czwartek, 1 stycznia 2026

X-Men. Wojna w Asgardzie

Jak ryby wyjęte z wody


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Mucha Comics lubi X-Menów i chętnie sięga po stare komiksy z lat osiemdziesiątych. Chris Claremont władał w tym czasie mutantami niepodzielnie – w połowie dekady prowadził równolegle dwie serie („The Uncanny X-Men”, „The New Mutants”), a kolejne, zaplanowane dla innych scenarzystów, już czekały w kolejce („X-Factor”). Dziś mutanci stawią czoło Lokiemu, któremu najwyraźniej uprzykrzanie życia własnemu bratu i ojcu nie wystarczało.

„X-Men. Asgardian Wars” jest czteroodcinkową opowieścią wydaną pierwotnie późną jesienią 1985 roku. Od wydarzeń z wydanej rok temu przez Muchę „Sagi Miotu” w komiksowym świecie minęły już trzy lata. W międzyczasie zadebiutowali „Nowi Mutanci”, druga seria Claremonta, rysowana przez niesamowitego Billa Sienkiewicza, a John Byrne wziął się za tworzenie przygód grupy kanadyjskich mutantów znanych jako „Alpha Flight” – ich współczesną wersję poznaliśmy w wydanym niedawno „Nieśmiertelnym Hulku”. Jesteśmy zatem w okresie bardzo dynamicznego rozwoju świata mutantów Marvela – w jubileuszowym, dwusetnym numerze „The Uncanny X-Men” doszło do „Sądu nad Magneto” („X-Men” 5/93 TM-Semic), a już za chwilę miała zadebiutować nowa seria („X-Factor”) i miało dojść do słynnej „Masakry Mutantów”. Pomysłów było tyle, że brakowało na nie miejsca w comiesięcznym grafiku wydawniczym – trzeba było wydawać odcinki specjalne.


Wydawnictwo Marvel wpadło na pomysł, aby zaprezentować czytelnikom wspólne przygody X-Men i Alpha Flight. John Byrne miał początkowo współpracować z Chrisem Claremontem, ale ostatecznie zostawił go samego. Dwa odcinki specjalne „X-Men and Alpha Flight” o powiększonej objętości napisał w całości Claremont, a narysował Paul Smith („JSA. Złota Era”). Scott Summers i Madelyne Pryor eskortują grupę amerykańskich i kanadyjskich naukowców do ośrodka badawczego za kołem podbiegunowym. Reszta X-Men, przebywająca w tym czasie w Instytucie Xaviera, traci całą ekspedycję z pola widzenia radarów – wszystko wskazuje na to, że zostali zaatakowani przez Alpha Flight. Obie grupy lądują na miejscu rzekomej katastrofy, gdzie okazuje się, że ostatecznie stawić muszą czoła komuś (czemuś) zupełnie innemu.


Awantura w dziwacznym miniświecie, pełnym boskich mocy i objawień, który ni z tego, ni z owego pojawił się w Arktyce, jest bardzo dobrze opowiedzianą, inteligentną historią z rysunkiem przeciętnym i niewyróżniającym się niczym na tle ówczesnych standardów. Claremont uderza tu trochę w tony wydawanego niemal równolegle „Miraclemana” Alana Moore’a. Czy superherosi powinni uszczęśliwiać ludzi na siłę? Czy sami ludzie powinni za wszelką cenę dążyć do własnego wyniesienia, do przekroczenia ograniczeń, jakie postawiła im sama ewolucja, aby zbudować utopijny raj na ziemi? Perspektywa wiecznego życia w Edenie, czymkolwiek by nie był, powinna być dla mutantów szczególnie kusząca, wszak są nieustannie prześladowani.


Nie musimy ukrywać, że rolę głównego złoczyńcy w omawianym dziś albumie odgrywa Loki, wszak widać go na okładce. Druga połowa tomu to również dwuczęściowa opowieść. „New Mutants. Special Edition” oraz „Giant-Size Annual X-Men” nr 9 wydano również pod koniec 1985 roku, choć bohaterowie mówią, że od wydarzeń w Arktyce minął rok. Loki znów knuje i chce zemścić się na mutantach. Tym razem do swej intrygi angażuje złą, marvelowską czarodziejkę Enchantress (nie mylić z Enchantress z DC Comics, znaną chyba najlepiej z pierwszego filmowego „Legionu samobójców”). Nowi Mutanci i X-Men przeniesieni zostają tym razem do samego Asgardu, pełnego magii, dziwnych istot, krasnoludów, olbrzymów. Storm zostaje dosłownie opętana przez Lokiego, a Illyana Rasputin, czyli Magik z Nowych Mutantów, zaczyna coraz bardziej zmierzać w stronę ciemności i swej przemiany w Darkchilde. Nasi bohaterowie zostają rozrzuceni po magicznym świecie i, niczym ryby wyjęte z wody, muszą odnaleźć się w nowym, nieznanym środowisku. Muszą zacząć oddychać.


Fabuła opowieści o wizycie mutantów w Asgardzie jest nieco bardziej pretekstowa, wręcz banalna. Claremont miał myśl przewodnią, gdy pisał „X-Men and Alpha Flight”, jednak w przypadku kooperacji X-Men i Nowych Mutantów takowej nie było. Jest jednak spora różnica, jeśli chodzi o rysunek. Drugą połowę „Wojny w Asgardzie” rysuje Arthur Adams, którego styl jest bardzo oryginalny jak na tamte czasy. Adams zapowiada Marka Silvestriego, Todda McFarlane’a, Erika Larsena i Jima Lee – jest forpocztą nadciągających lat dziewięćdziesiątych. Takich X-Menów lubimy oglądać.

„X-Men. Wojna w Asgardzie”, mimo iż wydana poza regularnymi seriami, osadzona jest mocno w historii mutantów. To tutaj Rachel Summers przejmuje Moc Feniksa, Madelyne Pryor oznajmia, że jest w ciąży, a Magik zaczyna mieć coraz więcej wspólnego z marvelowskimi demonami – wszystko to jest przygrywką do późniejszego o trzy lata „Inferna”. Oto komiks, który przygodni czytelnicy Marvela mogą w zasadzie pominąć, ale fani mutantów w żadnym wypadku.


Tytuł: X-Men. Wojna w Asgardzie
Scenariusz: Chris Claremont
Rysunki: Paul Smith, Arthur Adams
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: X-Men. Asgardian Wars
Wydawnictwo: Mucha Comics
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: październik 2025
Liczba stron: 248
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 9788367571586

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz