wtorek, 14 maja 2019

Wtorek przed ekranem #6

John Carpenter - Coś


Artykuł o Johnie Carpenterze ukazał się pierwotnie w magazynie OkoLica Strachu.




„You’ve gotta be fucking kidding!”

Opowieść o paranoi i niezauważonej apokalipsie


Oglądaliście uważnie „Halloween”? Laurie Strode, opiekunka do dzieci z miasteczka Haddonfield w stanie Illinois, w halloweenową noc przed czterdziestu laty oglądała ze swym podopiecznym pewien czarnobiały film z lat pięćdziesiątych. Wielkie tytułowe litery, głośna muzyka, teatralne gesty i absurdalny scenariusz. Na Ziemi ląduje kosmita, skrzyżowanie Borisa Karloffa i gigantycznego pora, który pozbawia krwi każdego napotkanego człowieka. Ta typowa dla swojego okresu produkcja, to „Istota z innego świata”, jeden z ulubionych filmów Johna Carpentera. Jest to adaptacja opowiadania „Kim jesteś?” z 1938 roku, autorstwa Johna W. Campbella. To także pierwowzór jednego z najlepszych filmowych horrorów wszech czasów.

„Ucieczka z Nowego Jorku” była umiarkowanym kasowym sukcesem. Ale o Carpenterze było już naprawdę głośno. Głośno na tyle, że odezwał się do niego kolejny producent z najciekawszą, jak do tej pory, propozycją. A może by tak zrobić remake „Istoty z innego świata”? Wielki budżet i wielka machina filmowa – Universal Pictures? John Carpenter jako wielki fan reżysera oryginału – Howarda Hawksa – nie mógł odmówić. Postanowił jednak nie zabierać się za wspomnienia z dzieciństwa i zamiast tego zrobić alternatywną adaptację opowiadania Campbella. Postanowił wydobyć z „Kim jesteś?” wszystko to, co Howard Hawks pominął – horror, paranoję, klaustrofobię, izolację, absolutną mimikrę i niezauważoną apokalipsę.


Dwunastoosobowa amerykańska ekipa badawcza umiera z nudów na Antarktydzie. Pewnego dnia obok ich bazy rozbija się helikopter z członkami norweskiej ekspedycji. Norwegowie zawzięcie ścigają psa, który ostatecznie znalazł schronienie u Amerykanów. Nasi bohaterowie udają się do norweskiej bazy po wyjaśnienia, ale na miejscu znajdują tylko krew, horror i makabrę. Ekipa ich europejskich kolegów została dosłownie rozsmarowana po podłodze. Główny bohater filmu, R.J. MacReady (w tej roli znowu niesamowity Kurt Russell) znajduje zamrożone ciało jakiegoś koszmarnego potwora, które natychmiast zostaje zabrane do amerykańskiej bazy w celu przeprowadzenia badań. Stwór jest przybyszem z kosmosu, przyłapanym w trakcie swojej transformacji w człowieka – jak się okazuje, jest to bezosobowa, inteligentna protoplazma, zdolna do absorbcji cielesnej masy swej ofiary wraz z jej wspomnieniami i tożsamością. Absolutna mimikra, szczytowe osiągnięcie dostosowania ewolucyjnego, polegające na brutalnej przemianie napotkanego materiału biologicznego we własne ciało i „umysł”. Zgroza.

Należy zwrócić uwagę na dosłowność i siłę przekazu makabry. Carpenter nie bawi się w niedopowiedzenia, nie odwraca kamery, nie ściemnia obrazu. Cała groza pojawia się wprost na naszych oczach, zawsze w świetle jupiterów. Jest ona tak niewiarygodna, że chcemy zakrzyknąć w stylu jednego z bohaterów: „Mister Carpenter, you’ve gotta be fucking kidding!”. Ale u Carpentera nic nie dzieje się bez przyczyny. Powoli zdajemy sobie sprawę, że makabra ta nie jest najbardziej przerażająca. Prawdziwa zgroza to uświadomienie sobie, że kolega, który siedzi obok, może wcale nie być człowiekiem.



„Coś” jest horrorem o izolacji i negacji tożsamości. Najpierw zostajemy odseparowani od cywilizacji i nowoczesnego racjonalnego świata, gdzie nie ma miejsca na demony. Będąc na mroźnym pustkowiu okazuje się, że izolujemy się od przyjaciół, ludzi, z którymi przebywaliśmy razem przez długi czas. Nikt nikomu nie ufa, nikt nie wie, kim lub czym jest osoba stojąca obok. Mamy przynajmniej samych siebie. Lecz czy aby na pewno? Otóż, nie! Trzeci stopień izolacji wyobcowuje nas samych z własnego ciała, nasza ręka czy noga nie musi być przecież nasza! Własna cielesność staje się podstawowym źródłem grozy i zwątpienia.

Carpenter nazywał swój film apokalipsą rozsadzająca świat człowieka od wewnątrz. Człowiek nie miał tu być ofiarą zagłady przychodzącej z nieba i niszczącej świat dookoła. To człowiek, który człowiekiem już chyba nie jest, jest źródłem tejże apokalipsy. Zakończenie filmu miało poruszyć tych nieco uważniejszych i uciekających od prostych rozwiązań widzów. Film, pod przykrywką niby szczęśliwego zakończenia, przemyca zapierający dech wniosek – świat właśnie się skończył. I to przez nas, przez ludzką słabość – nie charakteru, lecz ciała. Pozostaje nam tylko usiąść na śniegu z flaszką w ręku, jak robi to MacReady w finałowej scenie i po prostu „zobaczyć co się stanie”. Wygraliśmy bitwę, wojna jednak jest przegrana. Apokalipsa przyszła zupełnie niezauważona.



„Coś” to film o największym, jak do tej pory, budżecie i pierwsza produkcja pod szyldem wielkiej wytwórni. To także pierwszy film, w którym za ścieżkę dźwiękową nie odpowiada John Carpenter – otóż muzykę do „Cosia” skomponował sam Ennio Morricone. Zdjęcia robiono niedaleko Juneau na Alasce, latem 1981 roku, oraz w wielkim kompleksie w Los Angeles (wszystkie sceny w bazie badawczej Stanów Zjednoczonych). Wiele pracy, wiele wysiłku, hektolitry potu, wielkie nadzieje. I potężny cios w twarz po premierze.

Co pisano latem 1982 roku w największych opiniotwórczych gazetach w Stanach Zjednoczonych? „New York Times” ogłosił, że „Coś” jest głupim, beznadziejnym gniotem, w którym ludzie służą tylko do dźgania, dekapitowania, nadziewania, wchłaniania i wydalania. Robert Ebert twierdził, że film jest wielką torbą na wymioty. Dziennikarze magazynu „Cinefantastique” zastanawiali się, czy „Coś” będzie najbardziej znienawidzonym filmem w historii kina. W miesięczniku „Starlog” doszli do wniosku, że film bardzo brzydko śmierdzi. Pozbawiony jest logiki, humoru, ciekawych postaci i choćby odrobiny człowieczeństwa. Filmy Carpentera to gloryfikacja przemocy i gore, a on sam mógłby kręcić relacje z największych katastrof kolejowych lub samochodowych.

Arcydzieło Carpentera zbierało wrogie, wręcz agresywne recenzje. Dlaczego? Może dlatego, że jest to film nihilistyczny, wieloznaczny, ponury, mroczny, podsuwający co chwilę fałszywe tropy, zmuszający do myślenia, odbierający nadzieję, nie dający ani chwili wytchnienia. A przede wszystkim pozbawiony szczęśliwego zakończenia i wytrącający widza ze strefy komfortu. Wspaniały.


John Carpenter stwierdził po latach, że „Coś” miał bardzo zły timing. Dwa tygodnie wcześniej do kin wszedł inny film o kosmicie – „E.T.” Stevena Spielberga. Jak można nie kochać E.T.? Pozytywny, familijny przekaz, milusie przytulasy. A tu nagle, dwa tygodnie później, na ekranach pojawia się oślizgły, ohydny zmiennokształtny potwór – totalna zagłada dla ludzkiego gatunku.

„Coś” przetrwał jednak próbę czasu i inspirował rzeszę młodych twórców. Uwielbiam to, co robi Quentin Tarantino, więc znowu do niego nawiążę – zarówno pierwszy, jak i ostatni jego film – co sam przyznaje – to kolejne wersje carpenterowskiego „Cosia”. Paranoja, brak zaufania do kolegów, zamknięcie w małej przestrzeni, walka o przeżycie. Dokładnie takie są „Wściekłe psy”, czyli debiut Tarantino. I dokładnie taka jest „Nienawistna ósemka”, w którym grupa ludzi zostaje uwięziona przez śnieżycę w małym domku na odludziu. No i kurczę, gra tam Kurt Russell!

Co ciekawe, Tarantino pokazywał „Cosia” aktorom i ekipie tuż przed rozpoczęciem zdjęć. Russell siedział wniebowzięty i powtarzał: „O tak kochani, to moje, to właśnie robiłem!” 

A za tydzień pojeździmy czerwonym Plymouthem Fury z 1958 roku.






Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza