piątek, 10 marca 2017

Trainspotting

No to grzejemy

Irvine Welsh, Szkot z Edynburga, zadebiutował w 1993 roku powieścią opartą bardzo mocno na swoim własnym życiu, wspomnieniach z końca lat siedemdziesiątych, kiedy to heroina była „naturalnym elementem jego otoczenia” i sposobem na życie w Leith, jego rodzimej dzielnicy. Powieść napisana jest po angielsku, szkocku i miejscami twardą miejscową gwarą z Leith. Trainspotting okazał się potężnym uderzeniem, oskarżano go o szerzenie demoralizacji i zakłamywanie rzeczywistości, epatowanie obrzydliwymi scenografiami i przesadnie wulgarnym językiem, hołdowanie najniższym czytelniczym gustom.

Trainspotting został nominowany do nagrody Bookera jednak chwilę później usunięto go z listy nominowanych, ponieważ niektórzy recenzenci poczuli się obrażeni językiem, wydźwiękiem i „przesłaniem tej książki”, które odczytywano jako gloryfikację uzależnienia od narkotyków. A czym tak naprawdę ta powieść jest? Przede wszystkim zbiorem scenek rodzajowych z życia edynburskich dwudziestoparolatków - uliczników, którym zniknęły z radarów wszelkie cele życiowe. Każdy kolejny dzień to modlitwa o jak najszybsze nadejście nocy, która usunie w cień nudę, bezsens, brak perspektyw i jakiekolwiek przejawy planowania przyszłości dalszej niż kolejne dwie godziny. Młodzi mieszkańcy Leith przesiadują bezczynnie w barach, na ulicy, udają, że szukają pracy, żyją narkotykami, alkoholem, pornografią, imprezami i przemocą. 

Akcja powieści toczy się w połowie lat osiemdziesiątych, w czasach Margaret Thatcher i ekstremalnie liberalnej polityki gospodarczej. W Edynburgu zaroiło się od młodych ludzi, dla których nie było pracy, nie mieli oni przed sobą żadnych perspektyw. Był za to łatwy dostęp do heroiny, jako pokłosie edynburskiego dziewiętnastego wieku, kiedy to stolica Szkocji i jej opiatowe fabryki jaśniały na narkotykowej mapie Europy. Bohaterami powieści są reprezentanci szkockiej odmiany pokolenia X, przed którymi postawiono o wiele większe wymagania niż przed ich amerykańskimi czy nawet angielskimi rówieśnikami. To chłopaki, którzy spóźnili się na pociąg do Japiszonowa, choć tak po prawdzie w rzeczywistości zaprowadzono ich na zupełnie inny dworzec. Uciekają oni od egzystencji pełnej decyzji czekających na podjęcie, nie chcą wybierać życia, pracy, kariery, rodziny, nowego telewizora czy garnituru. Pytając: „dlaczego mielibyśmy w ogóle podejmować te wybory?” decydują nie decydować o niczym. Bez powodu. Po co powody, skoro jest heroina?


I to bardzo charakterystyczne tłumaczenie (pojawiające się w jednej z najlepszych scen późniejszej o trzy lata ekranizacji) jest kluczem do fabuły i jej odbioru. Życie nie oferuje nic. Wróć, życie oferuje piekło na ziemi - pojawiające się ciągłe potrzeby, których zaspokojenie nie niesie za sobą żadnej ulgi, tylko udrękę pojawiających się za nimi potrzeb kolejnych. I tu pojawia się heroina, która wprowadza jedyną i niepodważalną potrzebę – kolejny strzał w odszukane resztką sił, nieuszkodzone jeszcze miejsce w żyle. Wszystkie inne potrzeby znikają, w życiu poza heroinowym ciągiem nie znajdujemy nic co mogłoby konkurować z narkotykowym odlotem. Główny bohater powieści, Mark Renton, mówi: „Weź swój najlepszy orgazm jaki kiedykolwiek miałeś, pomnóż go przez tysiąc, a nadal nie będziesz nawet w pobliżu tego uczucia”.

Heroina staje się stylem życia, czymś w rodzaju porannej toalety. Nie bierzesz jej, aby podwyższyć jakość emocjonalną swego życia, aby wzbić się na wyżyny egzystencji. Bierzesz po to, aby utrzymać jakość życia na akceptowalnym poziomie, aby nie spaść w przepaść. Narkotyk jest całym światem, poza nim jest tylko uczucie beznadziei i nuda. Na prochach jesteś bardziej rzeczywisty, odarty ze złudzeń, martwisz się tylko o tym, aby przygrzać na czas. Nie istnieją żadne dylematy, pojawiają się one dopiero po odwyku. A hera odpowiada na wszystkie pytania, nawet na te, które dopiero zadasz. Co mówi Mark Renton, gdy przeczuwa, że stało się coś strasznego, gdy nagle trzeba zacząć działać i podjąć jakąś decyzję? „No to ja trochę zagrzeję…”

Irvine Welsh zapytany o to, dlaczego napisał Trainspotting powiedział: „Interesują mnie te momenty w życiu, kiedy wszystko trafia szlag. Kiedy ktoś coś poważnie spierdoli. Wszystkie złe decyzje, które podejmujesz, wszystkie te małe katastrofy. Na przykład: straciłeś pracę, wracasz do domu sfrustrowany i robisz awanturę swojej dziewczynie. I ona odchodzi. Mogłeś z nią pogadać, ale nie zrobiłeś tego. Teraz już nie masz ani pracy, ani dziewczyny. Mógłbyś zrobić coś mądrego, ale zamiast tego pójdziesz się napić. Ostro napić. Niech będzie, nachlałeś się elegancko – teraz możesz jeszcze wrócić do domu, odespać i przeżyć kaca. Ale nie, zamiast tego wciągniesz parę kresek koki. I za chwilę siedzisz w jakiejś okropnej norze, najebany, pijesz i walisz koks. W którymś momencie zaczynasz rozumieć, że coś jest poważnie nie tak. Możesz wstać, wyjść i wziąć się za siebie. Albo dorzucić do tej mieszanki trochę cracka. I zaraz jesteś w jeszcze gorszej norze, w otoczeniu jeszcze bardziej pojebanych ludzi. Szanse na to, że się otrząśniesz, są już naprawdę małe. Lubię sprawdzać, co robią moi bohaterowie w takich sytuacjach”.


Trainspotting to powieść wulgarna, napisana miejscami obrzydliwym językiem, śmierdząca wymiotami i moczem. Napisana prosto z serca człowieka, który siedział w tych samych barach co Czynsz, Chory, Żeber, Kartofel, Tommy i Dave, włóczył się po tych samych cuchnących melinach i spał w tym samym rynsztoku. Jednak ta obsceniczność i specyficzny język czynią obraz przegranego szkockiego pokolenia X obrazem szczerym i prawdziwym. Przynajmniej takim wydaje się on mnie, człowiekowi, któremu nie zdarzyło się w życiu być w Szkocji, a tym bardziej w zaćpanych dzielnicach Edynburga z lat osiemdziesiątych (jedyna dziwna rzecz jaką wtedy zażywałem to płyn Lugola po awanturze w Czarnobylu). Wiarygodność Welsha, którą porównuję nieodparcie z szczerością Ćpuna W. S. Burroughsa, ma fundamenty wzmocnione dodatkowo dialektem, konsekwentnie używanym przez większość bohaterów powieści. W tłumaczeniu Jędrzeja Polaka wyszło to cokolwiek średnio, gwara, którom mówiom chłopaki to jakaś dziwny slang, którego nijak nie można porównać na przykład do tego co zrobił Robert Stiller w Mechanicznej pomarańczy. Tylko, że ja się w ogóle Polakowi nie dziwię, Burgess wymyślił swój nadsat od podstaw, co dało swobodę Stillerowi. Welsh użył języka, który istnieje naprawdę, którym mieszkańcy Leith rzeczywiście się posługiwali. Próbka:

„…Ah start tae cook up another shot. As ah shakily haud the spoon over the candle, waitin for the junk tae dissolve, ah think; more short-term sea, more long-term poison. This thought though is naewhere near sufficient tae stop us fae what ah huv tae dae…

Jak to przetłumaczyć, żeby brzmiało wiarygodnie i nie straciło mocy jaką posiada w oryginale?

Mimo iż autor nie usprawiedliwia nikogo i pokazuje przemoc oraz zepsucie grupki rozrabiaków z Edynburga taką jaka ona jest a nawet lekko podkoloryzowaną, nie sposób nie odczuwać jakiejś sympatii do niektórych bohaterów. Przede wszystkim do Marka Rentona (w skrócie Rent, w polskiej wersji Czynsz albo Czynś – wiem, że wierne tłumaczenie, chociaż według mnie bez sensu). Czynsz jest świadomy swej moralnie chybotliwej pozycji, wraca i wychodzi cyklicznie z heroinowego ciągu, wiecznie uwięziony na łańcuchu trzymanym przez swoich zdemoralizowanych kolegów. Jest też Tommy, który nigdy nie ćpał a który wpadł w szpony nałogu z powodu zawodu miłosnego. Jest Chory, wyrachowany i zepsuty do szpiku kości, łamacz dziewczęcych serc i jest w końcu Żeber, diabeł wcielony, który ustanowił ekstremalną przemoc swą filozofią życiową. I cały kalejdoskop bohaterów pomniejszych, uzupełniających obraz codzienności dzielnicy, której herbem jest łyżeczka z brązowym proszkiem podgrzewana płomieniem zapalniczki.


Nie sposób już analizować i mówić o tej powieści, pomijając film w reżyserii Danny’ego Boyle’a z 1996 roku. Film znakomity, prawdziwie kultowy. Widziałem go po raz pierwszy w klasie maturalnej, krótko po polskiej premierze, prawie dwadzieścia lat temu. Rozłożył mnie na łopatki, głównie z powodu estetyki i delikatnie mówiąc niegrzecznych treści. A co widzę w nim teraz? Ekranizację, która zachowała ducha swego książkowego pierwowzoru wręcz idealnie, rewelacyjną ścieżkę dźwiękową i mistrzowskie role Ewana McGregora i Roberta Carlyle’a.  

Tytuł: Trainspotting
Tytuł oryginalny: Trainspotting
Autor: Irvine Welsh
Tłumaczenie: Jędrzej Polak
Wydawca: vis-a-vis/Etiuda
Data wydania: marzec 2017
Rok wydania oryginału: 1993
Liczba stron: 392
ISBN: 9788379981250

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz