Wykrzykniki kontra kropki
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Egmont wydał jak do tej pory dwanaście grubych tomów „The Amazing Spider-Man. Epic Collection” – od albumu 17 do 28. Obejmują one okres największej popularności człowieka-pająka – zaczęliśmy od roku 1987 i „Ostatnich łowów Kravena” i skończyliśmy (na razie) na początku roku 1995 i rozpędzającej się „Sadze klonów”. W oczekiwaniu na tomy 29 i 30 (już są zapowiedziane na przyszły rok w USA) cofnijmy się do roku 1969 i przeczytajmy tom piąty.
Postać Spider-Mana wymyślił Stan Lee na początku lat sześćdziesiątych. To wtedy wydawnictwo Atlas Comics przemianowane zostało ostatecznie na Marvel Comics, a Stan Lee wraz z kolegami wymyślali w zadymionych pomieszczeniach coraz to nowych superbohaterów. Odcinki „The Amazing Spider-Man” zawarte w omawianym dziś albumie wydane zostały między styczniem 1969 a czerwcem 1970 roku. Od debiutu „ścianołaza” minęło sześć lat. Steve Ditko zrezygnował z rysowania przygód Pająka a jego miejsce zajął John Romita (nazwany po około trzydziestu latach Seniorem w odróżnieniu od swego niezwykle popularnego syna, również Johna).
Zaczynamy jednak od rocznika z 1969 roku, czyli „The Amazing Spider-Man Annual” numer pięć. Peter Parker odkrywa niewygodną prawdę o swoich zmarłych rodzicach i udaje się do Algierii, aby oczyścić ich imię lub utwierdzić się w przekonaniu, że żył w wielkim kłamstwie przez długie lata. Jest to pierwsze nawiązanie do historii rodziców Petera Parkera od momentu jego debiutu w komiksach – wiemy po latach, że nie ostatnie. „Annual” zilustrowany został całkiem poprawnie przez Larry’ego Liebera i Marie Severin, czyli młodszego brata i największą przyjaciółkę Stana Lee.
Jednak to w regularnej serii „The Amazing Spider-Man” znajdziemy najfajniejsze odcinki. Fabuła większości z nich obraca się wokół zagadkowej, prastarej glinianej tabliczki, „starszej niż zwoje znad Morza Martwego”. Jest na niej zapisana jedna z największych tajemnic ludzkości – szkopuł w tym, że hieroglifami, które już chyba mało kto może odczytać. Nie powstrzymuje to jednak Kingpina, aby ukraść ją z muzeum w nowojorskim kampusie – o jej kradzież oskarżeni zostają protestujący studenci, a potem sam Spider-Man. Jesteśmy w czasach, kiedy „ścianołaz” (bardzo często pada to właśnie określenie w komiksie) jest poszukiwany przez nowojorską policję i uważany za zagrożenie dla społeczeństwa. Niemały udział w kreowaniu tej opinii ma Jonah Jameson, naczelny „Daily Bugle”. Spider-Man cały czas idzie tropem tabliczki, potykając się co chwila z takimi personami jak Shocker, Lizard czy wreszcie Silvio Manfredi alias Silvermane (patrz: Brendan Gleeson w najnowszym serialu Amazon Prime Video – „Spider-Noir”).
Gliniana tabliczka to się pojawia, to znika – a człowiek-pająk, zamiast zadbać o swoje życie osobiste, szuka guza. Spotyka na przykład Prowlera, czarnoskórego antybohatera-wynalazcę, walczącego o swoje prawa (kinomani już wiedzą, że to wujek Milesa Moralesa ze „Spider-Man Uniwersum”). Pojawia się Kameleon, Electro i jeszcze kilku innych i powraca Kingpin wraz ze swoją żoną Vanessą, a za nimi ciągnie się ich skrywana rodowa tajemnica. Wszystko to w bardzo prostym, krzykliwym anturażu autorstwa Stana Lee i jego wiernych rysowników. Jeśli chodzi o sferę graficzną serii to w tym czasie odpowiadało za nią dwóch grafików – wspomniany John Romita i John Buscema. Dwie prawdziwe legendy Marvela, rysujące w bardzo podobnym stylu – nawiązującym, rzecz jasna, do dokonań Steve’a Ditko z początków serii. To właśnie John Romita stworzył ostateczną postać Gwen Stacy, tę, która tak mocno wryła się w pamięć wszystkich fanów.
Życie prywatne Petera Parkera odbiegało nieco od tego, które pamiętamy z czasów TM-Semic. Nadal ledwo wiązał koniec z końcem i zarabiał marne grosze na zdjęciach Spider-Mana sprzedawanych „Daily Bugle”. Jego dziewczyną w tym okresie jest właśnie Gwen Stacy, córka George’a Stacy’ego, kapitana NYPD. Mary Jane Watson już jest, ale gdzieś na trzecim planie – imprezuje i randkuje z Harrym Osbornem. Sam Peter jest takim trochę matołkiem, bardzo dziecinnym i niedojrzałym dwudziestolatkiem, który najpierw działa, potem myśli i nigdy nie uczy się na błędach. Ale taki właśnie był Peter Parker lat sześćdziesiątych – infantylny, jak cała reszta uniwersum.
Stan Lee i tak już okiełznał swoją skłonność do słowotoku w stosunku do pierwszych numerów „The Amazing Spider-Man”. Pająk wypowiada wielkie monologi do czytelnika w trakcie każdej wykonywanej czynności, a trzecioosobowy narrator, który nawet nie udaje, że nie jest Stanem Lee omawia stany psychiczne poszczególnych postaci i wszystko to, co i tak widać na rysunku. W omawianym dziś albumie znajdziemy najgłupszy pomysł na superherosa w historii – patrz odcinek z Kangurem. Bohaterowie wykrzykują swoje emocje przed siebie, chociaż nikt ich nie słucha – komiks superbohaterski końca Srebrnej Ery ma bardzo dużo teatralnych, karykaturalnych cech. Taki jego urok, bierzesz to albo nie.
Przyjrzyjcie się dymkom w komiksie. Zdecydowana większość wypowiedzi kończy się wykrzyknikiem. Charakterystyczne jest to – nie wiem na ile celowe – że od odcinka osiemdziesiątego (ten z Kameleonem ze stycznia 1970 roku) zaczynają przeważać kropki. Tak jakby lata siedemdziesiąte miały być nową jakością, prawdziwą odmianą narracyjną i tematyczną. I tak trochę jest – koniec Srebrnej Ery przypada na początek tej właśnie dekady, a jej symbolicznym końcem jest pewien wstrząsający odcinek „The Amazing Spider-Man”, który znajdziemy w siódmym tomie „Epic Collection” (o ile Egmont go wyda). I choć przeciwnicy Spider-Mana to nadal śmieszni kreskówkowi złole (Kingpin nie jest ponurym biznesmenem, lecz cudacznym mastermindem z „Jamesa Bonda”; jego żona to jakaś wiedźma w stylu Fu Manchu; a Jaszczur to po prostu głupi, cały czas tak samo przedstawiany zwierzak) to znajdziemy w komiksach ze Spider-Manem z przełomu dekad już całkiem poważne zagadnienia. Nietolerancja, dyskryminacja, protesty studentów, walka Afroamerykanów o swoje prawa; rosnącą role kobiet w fabułach; elementy amerykańskiej kontrkultury czy wreszcie nieco kąśliwe nawiązania do trwającej wojny w Wietnamie.
Kończy się Srebrna Era. Rok 1973 jest umownym początkiem Ery Brązowej. Rok później zadebiutują Wolverine i Punisher. W kolejnym tomie „The Amazing Spider-Man. Epic Collection” (jeśli Egmont pójdzie dalej) nadal będziemy w okresie przejściowym, przeczytamy drugą połowę roku 1970 i cały 1971. Wykrzykniki nadal będą walczyć z kropkami. A ja bardzo chciałbym, aby Egmont wydał jednak cztery pierwsze tomy. Ja wiem, że to już w Polsce było w różnych kolekcjach (Hachette), ale mimo wszystko fajnie byłoby mieć komplet.
Tytuł: The Amazing Spider-Man. Epic Collection. Sekret kamiennej tablicy
Scenariusz: Stan Lee,
Rysunki: Larry Lieber, John Romita Sr., John Buscema, Marie Severin
Tłumaczenie: Marek Starosta
Tytuł oryginału: The Amazing Spider-Man. Epic Collection. The Secret Of The Petrified Tablet
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: czerwiec 2026
Liczba stron: 464
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 9788328175945







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz