „Proteus” (nie mylić z Davidem Hallerem, alias „Legionem”). Mark Millar ma dla nas jednak niespodziankę – Ultimate Proteus wyraźnie różni się od swego głównonurtowego odpowiednika. Niezmiennie jednak obaj są wręcz skrajnie przerażający.

Druga opowieść to solidne nawiązanie do „Sagi Mrocznej Phoenix” Chrisa Claremonta i Johna Byrne’a (mam nadzieję, że kiedyś doczekamy się jej ponownego, tym razem zbiorczego wydania w Polsce). Jest Kitty Pryde, której moce przenikania przez ciała stałe dopiero zaczynają się objawiać. Jest kosmiczna „Moc Phoenix”, której zaczyna doświadczać Marvel Girl. I jest oczywiście Sebastian Shaw i jego Hellfire Club – tylko Imperium Shi’ar brakuje. Mark Millar zatrzymuje się jednak w pół kroku i zapowiada, że z Mocą Phoenix zmierzymy się na serio w przyszłości.


Mark Millar zastanawia się, czy mutanci to homo superior, czy może raczej: homo terror? „Ultimate X-Men” świetnie dopasowuje się do epoki, w której powstał. Nie nastąpił przepowiadany koniec historii, a świat wszedł w inny rodzaj wojny. Już nie zimnej, tylko ideologicznej – takiej, w której terroryzm jest bronią, a wrogiem jest szeroko pojęta „inność”. Niewidzialna, potencjalna, czająca się głównie wewnątrz człowieka, a nie na zewnątrz. Profesor X nadal marzy o pokojowej egzystencji ludzi i mutantów, ale naprawdę nie sposób zadać tu wielkiego, nieodparcie nasuwającego się pytania – czy przewaga (biologiczna, technologiczna, kulturowa) rodzi obowiązek opieki, czy pokusę dominacji?


Sam Charles Xavier prowokuje przecież do zadawania takich pytań. Już w pierwszym tomie dał się poznać jako bezwzględny manipulant, a w tomie drugim to wrażenie się pogłębia. Członkowie X-Men nie wiedzą, czy ich uczucia i chęć uczestnictwa w wielkim projekcie Profesora są prawdziwe, czy podsunięte przez ich mentora. Trzeba wielkiego zaufania i samozaparcia, aby nie odejść. A jeśli nawet odejdziesz, to czy masz pewność, że nie zrobiłeś tego, bo Profesor ci „kazał”?

Jest tu oczywiście także trochę głupotek. Macho-rywalizacja Cyclopsa i Wolverine’a o Marvel Girl (w trzecim tomie będziemy świadkami jej żenującego finału), w której ta ostatnia sprowadzona zostaje praktycznie do rekwizytu; absurdalna historia z czatem internetowym Beasta (to były czasy, kiedy my gadaliśmy na IRC-u lub Gadu-Gadu i zabawne historie z podszywaniem się pod kogoś były raczej na porządku dziennym) i jeszcze kilka innych rozwiązań fabularnych wymagających pójścia na specyficzną ugodę z autorem.


Andy’ego Kuberta już nie ma, na graficznym placu boju został już tylko jego brat Adam. Rewelacyjna robota, świetne wyczucie i (na co narzekają niektórzy czytelnicy) mocna stylizacja. Oprócz niego i wspomnianego Esada Ribića mamy tu jeszcze Chrisa Bachalo, który sześć lat wcześniej zakończył już swą przygodę z „Shade’em. Człowiekiem przemiany” i przeniósł się z DC do Marvela, a także Kaare Andrewsa. Panowie rysują inaczej niż Kubert, różnicę widać zwłaszcza u tego drugiego. Wolę Kuberta, ale to wszystko, rzecz jasna, jest kwestią gustu. Run Marka Millara wchodzi w decydującą fazę – tom trzeci będzie jego zwieńczeniem.


Tytuł: Ultimate X-Men. Tom 2
Scenariusz: Mark Millar, Chuck Austen
Rysunki: Adam Kubert, Esad Ribić, Chris Bachalo, Kaare Andrews
Tłumaczenie: Marcin Roszkowski
Tytuł oryginału: Ultimate X-Men #13-25
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: maj 2021
Liczba stron: 336
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 9788328150010

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz