wtorek, 27 stycznia 2026

Towarzysze zmierzchu

Na granicy światów


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Powiadają, że trwała sto lat. Nie różniła się niczym specjalnym od poprzedniej ani od tej, która nastąpiła po niej. Wojna spada na wieś jak grad lub dżuma – w najmniej spodziewanym momencie. Zazwyczaj, gdy kłosy są ciężkie, a dziewczyny piękne…”. Tak zaczyna się każdy z trzech odcinków „Towarzyszy zmierzchu”, historyczno-fantastycznego komiksu Françoisa Bourgeona

Bourgeona znamy przede wszystkim z „Pasażerów wiatru”, przygodowo-awanturniczej opowieści o dzielnych, rezolutnych kobietach stawiających czoła nie tylko bieżącym przeciwnościom losu, ale przede wszystkim historii. Pierwsze dwa cykle „Pasażerów…” powstały na początku lat osiemdziesiątych – w tym samym czasie Bourgeon rozpoczął tworzenie swego drugiego komiksu historycznego, czyli „Towarzyszy zmierzchu”.


„Pasażerowie wiatru” to opowieść o dość prostej konstrukcji formalnej, z narracją meandrującą co prawda między teraźniejszością a retrospekcjami, ale zdecydowanie standardową. Bourgeon położył w niej nacisk na wysoką wiarygodność historyczną – ilość faktów i danych zamieszczonych w komiksie imponuje i wymaga skupienia. „Towarzysze zmierzchu” to nieco inne podejście, również wymagające poświęcenia maksymalnej uwagi, choć z innego powodu. Polska edycja komiksu z roku 2018 zawiera wszystkie trzy części cyklu. Wydane w latach 1984-1990 były swego rodzaju konkurencją dla publikowanych w tym samym czasie „Wież Bois-Maury” Hermanna, choć z powodu dość istotnych różnic w samym pomyśle na komiks, trudno te dwie opowieści traktować jako swe wzajemne alternatywy.

Oto trójka wątpliwych moralnie bohaterów, żyjących gdzieś na terenie Francji XIV wieku. Mariotte, rozwiązła dziewczyna mieszkająca z oskarżaną o czary matką, gdzieś nieopodal małej wioski. Anicet, tchórzliwy chłopak, rówieśnik Mariotte, gnojek jakich mało. I wreszcie ciągle zamaskowany błędny rycerz bez imienia błąkający się po kraju zdjętym pożogą – prawdopodobnie były najemnik i zbrodniarz wojenny. Mariotte i Anicet jako jedyni przeżywają masakrę wioski urządzoną przez grupę wojskowych maruderów – dołączają pewnego dnia do tajemniczego rycerza, z którym ruszają w dalszą drogę. Celu żadnego nie mają – chcą tylko przeżyć. To jeden z najbardziej przewrotnych ruchów Bourgeona: narracja startuje z trzema bohaterami, którzy nie zasługują ani na podziw, ani na współczucie, a jednak im kibicujemy, bo w świecie stworzonym przez autora nie istnieją ludzie „dobrzy” — są tylko tacy, którym uda się jeszcze przez chwilę nie umrzeć. Moralność w „Towarzyszach zmierzchu” jest luksusem, na który nikt nie może sobie pozwolić.


Bourgeon nie skupia się tu już na realiach historycznych jak w „Pasażerach wiatru” – zaznacza tylko, że trwa Wojna Stuletnia i tyle. Poza tym akcja mogłaby z powodzeniem toczyć się w magicznych światach „Thorgala” i „Szninkla” Jeana Van Hamme’a i Grzegorza Rosińskiego. Pierwsze dwie części cyklu (obie o standardowej „europejskiej” około czterdziestostronicowej długości) są komiksami fantasy, przepełnionymi magiczną i oniryczną atmosferą. Bohaterowie trafiają do Lasu Mgieł, gdzie mieszkają dziwne małe stworki – jakieś gobliny czy inne chochliki jakby wyjęte prosto ze wspomnianego „Szninkla” lub filmowego „Ciemnego kryształu” Jima Hensona. Mamy tu bez wątpienia do czynienia z nawiązaniami do tak zwanego Małego Ludu, czyli „aes sidhe” ze staroirlandzkich podań – świat realny nieustannie miesza się z fantastycznym, celtyckie wierzenia i zabobony istnieją naprawdę a my poruszamy się ciągle po granicy między rzeczywistościami zbaczając co chwila na jedną lub drugą stronę. Trzecia część zawierająca tyle stron co dwie pierwsze jest najbardziej realistyczna. Nasi bohaterowie trafiają do zamku Montroy, gdzie znów czeka ich bardzo niebezpieczna przygoda – wcale nie pozbawiona pierwiastka fantastycznego, choć jest on zdecydowanie najmniejszy. 

Autor nie oszczędza czytelnika. Narracja „Towarzyszy zmierzchu” jest zdecydowanie trudniejsza i bardziej złożona niż „Pasażerów wiatru”, choć tak właściwie wrzuceni jesteśmy w całkowicie nierealny świat i nie musimy pamiętać całego mnóstwa dat, nazwisk i wydarzeń. Narracja omawianego dziś komiksu jest nieliniowa, wymagająca bardzo uważnego śledzenia – najtrudniejszy pod tym względem jest odcinek drugi. To tutaj, równolegle do głównej opowieści z czasów Wojny Stuletniej, toczy się historia starsza o tysiąc lat, w której celtycki druid i jego uczeń udają się w te same miejsca co Mariotte, Anicet i bezimienny rycerz, wchodząc z nimi w dziwaczną, bardzo symboliczną interakcję. Bourgeon nie podpowiada czytelnikowi, że właśnie zmienia plan czasowy – tego wszystkiego trzeba się domyślić, połączyć kropki, słowem – skupić się maksymalnie.


Nie zawsze jest to czytelne i uzasadnione – czasem Bourgeon przesadza. Ale o ile scenariuszowo zdarza mu się potknąć i wyczyniać akrobacje, które przede wszystkim sam chciałby oglądać, tak pod względem graficznym jest lepszy niż w „Pasażerach wiatru”. Podobnie jak w tamtym cyklu tak i teraz tworzył makiety, na podstawie których robił potem rysunki – najbardziej imponującą była ta odwzorowująca całkowicie fikcyjny zamek Montroy. Bourgeon rewelacyjnie rysuje zarówno sceny realistyczne jak i te baśniowe – na te drugie w poprzednim komiksie nie miał za bardzo szans. Kilka lat później rozpoczął swój trzeci znany i popularny cykl komiksowy – „Cyann” to już bardzo gatunkowe science fiction, trak samo godne uwagi jak omawiany dziś komiks. 




Tytuł: Towarzysze zmierzchu
Scenariusz: François Bourgeon
Rysunki: François Bourgeon
Tłumaczenie: Maria Mosiewicz
Tytuł oryginału: Les Compagnons de Crepuscule
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Casterman
Data wydania: kwiecień 2018
Liczba stron: 228
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 210 x 290
Wydanie: I
ISBN: 9788323724544

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz