wtorek, 7 maja 2019

Wtorek przed ekranem #5

John Carpenter - Ucieczka z Nowego Jorku


Artykuł o Johnie Carpenterze ukazał się pierwotnie w magazynie OkoLica Strachu.




Uwielbiam Kurta Russella. Uwielbia go też John Carpenter – pytany o najlepszych aktorów, z którymi współpracował, wymienia go zawsze w pierwszej kolejności. Tak naprawdę to właśnie Carpenter otworzył Russellowi drzwi do Hollywood.





„Call me Snake…”

Sam przeciw wszystkim


John Carpenter napisał scenariusz do „Ucieczki z Nowego Jorku” podczas afery Watergate. Reżyser bardzo rzadko wypowiada się na tematy polityczne, jednak w tym przypadku przyznał, że prezydentura Nixona miała duży wpływ na ostateczny kształt scenariusza. Niechęć do instytucji rządu i osób w nim zasiadających powróci za kilka lat podczas kręcenia „Oni żyją!”. Film, który uczynił z Kurta Russella gwiazdę światowego formatu, to mroczna dystopia, powstała z obaw i lęków twórcy o przyszłość kraju i świata. Co ciekawe, premiera miała miejsce krótko po uwolnieniu amerykańskich zakładników przetrzymywanych przez długie miesiące w ambasadzie USA w Teheranie, przez zwolenników reżimu ajatollaha Chomeiniego.



„Ucieczce z Nowego Jorku” Carpenter kreuje niewesołą przyszłość. W 1988 roku przestępczość w Stanach Zjednoczonych wzrosła o czterysta procent. Manhattan stał się jednym wielkim ściśle strzeżonym więzieniem ogrodzonym grubym, piętnastometrowym murem. Wojsko otacza wyspę. Nie ma na niej strażników, są tylko więźniowie w stworzonym przez siebie świecie. Organizacja nazywająca się Narodowym Frontem Wyzwolenia Ameryki porywa Air Force One z prezydentem na pokładzie. Jej członkowie chcą zablokować międzynarodowy szczyt, na którym obecność głowy państwa jest warunkiem koniecznym. Niestety prezydencki samolot uderza w World Trade Center, a on sam wpada w łapy przestępców. Ten element fabuły po latach wydaje się wyjątkowo mroczny – wiemy, co wydarzyło się 11 września dwadzieścia lat później.

Szef sił porządkowych więzienia zawiera układ z nowo przybyłym skazańcem, byłym porucznikiem służb specjalnych USA, który obrabował bank rezerw federalnych. Snake Plissken ma dwadzieścia cztery godziny na uwolnienie i przyprowadzenie prezydenta – nagrodą będzie pełne ułaskawienie. Snake jest chyba moim ulubionym bohaterem Carpentera. To kowboj prosto z „Dolarowej trylogii”[1] Sergio Leone, mówiący głosem Clinta Eastwooda (Russell naprawdę gada tu jak Eastwood, wsłuchajcie się dobrze). Typowy westernowy antybohater walczący zarówno z bandytami, jak i siłami porządku, który nie jest ani zły, ani dobry – gdyby był postacią z „Dungeons & Dragons” miałby charakter „chaotyczny, neutralny”. Ten wyjęty spod prawa samotny rewolwerowiec dba przede wszystkim o własne dobro i jeśli staniesz mu na drodze, zabije cię bez wahania.

Film to komiksowy spaghetti western, daleki od klasycznych obrazów z Johnem Wayne’em. Dowódcę wojska, który zleca Snake’owi zadanie, gra sam Lee Van Cleef – nie sposób go zapomnieć po obejrzeniu pamiętnego pojedynku w „Dobrym, złym i brzydkim”. Reszta obsady też jest niesamowita – Donald Pleasence, Ernest Borgnine, Harry Dean Stanton, Isaac Hayes i znowu Adrienne Barbeau – jak do tej pory najtwardsza babka u Carpentera. Zamiast dzikiego zachodu mamy betonową dżunglę, podobnie jak w „Ataku na posterunek 13”. Bandyci, to dzikie, nieokiełznane istoty, wylewające się z każdej możliwej dziury, a ich stylizacja przywodzi na myśl inny filmowy przebój z tego samego roku – „Mad Max: Wojownik szos” George’a Millera.


Uwielbiam ten film. Jego urok bierze się z tego, że to dziecko swoich czasów, a ja po prostu wychowywałem się na VHSie w latach osiemdziesiątych. To tak jak w przypadku Carpentera i jego fascynacji kinem trzydzieści lat starszym – najwyżej oceniamy filmy naszego dzieciństwa, choćby były obiektywnie słabsze od współczesnych. „Ucieczka z Nowego Jorku” to science fiction, dystopia, western, kino akcji i komiks w jednym. I trzecia już produkcja z niezapomnianym motywem muzycznym samego reżysera.

We wszystkich dotychczasowych filmach Carpentera mieliśmy do czynienia z bohaterami uwięzionymi w ograniczonej przestrzeni i walczącymi bez chwili wytchnienia o przetrwanie. Nie mogą się zatrzymać, bo zginą pod naciskiem wrogo nastawionej i przyprawiającej o paranoiczną klaustrofobię rzeczywistości. Wnętrze ciasnego statku kosmicznego, posterunek policji, mieszkanie w wieżowcu, małe miasteczko spowite mgłą lub ciemnością oraz Manhattan otoczony murem. Przestrzenie różnią się wielkością, ale schemat jest zawsze ten sam.

W 1982 pojawia się film, w którym mamy do czynienia z wielowarstwowym zamknięciem bohaterów w napierającej na nich pułapce. Do kin wchodzi „Coś”.


[1] Cykl trzech spaghetti westernów Sergio Leone, w którego skład wchodzą: „Za garść dolarów” (1964), „Za kilka dolarów więcej” (1965) oraz „Dobry, zły i brzydki” (1966)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza