sobota, 12 listopada 2016

Na fali szoku


Pre-cyberpunk w oparach sociology-fiction

Na fali szoku Johna Brunnera to druga książka tego autora w MAG-owych Artefaktach i, podobnie jak Wszyscy na Zanzibarze, stanowi zdecydowaną czołówkę serii. Książka, późniejsza od swojego słynnego poprzednika, dzielnie próbuje sprostać niełatwemu zadaniu dotrzymania mu kroku. I mimo, że w ostatecznym rozrachunku stawiam ją nieco niżej - to w jednym aspekcie ta powieść wygrywa. Jest prawdziwie wizjonerskim i trafnym podejściem do zadanego sobie tematu - rozwoju internetu, transferu danych i prawdopodobnego wpływu tego zagadnienia na socjologiczny rozwój społeczeństw.

Stany Zjednoczone, XXI wiek, świat po katastrofie naturalnej, która przyczyniła się do rozwarstwienia społeczeństwa w zakresie dostępu do nowoczesnych technologii i informacji. Dystopijna wizja narodu, opresyjnie rządzonego i ściśle kontrolowanego przez rząd, który tak naprawdę jest opanowany przez coś w rodzaju przestępczości zorganizowanej. Świat po eksplozji informacyjnej, gdzie dynamika przyrostu danych jest niewspółmiernie wysoka w stosunku do możliwości ich przyswojenia przez ludzi.  Świat  podzielony, podobnie jak w Zamieci Neala Stephensona, na małe społeczności działające na zasadzie autonomicznych komun czy sekt, świadomie rezygnujących z wyścigu informacyjnego oraz na jednostki wręcz ogarnięte chorobliwą obsesją posiadania coraz większej ilości danych.


Główny bohater to haker (o ile hakerem można nazwać dziwaka o niemal sawantycznych zdolnościach pozyskiwania i modyfikowania informacji w globalnej sieci informatycznej za pomocą tonowego wybierania numerów w telefonie), uciekinier z tajnego laboratorium rządowego, służącego do przeprowadzania eksperymentów na szczególnie inteligentnych jednostkach. Celem eksperymentów jest stworzenie kasty super-inteligentnych ludzi, mających w przyszłości stanowić elitę intelektualną kraju, która ma rządzić, bronić, stymulować wzrost gospodarczy ale i dążyć do utrzymania własnego ciągłego rozwoju. Szczytny cel, prawda? Tylko dlaczego czujemy, że coś tu jest nie tak?

John Brunner ostrzega nas wyraźnie przed obraniem takiej drogi rozwoju, którą opisuje w książce. Wyścig zbrojeń XX wieku wydaje się niczym w porównaniu z wyścigiem mózgów XXI wieku. Ludzkość, w obliczu ataku gigantycznej informacyjnej fali uderzeniowej, zaczyna funkcjonować jak jednolita masa, pozbawiona z czasem jednostek wybitnych, wyróżniających się (tytułowych jeźdźców). Nie mogą one najzwyczajniej w takim świecie zaznaczyć swojego indywidualnego rysu, stają się numerami w rządowej bazie danych, zbiorem bitów, które nie są już człowiekiem. Totalna dehumanizacja następuje we wspomnianym rządowym ośrodku badawczym, gdzie super-inteligentnych osobników próbuje się wykorzystywać jako narzędzia. Problem polega na tym, że w sumie można dać pawianowi odbezpieczony rewolwer - tylko czy aby na pewno jest to dobry pomysł?

Brunner kreuje świat ponury i nieludzki. Zło jednak nie tkwi w samym fakcie rozwoju technologicznego i intelektualnego ludzi, zło nie tkwi w coraz większej liczbie informacji. Zło tkwi w samych ludziach i ich tendencji do zapominania o tym, że to człowieczeństwo i godność pojedynczej ludzkiej istoty powinny być najważniejsze. Mocno humanistyczne podejście, zabarwione krytyką korporacyjnej wizji świata, której spełnianie można praktycznie cały czas obserwować we współczesnym nam świecie. 

Czy to wystarczy, aby nazwać Brunner wizjonerem? Oczywiście, ale jeśli komu byłoby mało, mamy jeszcze jeden ku temu argument. Jeśli William Gibson jest ojcem cyberpunka, to John Brunner musi być jego dziadkiem. Zresztą, dziadek cyberpunka to jest mało powiedziane, według mnie Brunner bardzo mocno trafił w niektóre trendy i elementy rozwoju informatycznego i społecznego, które obserwujemy w dzisiejszym świecie. Globalna sieć informatyczna; wirusy komputerowe, które autor opiera na pomyśle tasiemca pasożytującego na danych rządowych i dokładających ich fragmenty do własnej struktury; ataki hakerskie na rządowe bazy danych w celu opublikowania kompromitujących informacji; głosowanie za pomocą internetu; metoda delficka jako sposób przewidywania prawdopodobieństwa zajścia pewnych zdarzeń; coraz większa inwigilacja osobistych upodobań, gustów, sposobu życia poprzez jawność danych osobowych i operowanie nimi przez różne instytucje oraz ostatecznie tzw. "podłączeniowy styl życia", polegający na życiu w skrajnie mobilny sposób przy jednoczesnym byciu on-line 24/7.

Forma książki jest bardzo podobna do majstersztyku otwierającego Artefakty. Narracja prowadzona jest dwutorowo - na jednym planie mamy głównego bohatera przesłuchiwanego w tajnym obiekcie rządowym, na drugim mamy jego wspomnienia wypływające w trakcie przesłuchania. Do tego występują już znane nam wcześniej wstawki z dokumentów, gazet czy wiadomości. Taka patchworkowa struktura wymaga skupienia i uwagi, plany narracyjne zmieniają się dość szybko i często czytelnik rzucany jest na głęboką wodę.

MAG zapowiedział już kolejną książkę Brunnera. Ja już na nią niecierpliwie czekam, John Brunner pisze fantastykę dość trudną i wymagającą, ale zdecydowanie wartą poświęconego czasu.

Recenzja zamieszczona pierwotnie na Szortal

Tytuł: Na Fali Szoku
Tytuł oryginału: The Shockwave Rider
Autor: John Brunner
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawca: MAG
Seria: Artefakty
Data premiery: wrzesień 2015
Liczba stron: 288
ISBN: 9788374805582

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz