niedziela, 21 maja 2023

Batman Knightfall. Tom 1. Prolog

Rycerz udręczony

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.


Rok 1995 przyniósł czytelnikom niezapomnianego „TM-Semic” prawdziwe dramaty. Batman i Superman upadli – najpierw Doomsday zabił Człowieka ze Stali w „Supermanie 8/95” a potem przyszedł Bane i zmiażdżył człowieka-nietoperza. Trzask łamanego kręgosłupa rozległ się w styczniu 1996 w „Batmanie 1/96”. Rok temu Egmont wydał pierwszy z pięciu tomów „Batman. Knightfall”. To jedno z najważniejszych wydarzeń DC Comics lat dziewięćdziesiątych możemy w końcu w całości (!) przeczytać w Polsce. 

Pod koniec 1992 roku Superman zginął z rąk przerażającego Doomsdaya. Wydarzenie znane jako „Śmierć Supermana” wstrząsnęło amerykańskim komiksem i pociągnęło za sobą poważne kryzysy w życiu kolejnych kluczowych herosów uniwersum – Wonder Woman, Hala Jordana i Batmana. Tak właściwie to pomysł na historię o upadku mrocznego rycerza powstał niezależnie od historii o śmierci Kal-Ela – Peter Milligan, jeden z uczestników „brytyjskiej inwazji” już za na samym początku lat dziewięćdziesiątych nakreślił konieczne zmiany w życiorysie Bruce’a Wayne’a. Panująca wówczas od kilku lat Mroczna Era Komiksu przyniosła pewne trendy – miało być mocniej, ostrzej, bardziej cynicznie i blockbusterowo. Dennis O’Neill, redaktor naczelny wszystkich ukazujących się wówczas serii z Batmanem, zebrał ekipę i wyjaśnił w jaki sposób należy wprowadzić człowieka nietoperza w lata dziewięćdziesiąte. Wiedział już, że Jerry Ordway i jego kumple postanowili zabić Supermana, więc śmierć Batmana w tym samym czasie byłaby – delikatnie mówiąc – niestosowna. Trzeba zatem wymyślić coś innego.


Twórcy fabuł z mrocznym rycerzem postanowili zbadać jego słabości, doprowadzić go na skraj przepaści, poddać w wątpliwość sens jego krucjaty i przedstawić go jako złamanego i załamanego człowieka. Trzy lata wcześniej, w 1989 roku, Batman został już mocno sponiewierany i wylądował na wózku inwalidzkim. „Batman. Blind Justice” była trzyczęściową historią kończąca się jubileuszowym, sześćsetnym numerem „Detective Comics” i zbiegającą się z kinową premierą „Batmana” Tima Burtona. Niejaki Bonecrusher sprał Batmana na kwaśne jabłko i złamał go fizycznie. Rok wcześniej Jim Starlin złamał Batmana psychicznie w „Sekcie”, którą dwa lata temu wydał w Polsce Egmont. Nafaszerowany prochami, upadły i rozbity Batman przeżyje potem jeszcze jedną tragedię – śmierć Jasona Todda, drugiego Robina w komiksie „A Death in the Family”. Twórcy jego przygód postanowili go nie oszczędzać – kulminacja tego procesu nastąpiła na początku 1993 roku.

Dennis O’Neill zlecił Chuckowi Dixonowi, jednemu z etatowych scenarzystów „Batmana”, misję wymyślenia „ostatecznego przeciwnika” mrocznego rycerza. Miał być to ktoś podobny do kolesia o ksywie KGBeast, czyli radzieckiego twardziela wprowadzonego do DC Comics w 1988 roku. ZSRR w 1992 roku już nie istniał, a KGBeast stracił cały swój potencjał. Dixon wymyślił zatem całkowicie nową postać, nazwaną roboczo „Doc Toxin” – bo wzmocnionego „venomem”, czyli skrajnie uzależniającym specyfikiem wzmacniającym siłę mięśni. Czym dokładnie jest „venom”? Na to pytanie odpowiada pięcioczęściowy „Batman. Venom” („TM-Semic. Wydanie Specjalne 4/94”) otwierający omawiany dziś album. Pięcioodcinkowa opowieść Dennisa O’Neilla o Batmanie uzależnionym od narkotyków jest jednym z jego najmocniejszych punktów. „Batman. Venom” to rzecz znakomita – preludium do wszystkiego, co przydarzy się Batmanowi już niedługo.


Chuck Dixon znalazł nowe imię dla faceta, który złamie Batmana – „Bane”, czyli „zmora”, „zguba”. Zadanie było dość trudne – rzadko kiedy zdarzało się, żeby wielką popularność zdobywali herosi projektowani właśnie pod sukces marketingowy. Ulubieńcami publiki stawali się najczęściej superbohaterowie z przypadku, jak Wolverine (wróg Hulka); Deadpool (wróg X-Men), czy Silver Surfer (wróg Fantastycznej Czwórki). Bane miał być kimś, kto dorówna Batmanowi fizycznie oraz psychicznie i go złamie – miał być „ukoronowaniem całej kariery Chucka Dixona w DC Comics”. Dixon napisał kompletny „origin” tej postaci w specjalnym albumie „Batman, The Vengeance of Bane”, który zamieszczony jest zaraz po „Batman. Venom” w omawianym dziś komiksie. Bane urodził się w więzieniu na wyspie Santa Prisca (ciekawostka – to tam ma miejsce połowa akcji „Batman. Venom”) i od małego musiał walczyć o przeżycie. Jako dorosły już człowiek, uciekinier z Santa Prisca, owładnięty jest obsesją bycia najlepszym, najsilniejszym i jedynym niepokonanym człowiekiem na naszej planecie. Kilkuletni pobyt w karcerze ukształtował postać Bane’a, który ma jeden cel – pokonanie potężnej postaci z własnych wizji, czyli człowieka-nietoperza z miasta Gotham. Bane i jego pomagierzy docierają do miasta Batmana i szykują się do realizacji swoich planów. Sam Bane napędzany jest właśnie „venomem”, najbardziej uzależniającym specyfikiem jaki wymyślono w komiksach DC. I tu widać podstawową różnicę między Bane’em i Doomsdayem. Ten drugi był niepohamowaną siłą natury, uosobieniem doboru naturalnego i po prostu żywiołem. Ten pierwszy był ekstremalnie silnym i inteligentnym nadczłowiekiem z jasno sprecyzowanym planem i misją.


Kolejnym komiksem „przygotowującym grunt” pod upadek Batmana, był oczywiście „Batman. Miecz Azraela” („TM-Semic. Wydanie Specjalne 1/94”) ze scenariuszem Dennisa O’Neilla i rysunkami Joego Quesady. Jean Paul-Valley, młody student informatyki odkrywa, że jest należy do długiej linii zabójców-egzekutorów tajnego stowarzyszenia o nazwie „Zakon Świętego Dumasa”, którego dzieje sięgają czasów wypraw krzyżowych. Po śmierci własnego ojca z rąk jego niedoszłej ofiary sam musi przejąć rolę „Azraela” – Anioła Zemsty. Jego losy krzyżują się oczywiście z losami Batmana i Alfreda Pennywortha, którzy postanawiają „zająć się” młodym, zagubionym człowiekiem – czytaj: upewnić się, że wdrukowany od małego w umysł Jean-Paula „system” nie przejmie władzy nad chłopakiem i nie zmieni go w bezduszną maszynę do zabijania.

„Batman. Venom” wydany został w pięciu częściach już w roku 1991 w serii pokazującej dzieje Batmana z początku jego kariery – „The Legends of the Dark Knight”. „Zemsta Bane’a” i „Miecz Azraela” to wydania specjalne z końca 1992 i początku 1993 roku – dokładnie wtedy Superman umierał na ulicach Metropolis. Pierwszy zbiorczy tom „Batman. Knightfall” zawiera jeszcze kilkanaście odcinków dwóch najważniejszych serii komiksowych o człowieku nietoperzu („Batman” i „Detective Comics”) wydanych w tamtym okresie – album kończy się na odcinkach z kwietnia 1993 roku. Dla zainteresowanych – w Polsce był to okres „Batmana” TM-Semic obejmujący wybrane komiksy wydane od czerwca 1994 do lipca 1995 (Egmont wydał również odcinki pominięte przez TM-Semic). Cały album jest dosłownie prologiem do dramatycznych wydarzeń jakie miały miejsce w Gotham po kwietniu 1993 – to o nich opowiada tom drugi. 


Twórcy Batmana nie tylko wprowadzili nowe postacie, ale uzasadnili również, dlaczego Batman „musi upaść”. Pierwsze oznaki kryzysu nadchodzą w odcinkach, w których Mroczny Rycerz walczy z gangiem Czarnej Maski i zaczyna powoli popadać w obsesję. Każdy kolejny zeszyt jego przygód to droga w dół, prosto do psychicznego piekła w jakim od wielu lat coraz szczelniej zamyka się Bruce Wayne i z którego Alfred nie potrafi go uwolnić. Największym wrogiem Batmana okazuje się on sam – przestaje radzić sobie z własną misją, nie potrafi odpuścić, wypala się coraz bardziej i wpada w depresję. Obserwujemy jednocześnie jak w regularnych seriach pojawia się najpierw Bane a potem Azrael – jako swego rodzaju antytezy człowieka–nietoperza. Obaj stracili rodziców w młodym wieku, obaj naznaczeni są traumą i obaj są brutalnymi, bezlitosnymi wersjami Anty-Batmana (Bane) i Super-Batmana (Azrael). Jest też trzeci Robin, waleczny i żartobliwy Tim Drake, pełniący na razie rolę nauczyciela i mentora dla Jeana-Paula Valleya.


„Knigtfall” to wydarzenie już legendarne, definiujące w pewien sposób Batmana lat dziewięćdziesiątych i próbujące umieścić go jakoś w specyfice tamtych czasów. Scenariusze pisali etatowi twórcy „Batmana” doskonale rozumiejący tę postać i konieczność zmian jakie powinny nastąpić – Dennis O’Neill i Chuck Dixon. Był też nieco archaiczny i słabszy od tej dwójki Doug Moench. Rysowały ikony z tamtych lat – Graham Nolan, Joe Quesada, Tom Grindberg i przede wszystkim Jim Aparo. Ten ostatni jest tak zwanym rysownikiem charakterystycznym – jego wizji Batmana, którą doskonale pamiętamy z czasów TM-Semic, nie da się pomylić z żadną inną, choć w czasach „Upadku Batmana” najlepsze lata miał już za sobą. Co niestety widać. Pojawił się też nowy grafik, Michael Netzer, że swoim nieco karykaturalnym i odbiegającym od normy (czy na plus, czy na minus jest sprawą dyskusyjną) stylem.

„Batman. Knightfall” nie jest komiksowym arcydziełem, ale jest historią, bez której nie ma Batmana. To kamień milowy w dziejach tego bohatera, lektura obowiązkowa dla jego fanów. Zaczynamy oczywiście od „Prologu” – figury zostały rozstawione na szachownicy. Trudno nie zacząć od razu lektury drugiego tomu – w Gotham rozpętało się właśnie piekło.


Tytuł: Batman. Knightfall. Tom 1. Prolog
Scenariusz: Dennis O’Neil, Chuck Dixon, Doug Moench
Rysunki: Joe Quesada, Russel Braun, Trevor von Eeden, Graham Nolan, Tom Grindberg, Jim Aparo, Michael Netzer
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman. Venom; Batman. Prelude to Knightfall; Batman. Sword of Azrael
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: kwiecień 2022
Liczba stron: 684
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 9788328150744

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz