wtorek, 23 kwietnia 2019

Wtorek przed ekranem #3

John Carpenter - Halloween


Artykuł o Johnie Carpenterze ukazał się pierwotnie w magazynie OkoLica Strachu.


But you can't kill the boogeyman!

Slasher z Sèvres



Pod koniec liceum, jak pewnie większość mojego pokolenia, obejrzałem „Krzyk” Wesa Cravena – świetny pastisz tzw. slasher movie[1]. Jest tam jedna pamiętna scena: towarzystwo siedzi na kanapie i ogląda film z przerażoną, biegającą w kółko Jamie Lee Curtis. Wszędzie browar, popcorn i przednia zabawa. Nabijają się z wszystkich charakterystycznych tricków, stosowanych w tego rodzaju filmach, nie wiedząc oczywiście, że twórca Freddy’ego Kruegera umieścił ich w kolejnym. Jeden z bohaterów wymienia kilka reguł, których musimy się trzymać, aby wyjść cało ze slashera: nigdy nie uprawiać seksu, nigdy nie pić alkoholu lub zażywać narkotyków i nigdy, nigdy, pod żadnym pozorem nie mówić „zaraz wracam”.

Co ogląda rozhulana ekipa nastolatków? Oczywiście „Halloween”, film kultowy, genialny, nazywany slasherem definicyjnym, ojcem gatunku – choć sam John Carpenter wskazuje tu raczej „Psychozę” Hitchcocka. Nie zmienia to faktu, że to „Halloween” jako pierwszy zdefiniowało dokładnie wszystkie zasady rządzące gatunkiem. I się zaczęło – „Piątek trzynastego”, „Koszmar z Ulicy Wiązów”„Laleczka Chucky”„Bal maturalny”, żeby wspomnieć tylko te najbardziej znane.


O co chodzi? Haddonfield, to typowe, małe amerykańskie miasteczko, pełne ładnych trawników, domków jednorodzinnych i przesycone sielską atmosferą. Nikt nie przypuszcza, że może tu pojawić się zło. W 1963 roku, z nieznanych przyczyn, Michael Myers, mały sześcioletni chłopiec, zabija podczas halloweenowej nocy swoją siostrę, za pomocą kuchennego noża. Mike trafia do szpitala psychiatrycznego pod opiekę doktora Loomisa, ale po piętnastu latach udaje mu się uciec. Swoje kroki kieruje prosto do Haddonfield, gdzie stoi jego opuszczony, naznaczony tragedią, dom rodzinny. Pech chciał, że miejscowa nastolatka, Laurie Strode (grana właśnie przez Jamie Lee Curtis) przypadkowo wchodzi na ganek domu i zostaje zauważona przez Michaela. Zaczyna się piekło. Ubrany w jakiś roboczy kombinezon i charakterystyczną białą maskę, Myers rozpoczyna rzeź w miasteczku. Na marginesie – z maską Michaela Myersa wiąże się zabawna historia. Gdy już uznano, że morderca musi mieć jakąś zasłonę twarzy, jeden z członków ekipy filmowej skoczył do pobliskiego sklepu z halloweenowymi akcesoriami i przyniósł dwie maski. Jedną była maska klauna, drugą maska Williama Shatnera[2]. Na pewno już wiecie, którą wybrano. I tak, ikoniczna już postać filmowych horrorów, ma twarz kapitana Kirka ze Star Trek.

A wszystko zaczęło się od tego, że do Carpentera zgłosił się pewien producent filmowy, niejaki Mustafa Akkad, i powiedział, że chciałby wyłożyć dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów na film, w którym potwór w ludzkiej skórze zabija opiekunki do dzieci w małej miejscowości. Carpenter, który mówi o sobie, że jest „tani i szybki” uporał się ze zdjęciami w niecały miesiąc, zastrzegając sobie prawo do decydującego głosu w sprawie ostatecznego kształtu produkcji. I stworzył jeden ze swoich legendarnych już filmów, którego pojedyncze sceny są po prostu rozpoznawalne przez każdego fana horroru na świecie. „Halloween” to rewelacyjny, przerażający horror, który pozostaje z widzem jeszcze długo po zakończeniu emisji. Skąd jego siła, skąd ten magnetyzm?


Najlepsze horrory to te, które nie potrzebują jump scare’ów. W „Halloween” ich nie ma, bo są zbędne. Tak naprawdę jump scare nie wzbudza w nas przerażenia, lecz wyzwala reakcję obronną. Ktoś rzuca w ciebie piłką – bronisz się, zasłaniając twarz rękami. Prawdziwy niepokój powstaje zupełnie inaczej. U Carpentera zagrożenie nie płynie spoza kadru, jak ma to miejsce w przypadku właśnie jump scare, nie przychodzi spoza sceny. Groza jest tu cały czas wszechobecna, wyczuwalna każdym zmysłem, bez chwili wytchnienia i odpoczynku. Mike Myers, nie do końca widoczny, czai się gdzieś za drzewami (zupełnie jak bandyci z „Ataku na posterunek 13”) i z racji tego, że w większości czasu go nie ma na ekranie – to tak naprawdę jest obecny. Carpenter w wielu kadrach umieszcza duże ciemne obszary, gdzie najprawdopodobniej czai się horror. A gdy już wiemy, że coś z nich zaraz wylezie – nigdy nie odbywa się to gwałtownie. Groza krystalizuje się zawsze na środku ekranu, zawsze powoli i nieodwołalnie, zawsze poza zasięgiem wzroku bohaterów. Najlepszą sceną w całym filmie jest ta, w której w ciemności zalegającej obok rozpaczającej Laurie pojawia się coraz wyraźniej maska Myersa oświetlona anemicznym światłem. Do inspiracji tą sceną oraz wieloma innymi przyznają się twórcy jednego z najlepszych horrorów ostatnich lat – „Coś za mną chodzi”[3]. Pamiętna scena, którą możemy nazwać „odwiedzinami ślepego olbrzyma”, jest tego najlepszym przykładem.

Widownia Carpentera jest świadoma zagrożenia i widzi je szybciej niż bohaterowie. Napięcie ciągle narasta i nigdy nie zostaje rozładowane, co ma miejsce w filmach opartych na jump scare. Carpenter na to nie pozwala, a wspaniałe zakończenie zamiast dać odrobinę oddechu, powoduje, że Michael Myers wraca z nami do domu po zakończonym seansie. Wlecze się za naszymi plecami przez całą drogę. Jest złem w czystej postaci, niczym nie uzasadnionym i niezniszczalnym. To już nawet nie człowiek, lecz pewien symbol, w którym widzieliśmy człowieka tylko przez krótką chwilę, na początku filmu. I to odczłowieczenie potęguje przesłanie Carpentera, który tłumaczy, że „Halloween” jest filmem o tym, że prawdziwe demony siedzą tylko i wyłącznie w nas samych. I nie wyjaśnia, jak to miały w zwyczaju inne slashery, genezy zła Michaela Myersa, lecz po prostu je pokazuje.


John Carpenter nie lubi kontynuacji „Halloween”, podobnie jak i innej serii opartej na tym samym schemacie – „Piątku trzynastego”. Tłumaczy to tym, że w prawie wszystkich slasherach następuje zbyt daleko posunięta uniformizacja ofiar arcyłotra. Te wszystkie zabijane na jego drodze nastolatki niczym się od siebie nie różnią. Nie muszą, skoro twórcom chodzi przede wszystkim o jak najwyższy bodycount„Halloween” powinien skończyć się na pierwszej części, która jest filmem prostym, jednoznacznym i jednocześnie niebywale mocno oddziałowującym na odbiorcę. A przyczynia się do tego nie tylko fabuła, lecz także ścieżka dźwiękowa. Halloween Theme jest najbardziej rozpoznawalnym motywem muzycznym autorstwa Carpentera, zna go każdy miłośnik dziesiątej muzy. Film zebrał oczywiście druzgocące recenzje po premierze, ale okazał się po latach największym sukcesem kasowym w historii kina niezależnego aż do 1999 roku – kiedy to na ekrany wszedł „Blair Witch Project”.

Tuż pod koniec kręcenia zdjęć Carpenter otrzymał telefon od swojego agenta. Nikt w mieście nie chce kręcić biografii Elvisa dla telewizji ­– John, podejmiesz się? Pewnie, wchodzę w to! Przecież kocham Elvisa! Nie będziemy się zajmować się tutaj tym filmem, warto jednak zaznaczyć jedno. John Carpenter poznał na planie jednego ze swoich ulubionych aktorów, o którym zawsze wyrażał się w samych superlatywach. Rola Elvisa Presleya była pierwszą dorosłą rolą Kurta Russella – faceta, który za dwa lata ucieknie z Nowego Jorku a za siedemnaście da drapaka z Los Angeles. Ale o tym w kolejnych artykułach.






[1] Slasher – gatunek filmowego horroru, w którym osią fabuły jest systematyczna eliminacja bohaterów filmu przez tajemniczego mordercę.
[2] William Shatner, ur. 1931, amerykański aktor filmowy, grał między innymi w pierwszej serii „Star Trek” w latach sześćdziesiątych.
[3] R. Mitchell, Coś za mną chodziUSA, 2014.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza