niedziela, 16 września 2018

Conan i pradawni bogowie

Na Croma!

„Conan i pradawni bogowie” to pierwszy z trzech tomów opowiadań o najpopularniejszym herosie spod znaku magii i miecza w historii. Zebrane w nim teksty ułożone zostały w takiej kolejności w jakiej pisał je Robert E.Howard, czyli całkowicie nie zgodnej z chronologią wydarzeń z życia Conana. Sam autor zresztą porównywał siebie do kronikarza, który spisuje wspomnienia starego, legendarnego wojownika, przypominającego sobie w swobodnej rozmowie co lepsze fragmenty własnego życia. I tak, pierwszym opowiadaniem o Conanie jest historia z okresu, gdy jest już królem Aquilonii, kiedy to po wielu latach awantur, grabieży, konfrontacji z największymi kanaliami i potworami Ery Hyboryjskiej, zasiadł na tronie obcego królestwa i zaprowadził nim pokój.

„Feniks na mieczu” otwierający zbiór Rebisu jest przepisanym na nowo opowiadaniem „Tym toporem władam!”, gdzie to Kull, filozofujący banita z Atlantydy był głównym bohaterem. Opowiadanie napisane w 1929 roku, nie zostało wtedy przyjęte do druku, więc Howard postanowił przenieść akcję o (bagatela) kilkadziesiąt tysięcy lat w przyszłość, zmienić bohatera, dopisać nowe fragmenty i pod nowym tytułem spróbować szczęścia po raz drugi. W grudniu 1932 roku, w popularnym, pulpowym wydawnictwie „Weird Tales” pojawia się po raz pierwszy Conan, najbardziej znany i lubiany bohater Roberta E. Howarda. Era Thuriańska już dawno minęła, Wielki Kataklizm pogrążył w odmętach oceanu Atlantydę i Lemurię a prastara cywilizacja znana z opowiadań o Kullu cofnęła się w rozwoju do epoki kamienia łupanego. Robert E. Howard w eseju „Era Hyboryjska”, który znajdziemy pod koniec omawianego zbioru, wykłada swą fantastyczną historię dziejów i dokładnie tłumaczy jak na ruinach przedpotopowej cywilizacji wyrosły takie narody jak Stygijczycy, Aquilończycy, Cimmeryjczycy, Shemici, Brythuńczycy, Hyperporejczycy, Hyrkańczycy i wiele innych, o których czytamy w opowiadaniach o Conanie. Jesteśmy w czasach odległych o mniej więcej dwanaście tysięcy lat przed naszą erą, cywilizacja kwitnie – zupełnie wbrew wszystkim naukom, jakie wynieśliśmy ze szkół. To jest jednak zupełnie nieważne – literatura Howarda sprawdza się jako idealny eskapizm, urzeczywistnienie chłopięcego marzenia o wejście w buty niezniszczalnego, nie całkiem świętego lecz zawsze honorowego, bohatera. Conana.

Kim jest Conan? Poznajemy go jako władcę największego z hyboryjskich królestw. Możni tego kraju nadal widzą tylko barbarzyńcę, który odsunął ich siłą od koryta, gdzie niczym wielkie świnie żarły bez ustanku. Tak też mówi o nich sam Conan, który wspomina iż przed jego rewoltą krajem wstrząsały ciągłe wojny domowe a biedni ludzie cierpieli pod butem i batem obmierzłych prześladowców. Robert E. Howard kreśli wielkie cywilizacje Ery Hyboryjskiej zawsze tak samo – ludzie „cywilizowani” to okrutni despoci i ciemiężyciele. Autor stoi twardo po stronie barbarzyńców, owa „barbaria” to naturalny stan ludzkości, podczas gdy „cywilizacja” to sztuczne kiełznanie owego stanu w jakieś nienaturalne ramy. Sam Conan potrafi być równie bezwzględny i okrutny, lecz nigdy z powodu niesłusznych pobudek. Conan ma honor.


Postać Conana poznajemy w trakcie różnych etapów jego życia. Howard-kronikarz skacze do jego wczesnej młodości, kiedy był bardzo naiwnym i romantycznym poszukiwaczem przygód, do czasów gdy pływa po wielkich morzach jako król piratów a jego statki znaczą wody krwawym szkarłatem, gdy los rzuca go z jednej grupy najemników do drugiej, niezmiennie zdradzany przez swych mocodawców lub sam ich zdradzający z honorowych pobudek. Zawsze jednak jest to heros, prawdziwy superman – jego ciało to stalowe mięśnie, wznoszące się niby górskie łańcuchy, kocia sprężystość, zbrązowiałe od pustynnego słońca członki. Jego refleks i szybkość powodują, że porusza się z oślepiającą szybkością a jego postać rozmazuje się w oczach obserwatora. Jego charyzma sprawia, że gdy staje on naprzeciwko ludzi cywilizacji, ich blichtr jawi się jako sztuczny i fasadowy. Jego zdolności dowódcze są nie do przecenienia, on zawsze idzie na przedzie, reszta za nim. Jego „Na Croma!” rozsadza bębenki w uszach człowieka nieprzygotowanego na emanację barbarzyńskiej siły.

„Jego mięśnie stwardniały, a refleks wyostrzył się przez ciężkie życie toczone na pustkowiach świata. Był szybki do śmiechu i szybki też, ale i straszny w gniewie. Był urodzonym obżartuchem, a mocny napitek był jego pasją i słabością. Pod wieloma względami naiwny jak dziecko, nieobeznany z wyrafinowaniem cywilizacji, posiadał wrodzoną inteligencję, zazdrośnie strzegł swych praw, a groźny bywał jak zgłodniały tygrys. Młody w latach, stwardniał od wojennego rzemiosła i przez wędrówki, a jego pobyt w rozlicznych krainach widać było wyraźnie po tym, jak się nosił”

Jak każdy prawdziwy barbarzyńca jest źródłem nie tylko niepohamowanej męskiej siły ale i chuci oraz żądzy. A Conan spotyka tylko piękne, „gibkie”, zwiewne, złotouste i złotowłose kobiety o nieodmiennie białej niczym śnieg skórze. Yasmela, Olivia, Sancha, Natala, Thalis, Livia i w końcu Belit – one wszystkie powodują, że „krew dudni w skroniach Conana”. Conan może i nie jest szarmancki i skórę ma grubszą niż nosorożec – nigdy jednak nie opuści swej towarzyszki w potrzebie. Barbarzyńskie poczucie honoru i obowiązku jest zbyt silne.


Żaden żywy przeciwnik nie budzi lęku w Conanie, nie ma znaczenia jak wielkich i jak wielu ma przed sobą – pod warunkiem, że krwawią. Czego innego się boi. W Cimmeryjczyku drzemią wszystkie zabobonne lęki barbarzyńców, nietknięte przez logikę cywilizacji. Spotkany w mrocznych podziemiach osiemdziesięciostopowy wąż z „Szkarłatnej cytadeli” jest straszny, ale Conan czuje z nim jakieś dziwne pokrewieństwo – wszak zrodziła ich ta sama Natura. Dopiero nadnaturalny pierwiastek, magia i przyzywane za jej pomocą demony jeżą mu włosy na głowie. Niosą one bowiem zagrożenie dla ciała i umysłu. „Istnieją mroczne światy, w które ludzie wierzą z rzadka, gdzie przechadzają się bezkształtne potwory, demony, jakie można ściągnąć z Zewnętrznych Pustkowi i nadać im cielesną formę, by rozszarpywały i pożerały na polecenie złych magów”. Conan spotyka na swej drodze strasznych czarowników jak Thoth-Amon z „Feniksa na mieczu”, Thugra-Khotan z „Czarnego kolosa” czy Yara z „Wieży słonia”. On sam lub jego towarzysze mają wizje z „drugiej strony” – może to być na poły wyimaginowana kobieta za którą, niczym u Artura Machena, podąża po śnieżnych pustkowiach w „Córce mroźnego olbrzyma”, wizje zagłady cywilizacji w odległej przeszłości w „Królowej Czarnego Wybrzeża” lub sceny mrocznych rytuałów ze „Stalowych cieni pod księżycem”. Dociera do starych, zapomnianych przez czas i cywilizację lokacji, z których najdziwniejszą i najbardziej przerażającą wydaje się ta z opowiadania „Xuthal o zmroku”.

I wreszcie potwory i demony. Wielkie humanoidalne nietoperze, skrzydlate małpoludy, wilkołak, gigantyczne węże, żywe posągi, trzymetrowi czarni nie-negroidzi, dziwaczne konary odrosłe od głównego pnia ewolucji i wreszcie istoty porównywane do bogów – czarne kłębiące się masy cielska, lub półmaterialnej substancji z płonącymi na żółto oczami, z których najbardziej przerażający i niszczycielski jest Khosatral Khel z „Diabła w stali” – czyste zło i ciemność, przybyłe z najodleglejszych przestrzeni kosmosu, przyoblekające materię niczym ubranie. Cywilizowany człowiek skonfrontowany z tego rodzaju abominacjami i odstępstwami już nie tylko od praw natury, lecz i reguł, którymi kieruje się zdrowy rozsądek, uznałby, że oszalał lub podejmowałby próby racjonalizacji swych doznań. Ale Conan bierze wszystko takim, jakie jest. Na serio, bez uciekania od prawdy, bez ukształtowanego przez cywilizację systemu wyparć. Nasuwa się w takim razie pytanie – czy jest mu przez to łatwiej? 


Nie możemy nie wspomnieć w tym miejscu o korespondencyjnym znajomym Roberta E. Howarda, o jego swego rodzaju mentorze literackim. Skojarzenia z twórczością Howarda Philipsa Lovecrafta nasuwają się co krok. Starożytne, emanujące historią zapomnianych epok, budowle w dzikich ostępach; rasy rozwinięte już w erach, gdy ludzie byli tylko niewyraźnym odgłosem bulgoczącego, tasującego geny szlamu; czy Bóg-Słoń, reprezentant przedwiecznych istot podróżujących przez kosmiczne otchłanie w poszukiwaniu lepszego domu. Conan jest jednak bohaterem zupełnie innym niż ci kreowani przez Lovecrafta, inaczej się zachowuje w zetknięciu z nieznanym. Jest oczywiście paraliżująca groza – nie ma jednak dystansu poznawczego i tej sprowadzającej obłęd ciekawości badacza. Jest krótka piłka – stalowe mięśnie, prędkość tygrysa, instynktowna obrona, cios miecza i natychmiastowa ucieczka. Dobór naturalny działa perfekcyjnie, geny Conana przetrwają. Wszystkie demony padają po konfrontacji ze żelazem a w tle chwieją się królestwa.

Filozofia życiowa Cymmeryjczyka jest prosta: Nie szukam odpowiedzi na pytanie, co będzie po śmierci. Może to ciemność głoszona przez nemedyjskich sceptyków, królestwo Croma z lodu i chmur, a może śnieżne równiny i sklepione sale Valhalli Nordheimczyków. Nie wiem i nie dbam o to. Daj mi żyć pełnią, póki żyję; niech posmakuję obfitych soków czerwonego mięsa i cierpkiego wina na mym podniebieniu, gorącego uścisku bielutkich ramion, szalonego uniesienia bitwy, kiedy ostrza płoną błękitem i spływają czerwienią, a będę zadowolony. Niech nauczyciele, kapłani i filozofowie łamią sobie głowy nad problemem realności i ułudy. Ja wiem tylko, że jeśli życie jest ułudą, to ja sam jestem nią nie mniej, a w ten sposób ułuda staje się dla mnie rzeczywistością. Żyję, promieniuję życiem, kochani, zabijam i jestem zadowolony.

„Conan i pradawni bogowie” to prosta, bardzo charakterystyczna, może i nieco powtarzalna fabularnie, lektura. Kolejne dwa tomy nie są inne. Ja też potrzebuję czasem eskapizmu i tej nieokiełznanej czytelniczej radochy – będzie jeszcze czytane, na Croma!


Tytuł: Conan i pradawni bogowie
Tytuł oryginalny: The Coming of Conan the Cimmerian
Autor: Robert E. Howard
Tłumaczenie: Tomasz Nowak
Wydawca: Rebis
Data wydania: grudzień 2011
Rok wydania oryginału: 2002
Liczba stron: 656
ISBN: 9788375108187

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza