niedziela, 21 października 2018

Szninkiel

Zasady marketingu teologicznego



Artykuł powstał przy współpracy z portalem Esensja i został tam pierwotnie zamieszczony.

Grzegorz Rosiński jest twórcą, który bez wątpienia zasłużył sobie na epitet „legendarny”. Kryje się za tym pewien paradoks, o którym wspomina w jednym z udzielonych wywiadów. Otóż „legendą” staje się zazwyczaj wbrew swojej woli i wbrew swojej wiedzy. Im bardziej ucieka się od tego epitetu, tym bardziej on lgnie do człowieka. Rosiński nie chciał stać się legendą, podobnie jak bohater jednego z najważniejszych komiksów w dorobku autora – Szninkiel J’On.

W połowie lat osiemdziesiątych, Grzegorz Rosiński, narysowawszy już dziesięć „Thorgali” i mający za sobą debiutancki album o „Yansie” zapragnął jakiejś odmiany, czegoś co wyrazi w jakiś sposób jego samego. Miała to być kolejna seria opowiadająca całkowicie fikcyjną historię, umiejscowioną w jakiejś fantastycznej krainie, podobnej nieco do Śródziemia J.R.R. Tolkiena, nie zaangażowaną w żadne „słuszne sprawy i ideologie” oraz nie „opartą na faktach”. Złożył propozycję Jeanowi Van Hamme’owi i zaznaczył, że fajnie byłoby poeksperymentować z czernią i bielą, zrobić komiks celowo nie pokolorowany. Dodatkowo, scenariusz miał odzwierciedlać pewne poglądy na świat obydwu twórców (całkiem zbieżne, jak się okazuje), prezentować historię fantastyczną, ale pozbawioną magii tak bardzo jak się tylko da i w miarę możliwości bez bogów wyskakujących z maszyn. Innymi słowy, miała to być zamknięta całość, krótka historia z dobrze przemyślanym i jasno wyłożonym konceptem.

I tak, od października 1986 do lipca 1987, w francusko-belgijskim magazynie komiksowym „À Suivre” wyszło dziesięć odcinków opowieści „Le Grand Pouvoir du Chninkel”. Wydawnictwo Casterman, do którego należał magazyn, wydaje w 1988 roku wszystkie odcinki w zbiorczym albumie, który bardzo szybko trafia do Polski. Jeszcze w tym samym roku Orbita wydaje „Szninkiela”, komiks, który po latach stał się rzeczoną legendą. W 2001 roku wychodzi we Francji edycja trzytomowa, pokolorowana przez Grażynę Kasprzak, żonę innego znanego polskiego rysownika (Zbigniew Kasprzak był drugim, po Rosińskim, ilustratorem „Yansa”). Stało to trochę w sprzeczności z pierwotną ideą Rosińskiego, ale jak widać, niezbadane są wyroki wydawców. „Graza” wykonała świetną robotę, a polscy czytelnicy otrzymali trzytomową wersję znów bardzo szybko, zaraz po ukazaniu się jej we Francji – tym razem nakładem Egmontu. I wreszcie w styczniu 2010 roku, w „Kolekcji komiksów Grzegorza Rosińskiego” pojawia się ekskluzywne wznowienie zbiorczego wydania w czerni i bieli.


Tytułowy Szninkiel to mały, hobbitopodobny stworek, reprezentant zniewolonej rasy z planety Daar, nad którą krążą dwa słońca. Świat ten od niepamiętnych czasów pogrążony jest w nieustającej i okrutnej wojnie pomiędzy trzema nieśmiertelnymi tyranami. Jednym z nich jest Barr-Find Czarna Ręka i jego ciężkozbrojne armie, złożone z bestii jadących na plujących ogniem womochach. Druga jest Zembria - władczyni bezlitosnych jednookich amazonek. I w końcu Jargot Pachnący, dowodzący łucznikami latającymi na dziwnych mięsożernych roślinach i włochatymi małpoludami, obdarzonymi nadludzką siłą. Nad Daarem cyklicznie rozlega się szczęk broni, wrzask mordowanych, chrzęst łamanych kości, płyną rzeki krwi oraz czuć zapach przerażenia, rozkładu i spalenizny. Szninkiele-niewolnicy giną masowo, pozostając zawsze na pierwszej linii w oddziałach Barr-Finda. Ale po jednej z bitew, spod ciała martwego womocha wydostaje się J’On, przedstawiciel tej małej rasy, który siedząc na parującym jeszcze od krwi polu bitwy uświadomił sobie, że odzyskał wolność. Tylko co z tego, skoro gdziekolwiek się uda, czeka go znowu niewola i cierpienie?

I wtedy dochodzi do epifanii. J’On widzi zawieszony przed nim czarny monolit, nieodparcie przywodzący na myśl ten z „Odysei kosmicznej 2001” Stanleya Kubricka. Potężny głos przedstawia się jako Władca Stworzyciel Światów i zapowiada zagładę Daaru w morzu ognia, jeśli w ciągu pięciu obrotów słońc nie zapanuje pokój. A pokój ów możliwy jest tylko w przypadku sojuszu trzech nieśmiertelnych – J’On jest Wybrańcem, który musi doprowadzić do takiego rozejmu. Pomóc mu powinna tajemnicza Wielka Moc, którą rzekomo obdarzył go Stworzyciel. Takie zadanie jest bardzo nie na rękę małemu szninkielowi, który marzy tylko o spokojnym i bezpiecznym życiu.


Tak zaczyna się wielka wyprawa J’Ona ku przeznaczeniu, którego wcale nie chce. Zaprzyjaźnia się po drodze z małpoludem, który uciekł z niewoli Jargota; uwalnia G’Wel, reprezentantkę swego gatunku, z rąk okrutnych krasnoludów, nazywanych tu Koldami; trafia do ostatniej osady wolnych szninkieli, która jednak w strachu przed zemstą trzech tyranów wypędza go na pustynię i w końcu namówiony przez swoich „apostołów” rusza wraz z G’Wel do tajemniczego miejsca zwanego „Pamięcią świata”, aby uzyskać poradę i zrozumieć swoje zadanie.

J’On staje się mesjaszem nowej religii zupełnie wbrew swojej woli. Jest całkiem przeciętnym szninkielem-everymanem, pragnącym ciszy i spokoju – a nade wszystko pożądającym G’Wel. O tak, libido J’On ma gigantyczne. Jest szaraczkiem nie lubiącym się wychylać i nie potrafiącym w żaden sposób wydostać się z narzuconej roli. Świadomy tego, że nie posiada żadnej supermocy trwa w kłamstwie, poddając się fali oczekiwań, która niesie go już potężną siłą inercji ku niechcianemu przeznaczeniu. J’On wie, że będzie Wybrańcem dopiero wtedy, gdy dokona tego, czego Wybraniec dokonać powinien. A jeśli się nie uda, to okaże się, że był fałszywym mesjaszem. Tylko, że w rzeczywistości sprawa nie jest tak prosta. Od kiedy padło hasło „Wybraniec” J’On po prostu nim jest, niezależnie od tego czy potrafi wykonać zadanie Stworzyciela czy nie – to jest już zupełnie nieważne. J’On nie należy już do siebie, tylko do swojego ludu i wszystko to, co się z nim dzieje, nie zależy już od niego. Tak właśnie rodzi się religia, nawet jeśli jej mesjasz jest niedoskonały. Lub fałszywy.


Nawiązania do Nowego Testamentu są wyraźnie widoczne. J’On jest mesjaszem; ma swoich apostołów, z których jeden okaże się przekupionym zdrajcą; jedna ze scen jest bezdyskusyjnie odpowiednikiem ostatniej wieczerzy; są niewierni Tomasze; uzdrowienia; chodzenie po wodzie; wewnętrzna walka samotnego mesjasza na pustyni; sąd nad J’Onem przeprowadzony przez jego pobratymców „uczonych w piśmie”; droga na odpowiednik Golgoty; ukrzyżowanie; przebity bok i głośna inwokacja o „mocy wybaczenia w imieniu Stworzyciela Światów”. Czy zatem ta trawestacja Męki Chrystusowej i poświęcenie J’Ona może wskazywać na to, że był jednak mimo wszystko prawdziwym Wybrańcem, a przepowiednia się sprawdziła? Musimy najpierw zastanowić się kim lub czym jest „Bóg”, który objawił się szninkielowi.

Daar jest prawdziwym piekłem. Zło jest wszechobecne, terror jest jedynym sposobem rozmowy władców z ludem a szczęściem jest chwilowa ulga w nieustannym cierpieniu. Teodycea w tak stanowionym świecie nie ma racji bytu, a teza Gottfrieda Leibniza, że „żyjemy w najlepszym z możliwych światów”, wzbudziłaby na Daarze tylko pusty śmiech. Gnostycy twierdzili, że wszelkie zło na świecie jest wynikiem niedoskonałości stworzenia. Ułomny Bóg-Demiurg, sam będąc dalekim od ideału, stworzył świat ograniczony i upośledzony. Prawdziwy Bóg, którego cząstkę nosi w sobie każdy człowiek, jest tak zwanym „Bogiem ukrytym” a poznać prawdę o Nim można tylko na drodze pozarozumowego oświecenia. Czy zatem byt objawiający się pod postacią czarnego monolitu jest takim właśnie gnostycznym Demiurgiem? Czy możemy dotrzeć do Prawdy, wyrwać się z okrutnej materii i dołączyć do Boga? Niestety, świat „Szninkiela” rozwiewa te nadzieje. W przedmowie do pierwszej z trzech części „kolorowej” edycji Egmontu, Ksenia Chamerska przytacza słowa samego Jeana Van Hamme’a: „Bóg stworzył mnóstwo światów i każdy z nich tak samo sobie podporządkował. Prymitywne ludy wielbią Boga, ale on sprawia, aby wyznawcy się od niego odwrócili. Następnie ich karze, zsyłając potop i inne katastrofy (…). Pozwala zamartwiać się kilku pokoleniom i podpowiada, że do odkupienia grzechów potrzebny jest Zbawiciel. Wraz z nadejściem Zbawiciela odradza się wiara w Boga, ale i strach przed następną karą, który obcy był prymitywnej wierze. Oto pokrótce mój pomysł marketingu teologicznego”.


Zły Demiurg jest tu jedynym i ostatecznym Bogiem. Stworzyciel Światów, jest po prostu podłym okrutnikiem, który niczym dziecko bawi się i eksperymentuje kolejnymi powołanymi do życia światami. I to on jest instancją ostateczną, nic więcej się za nim nie kryje, nie ma żadnej gnostycznej pleromy, czyli miejsca gdzie mogą dotrzeć ludzkie dusze, które po oświeceniu zostają wyzwolone z piekła materii. Co więcej, Stworzyciel jawi się on tutaj jako główne źródło zła we wszechświecie, takiego przez wielkie Z. I idąc dalej tym tropem – skoro ludzie niewinni są bluźnierstwa i bałwochwalstwa a grzech jest w nas wmuszany jako kaprys Boga, który tak naprawdę jest Szatanem, to czy możemy przyjąć założenie, że wszelkie zło pochodzi spoza człowieka? Że jesteśmy do niego niezdolni? Stworzyciel Świata zmusił niewinną istotę do ofiary z samej siebie, która okazała się całkowicie bezcelowa. Zrobił to, ot tak, dla zabawy, bo zwyczajnie mógł. Nie dotrzymał słowa danemu J’Onowi, który zamiast bohaterem stał się kozłem ofiarnym i oddał życie na próżno. I jak czytamy w wielce przygnębiającym zakończeniu zwyczajnie zapomniał o swoich „dzieciach”, porzucił je i zostawił same ze stworzonym przez siebie złem, powodując, że ten świat nie ma przyszłości.

Interpretacja „biblijna” (a właściwie anty-biblijna) jest najprostszym sposobem odczytu „Szninkiela” bo zasugerowanym przez samych twórców. Komiks ten jest jednak na tyle bogaty i niejednoznaczny, że możemy zadać sobie na jego temat kilka dodatkowych pytań, które, nawet jeśli kierują nas gdzie indziej, niż chcieli Van Hamme i Rosiński, wcale nie muszą prowadzić na manowce. Czy aby na pewno „Szninkiel” jest komiksem antyreligijnym? Czy Stworzyciel Świata powinien być tu odbierany dosłownie jako Bóg, czy może jako pewien symbol ludzkiej skłonności do zrzucania odpowiedzialności za zło na kogoś innego? Może w takim układzie Stworzyciel i J’On pełnią tę samą rolę? Czy Bóg i Szatan to to samo? A co, gdyby przyjąć założenie, że monolit ze „Szninkiela” to dokładnie ten sam byt, który pojawia się w „Odysei kosmicznej 2001”? Co, jeśli film zaczyna się tam, gdzie kończy „Szninkiel”? Jaką wymowę przyjęłoby wtedy dzieło Kubricka? A potem przeczytajmy „Zwycięzcę” Jerzego Żuławskiego, drugą część jego Trylogii Księżycowej i porównajmy z komiksem – możemy dojść do naprawdę ciekawych wniosków.


Rysunki Grzegorza Rosińskiego, niezależnie od tego, czy pokolorowane przez Grazę czy nie, są niesamowite. Cały ten biblijny klimat nabiera groteskowego zabarwienia, czuć pewien czarny humor, po którym w ogóle nie robi się wesoło. Jeśli założyć, że wizja Van Hamme’a i Rosińskiego jest prawdziwa, znika wszelka nadzieja. A ona jest ostatnia – po niej nie ma już nic.

Tytuł: Szninkiel
Scenariusz: Jean Van Hamme
Rysunki: Grzegorz Rosiński
Tłumaczenie: Ksenia Chamerska
Tytuł oryginału: Le Grand Pouvoir du Chninkel
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Casterman
Data wydania: maj 2013
Liczba stron: 192
Oprawa: twarda Papier:
kredowy Format: 175 x 265
Wydanie: I
ISBN: 9788323736134

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz