wtorek, 4 czerwca 2019

Wtorek przed ekranem #9

John Carpenter - Wielka draka w chińskiej dzielnicy


Artykuł o Johnie Carpenterze ukazał się pierwotnie w magazynie OkoLica Strachu.


„Is it getting hot in here, or is it just me?”

Mortal Kombat na wesoło


Komiksy były kolejną – obok filmów – pasją małego Johna Carpentera. Zwłaszcza te pulpowe, pełne grozy i makabry. Jako najważniejsze i najbardziej lubiane wspomina trzy serie, które w dzieciństwie namiętnie czytywał w tajemnicy przed rodzicami, zamiast iść spać. „The Vault of Horror”, „The Tales from the Crypt” oraz „The Haunt of Fear”. Końcówka lat czterdziestych i pierwsza połowa lat pięćdziesiątych była prawdziwym Eldorado dla miłośnika tego rodzaju rozrywki. Czarna magia, przerażający kosmici czający się w mroku, otwierające się trumny, kosmata łapa wynurzająca się z ciemności w celu porwania nadobnej dziewicy, chodzące szkielety, mumie, wampiry, wilkołaki, czarownice, szaleni naukowcy.

„Wielka draka w chińskiej dzielnicy” to taki pulpowy komiks właśnie – ale podrasowany, aby spełniał wymagania odbiorcy roku 1986. Jack Burton (znowu Kurt Russell w absolutnie brawurowo i bezbłędnie zagranej roli), kierowca wielkiej ciężarówki, to samotny jeździec, wolny ptak, wieczny kawaler, dusza towarzystwa, niepoprawny podrywacz i awanturnik. Często zapuszcza się do chińskiej dzielnicy San Francisco, gdzie jest znany i lubiany (albo i nie, jeśli ogrywa miejscowych w karty). Gdy narzeczona jego chińskiego kumpla, Wang Chi, zostaje uprowadzona przez miejscowy gang nazywany Panami Śmierci, Jack postanawia mu pomóc. No i zaczyna się jazda bez trzymanki. Jack i Wang Chi wpadają do króliczej nory prowadzącej do podziemnego, tajnego świata Chinatown. Rządzi tam David Lo-Pan, legendarny demon z chińskich podań, który uznał, że będzie lepszym narzeczonym dla porwanej dziewczyny niż Wang Chi. Lo-Pan to potężny mag, mający na usługach Trzy Burze, czyli wojowników o nadnaturalnych umiejętnościach panowania nad żywiołami (na których wzorowali się prawdopodobnie twórcy postaci Raydena z gry „Mortal Kombat”).


Ten film to międzygatunkowy misz-masz – oprócz pulpowego komiksu grozy przeniesionego na celuloidową taśmę mamy tutaj western (początkowo akcja miała rozgrywać się w Chinatown w San Francisco opanowanym przez złe moce, ale sto lat wcześniej), anime, kino akcji, monster movie, prześmieszną komedię sensacyjną, film kung-fu i szaloną przygodówkę w stylu „Flasha Gordona” lub „He-mana” z Dolphem Lundgrenem. To taki film, o którym wiadomo, że wszystko dobrze się w nim skończy, a główny bohater odejdzie w stronę zachodzącego słońca. To kolorowa, krzykliwa i dowcipna niby-fabuła, gdzie oprócz samego przebiegu zdarzeń bardzo ważne są te wszystkie niesamowite gagi, zwroty akcji, słowne szermierki i humor sytuacyjny. Carpenter jest tu całkowicie niepoważny, a film jawnie przeszarżowany. Tym bardziej zabawna wydaje się historia aktora grającego Deszcz – członka Trzech Burz. Otóż przez cały czas myślał, że bierze udział w poważnym filmie sensacyjnym i z namaszczeniem oraz kamienną twarzą odgrywał swoją rolę. Nikt go z błędu nie wyprowadzał. Jednak pod koniec zdjęć, kiedy to kazano mu wykonać absurdalny ni to taniec, ni to „walkę z cieniem”, zaczęło mu coś świtać w głowie. Nie wiem, czy zrobiło mu się głupio czy się obraził. Nieważne. Na pewno było śmiesznie.

Chińska dzielnica San Francisco przepełniona jest demonami; kolesiami w wielkich słomianych żyrandolach na głowach, którzy potrafią latać na błyskawicy; dziwacznymi, kosmatymi potworami wyglądającymi jak Yeti po nieudanej trwałej ondulacji; klonami Kato z „Różowej pantery”, kopiami Jackie Chana i naśladowcami Fu Manchu; przyczajonymi tygrysami i ukrytymi smokami; lewitującymi mięsnymi kulami z dziesiątkami oczu oraz cyrkowymi akrobatami. Niezaprzeczalną prawdą o chińskiej dzielnicy jest to, że każdy mieszkaniec ma czarny pas w sztukach walki.


A pośrodku tego rozgardiaszu stoi on – Jack Burton. Bohater komiksowy szyty grubymi nićmi z błyskiem w zębach i zawadiackim uśmiechem. Nie jest to jednak taki bohater kina akcji do jakiego wszyscy są przyzwyczajeni. Bo Jack to strasznie zadufany, przesadnie pewny siebie, arogancki typ. To bufon, kpiarz, nerwus, egoista i zapatrzony w siebie buc – „Everybody relax. I’m here”. Co tu dużo mówić, to taki trochę przygłup, który ciągle się dziwi otaczającemu go (cudacznemu, nie da się ukryć) światu i zadaje bez przerwy pytania, na które, ku jego irytacji, wszyscy inni znają odpowiedzi. Jakoś te infodumpy musiał Carpenter wcisnąć, no nie? Ale z drugiej strony Burton to odważny, twardy zawodnik, mistrz ciętego języka i znakomitych one-linerów. Indiana Jones w wersji Johna Carpentera. Kurt Russell przechodzi tu samego siebie – urodził się, żeby zagrać Jacka Burtona.

Film jest znakomity. Dialogi perfekcyjne, humor pierwszorzędny, dystans do gatunku gigantyczny, miodność oglądanego widowiska nieskończona. Ale, co najważniejsze, snucie historii nie jest zdominowane przez efekty specjalne, fajerwerki i rubaszny rechot. John Carpenter zawsze powtarzał, że reżyseria, to w pierwszej kolejności opowiadanie historii – storytelling jest dla niego wszystkim. Realizacja filmu zamieniła się w gonitwę z czasem w chwili, gdy gruchnęła wieść o realizacji innego filmu o podobnej estetyce i tematyce – „Złotego dziecka” z Eddiem Murphym.

Carpenter był pierwszy. „Wielka draka…” wchodzi do kin w lipcu 1986, Eddie Murphy będzie szalał na ekranach kin dopiero na gwiazdkę. Obraz okazał się totalną katastrofą finansową – banda „Obcych” Jamesa Camerona była tego lata jak walec, niszczący nadzieje wszystkich innych twórców filmowych.

E tam, wielkie wytwórnie ssą. Wracamy do niezależności i rasowego horroru. Za miesiąc przyjrzymy się największej tajemnicy Kościoła Katolickiego.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza