wtorek, 11 czerwca 2019

Wtorek przed ekranem #10

John Carpenter - Książę ciemności


Artykuł o Johnie Carpenterze ukazał się pierwotnie w magazynie OkoLica Strachu.



„You will not be saved by the holy ghost. You will not be saved by the god Plutonium. In fact, YOU WILL NOT BE SAVED!”


Antymateria, determinizm i zielone gluty


„Wielka draka w chińskiej dzielnicy” była największą finansową porażką Carpentera jak do tej pory. Szybko się jednak otrząsnął i zrobił jeden z lepszych horrorów lat osiemdziesiątych. Oczywiście bez udziału wielkich hollywoodzkich maszyn do robienia pieniędzy.

„Książę ciemności” nazywany jest wspaniałą mieszanką kwantowej fizyki, teologii i gotyckiego horroru. To druga część nieformalnej apokaliptycznej trylogii Johna Carpentera, do której należy również „Coś” oraz „W paszczy szaleństwa”„Książę ciemności”, podobnie jak antarktyczny horror z Kurtem Russellem, opowiada o końcu świata. I uzasadnia go niemal tak samo, o czym za chwilę.

John Carpenter w połowie lat osiemdziesiątych zaczytywał się w popularnonaukowych książkach o wszechświecie, mechanice kwantowej i teorii względności. Szczególnie mocno fascynowało go zagadnienie antymaterii jako lustrzanego odbicia wszystkiego, co możemy dotknąć, zobaczyć i doświadczyć. Pomyślał wtedy – co gdyby założyć, że istnieje pewien byt będący takim właśnie lustrzanym odbiciem chrześcijańskiego Boga? I zarówno Bóg, jak i anty-Bóg są pozbawieni jakichkolwiek nadnaturalnych pierwiastków?

Ksiądz Loomis, zagrany przez nieocenionego Donalda Pleasence’a (Loomis! Pleasence! Halloween![1]), trafia do podziemi starego, opuszczonego kościoła w Los Angeles i dokonuje przerażającego odkrycia. Znajduje wielki pojemnik z nieustannie wirującą zieloną substancją (nieodparcie kojarzącą się z „Ghostbusters”) i tajemniczą, starożytną księgę zapisaną tekstem w nieznanym języku. Loomis sprowadza do kościoła profesora Biracka oraz grupę jego znajomych naukowców, doktorantów i studentów, aby ci, opierając się na swojej naukowej wiedzy, wyjaśnili tajemnicę znaleziska. Tymczasem na niebie i ziemi dochodzi do dziwnych zjawisk, a kościół jest z godziny na godzinę otaczany coraz gęstszym kordonem osobliwych, będących w transie bezdomnych, którym przewodzi Alice Cooper[2].


Co jest w zbiorniku? Prastara księga zdradza największą tajemnicę ludzkości. Otóż zielona substancja jest Antychrystem! Zbiornik był najbardziej strzeżoną tajemnicą w historii Kościoła, de facto chrześcijaństwo powstało tylko dlatego, aby ukryć przed światem prawdę o nim. Aby uratować owieczki przed całkowitą moralną dewastacją. Jezus Chrystus w tej historii jest prorokiem z innej planety, który przyniósł prawdę o zielonym płynie. Antychryst, Jezusowe lustrzane odbicie, to tytułowy książę ciemności, syn absolutnie złego bytu uwięzionego w innym wymiarze – roboczo wszyscy nazywają tę istotę Szatanem. Celem Antychrysta jest sprowadzenie swojego ojca na Ziemię. Dziwna substancja zaczyna wyciekać ze zbiornika i stopniowo opanowywać badających ją naukowców, zamieniając ich w bezwolne zombie. Zaraza się rozprzestrzenia, ludzie przestają być ludźmi, stają się manekinami zawiadywanymi przez nieznaną siłę – podobnie jak w „Cosiu”. Tylko, że tym razem odbywa się to jawnie, ponieważ nikt nie ma wątpliwości co do tego, kto został opętany. I podobnie jak w „Ataku na posterunek 13” śledzimy poczynania grupy ludzi zatrzaśniętych w odosobnieniu, oblężonych przez złowrogie siły.

John Carpenter nie bez przyczyny połączył w filmie naukę i religię, dwa teoretycznie nie mające ze sobą nic wspólnego sposoby interpretacji rzeczywistości. W świecie filmu są one dwiema stronami tej samej monety. Otóż reżyser, podobnie jak Howard Phillips Lovecraft, założył całkowity materializm otaczającego nas świata, nie zostawiając miejsca na pierwiastek nadprzyrodzony. Wszyscy w filmie mówią o Bogu i Szatanie, ale zupełnie nie o to chodzi. Jest Byt i Anty-Byt, obydwa w pełni świadome, namacalne, realne i dążące do zderzenia, na które absolutnie nie wolno pozwolić.

Co daje nauka? Nauka daje złudzenie, że potrafimy poznać rzeczywistość. To nasz sposób na jej okiełznanie i ubieranie w ustalony zbiór haseł i prawideł. Zbiór niedoskonały, bo ograniczony naszym językiem i fizycznością zmysłów. Porządek świata, który widzimy, to tylko nasze chciejstwo, nic więcej. Fabryka abstrakcji. Co daje religia? Religia daje złudzenie bezpieczeństwa i istotności naszego gatunku. To valium na szok rzeczywistości, hipnoza naszej świadomości. Fabryka abstrakcji. Zderzmy ze sobą naukę i religię, tak jakby zderzała się materia i antymateria – pozostaje kataklizm i wielka pustka.



I tu wchodzi Carpenter ze swoją apokalipsą. Bo przecież wszystko, co istnieje, to właśnie pustka i krążące w niej atomy. Całkowicie mechaniczny układ deterministycznie zdefiniowany przez niepoznawalne dla nas reguły. Reguły, które przysypujemy pudrem religii lub nieudolnie opisujemy nauką. Nie ma ucieczki od determinizmu, nie ma zatem ucieczki od Anty-Boga, który pisze do przerażonych ludzi tekst rękami tłumaczki tajemnej księgi: „Nic was nie uratuje!”. Ani religia, ani nauka. Przedmuchująca umysł końcówka filmu tylko potwierdza te groźby. Apokalipsa przychodzi tym razem nie tylko jako konsekwencja naszej fizyczności (jak w „Cosiu”), lecz jako konsekwencja fizyczności całego świata. Do trzeciego spojrzenia na apokalipsę jeszcze wrócimy.

„Książę ciemności” był ucieczką od produkcji studyjnych, które mocno rozczarowały Carpentera. Niezależny film, swoboda twórcza, trzy miliony zielonych i miesiąc zdjęć. Film ten, to pożegnanie Donalda Pleasence’a z Carpenterem oraz powitanie Petera Jamesa, który pojawi się jeszcze w pięciu filmach reżysera. Scenariusz do filmu napisał niejaki Bernard Quatermass, który okazał się, ku zdziwieniu większości ekipy, samym Johnem Carpenterem. Reżyser oddał w ten sposób hołd swojemu kolejnemu ulubionemu twórcy – Nigelowi Kneale[3]. Film jest rasowym horrorem naznaczonym specyficznym, obecnym od samego początku, uczuciem nieokreślonego zagrożenia i oczekiwania na najgorsze. Jest też gore, z którym od czasu „Cosia” było Carpenterowi nie po drodze. Nastrój potęguje znakomita ścieżka dźwiękowa autorstwa wiadomo kogo, jedna z najlepszych jakie kiedykolwiek nagrał.

Największy strach wzbudzają opanowane przez Anty-Boga postacie, które, gdy przyjrzeć się im bliżej, cierpią niewysłowione katusze. W jednym z wywiadów John Carpenter został zapytany, co wzbudza w nim największe przerażenie – ciemność, krew, okrucieństwo, ból, śmierć? Carpenter odparł rozbawiony, że nie, no skądże. I zaraz potem dokończył z grobową miną – możliwość utraty kontroli nad samym sobą. Nad swoim ciałem, umysłem, życiem przy jednoczesnej świadomości tego faktu. Powiedział też, że nic nie przeraża go tak bardzo jak choroba Alzheimera, zamieniająca powoli człowieka w manekina zdanego na łaskę innych. Strach reżysera dotyczący odebrania możliwości samostanowienia powraca w kolejnym filmie.

Rok później w kinach pojawia się swego rodzaju pre-Matrix. Napiszę o tym za tydzień.



[1] W „Halloween” rolę doktora (nie księdza) o nazwisku Loomis, grał nikt inny jak właśnie Donald Pleasence
[2] Alice Cooper był zafascynowany kinem Carpentera. Gdy w końcu poznali się osobiście, Cooper poprosił o to, aby mógł przyglądać się produkcji zza kulis. Carpenter zrobił więcej – wciągnął go na plan i dał mu jedną z najbardziej charakterystycznych ról w filmie.

[3] Nigel Kneale – brytyjski scenarzysta filmowy, znany przede wszystkim z telewizyjnych filmów i serialu science fiction o profesorze Bernardzie Quatermassie, emitowanych w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza