wtorek, 7 kwietnia 2020

Green Lantern. Najczarniejsza noc.

Przez pryzmat emocji

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Polecieliśmy niedawno w kosmos Marvela przy okazji „Strażników galaktyki”. Teraz udamy się w kosmos Detective Comics. „Najczarniejsza noc” jest chyba najważniejszym crossoverem poprzedzającym „Flashpoint. Punkt krytyczny” i restart całego uniwersum DC w 2011 roku. I jest to pierwszy komiks w cyklu „DC Deluxe”, który skupia się na jednym z najważniejszych obszarów uniwersum – wątku Green Lantern, obrońców wszechświata.

Korpus Zielonych Latarni to międzygwiezdni strażnicy – nie tylko galaktyki, lecz całego kosmosu. Ich historia sięga miliardów lat wstecz, kiedy to najinteligentniejsza wówczas rasa we wszechświecie założyła na planecie Oa swoją siedzibę. Po wielkiej wojnie, w której świat o mało nie został unicestwiony, na Oa zbudowano tak zwaną Główną Baterię Mocy – źródło potęgi wykorzystujące sekrety Emocjonalnego Spektrum Światła. Każdy z siedmiu kolorów owego spektrum symbolizuje emocje wspólne dla wszystkich żyjących istot. Żółty to strach, pomarańczowy – chciwość, czerwony – gniew, niebieski – nadzieja, fiolet – miłość, indygo – współczucie, a zielony – wola. Jest jeszcze biały symbolizujący „obecność wszystkich siedmiu” i życie oraz czarny – „nieobecność” i śmierć. Kolor zielony jako ten położony w samym środku Spektrum (przez co najłatwiej go kontrolować – w przeciwieństwie do skrajnych, czyli fioletowego czy czerwonego) stał się źródłem mocy „kosmicznej policji” – międzygwiezdnej organizacji używającej Pierścieni Mocy. Tak powstały Zielone Latarnie – istoty różnych gatunków, rozrzucone po całym wszechświecie i korzystające ze szmaragdowych darów swych pierścieni, z których najbardziej imponującym jest możliwość budowy charakterystycznych, zielonych konstrukcji.



Mieszkańcy Ziemi mieli kilku przedstawicieli w Korpusie. Najbardziej znanym jest Hal Jordan, który otrzymał Pierścień od Abina Sura – rozbitka umierającego we wraku swojego statku, gdzieś na bezdrożach Ameryki. Dobrze pamiętamy tę historię (a właściwie jej wersję ze świata po Kryzysie na Nieskończonych Ziemiach) – „Szmaragdowy świt” został wydany w Polsce na przełomie 1992 i 1993 roku przez TM-Semic w trzech pierwszych numerach wielce obiecującej, ale niedocenionej (przez co szybko zlikwidowanej) serii komiksowej. A jak nie pamiętamy TM-Semic, to pewnie oglądaliśmy „Green Lantern” z 2011 roku – dość średnią fabularnie, ale za to całkiem widowiskową, ekranizację komiksu z Ryanem Reynoldsem w roli głównej. Hal Jordan, podobnie jak tysiące istot z całego wszechświata, używa Zielonej Mocy, aby pilnować ładu i porządku w swoim sektorze kosmosu. Jedna rzecz spędza sen z powiek Latarników – straszna przepowiednia zapisana w „Księdze Oa”, którą odkrył nikt inny jak Abin Sur na krótko przed katastrofą swego statku. Dowiedział się, że w nieokreślonej przyszłości całe życie we wszechświecie zostanie zlikwidowane przez przerażające Czarne Latarnie władające mocą samej Śmierci.


Nie było to jedyne koszmarne proroctwo, które miało się kiedyś spełnić. Inne mówiło o wielkiej bratobójczej wojnie, która nastąpi, gdy Korpus Zielonych Latarni zorientuje się, że nie tylko Zielone Światło może być wykorzystywane w Pierścieniach Mocy. Po wielkiej wojnie Zieleni i Żółci (rozpętaną przez niejakiego Thaala Sinestro, dawnego mentora Hala Jordana, rozdającego Żółte Pierścienie najbardziej przerażającym istotom wszechświata) na jednolitej powierzchni Korpusu zaczęły pojawiać się coraz głębsze linie podziału. Sformowano nowe oddziały używające Pierścieni Mocy w różnych kolorach i zaczęły się wewnętrzne konflikty. Nikt nie zauważył, że w samym środku wszechświata powstała Czerń. Przepowiednia Abina Sura stała się rzeczywistością. Czarne Latarnie chcą zgasić Białe Światło i zniszczyć wszechświat. Latarnie siedmiu kolorów muszą się zjednoczyć i powstrzymać zagrożenie. Taki mamy punkt startowy „Najczarniejszej nocy” – crossovera, który wyszedł w Stanach Zjednoczonych między lipcem 2009 a majem 2010 roku. Tyle trzeba wiedzieć, siadając do lektury „Najczarniejszej nocy”.

Bohaterowie Detective Comics, nawet ci najbardziej znani, umierają i powracają do życia. Flash, Hal Jordan, Superman, Wonder Woman, Aquaman, nawet Batman. Crossovery, restarty i „kryzysy” to chleb powszedni fanów DC – te wydarzenia tak naprawdę unieśmiertelniają herosów, bo scenarzyści nigdy nie zabijają ich definitywnie. Doomsday zabił Supermana pewnego pamiętnego dnia, ale cóż z tego? Kal-El szybko wrócił do świata żywych. „Najczarniejsza noc” rozpoczyna się w dniu upamiętniającym to wydarzenie – jest to jednocześnie międzynarodowe święto poległych bohaterów. Superbohaterowie (ba, nawet superprzestępcy) odwiedzają groby swoich kolegów, zastanawiając się, czy śmierć (i niespodziewane zmartwychwstanie, dodajmy) stanowi część pracy herosa? „Tylko śmierć jest sprawiedliwa. Życie sprzyja jednym i ignoruje drugich. Tylko wobec śmierci jesteśmy równi. Milczący i zimni” – dywaguje superłotr, który przywraca do życia martwych bohaterów i włącza ich w szeregi swojej armii. Uniwersum DC opanowuje specyficzna i niespotykana do tej pory plaga superzombie (choć sam autor nie lubi porównania Czarnych Latarni do chodzących trupów), które mają tylko jeden cel – zabić wszystkie żyjące istoty we wszechświecie.


„Najczarniejsza noc” jest bardzo charakterystyczna dla „kosmicznego” Detective Comics – to wręcz modelowy przykład prostej jak drut fabuły, w której chodzi tak naprawdę o jedno. O zaprezentowanie niesamowicie efektownych, imponująco rozrysowanych, barwnych pojedynków, wielkich kadrów przeładowanych setkami postaci (można spokojnie pograć w „Gdzie jest Wally?”, podstawiając za Wally’ego dowolną postać uniwersum). Kogo mu tu nie spotkamy – Supermana, Batmana, Wonder Woman, istoty z Atlantydy, Ligę Sprawiedliwości, Mroczną Ligę Sprawiedliwości, Flasha (to w sumie równorzędny główny bohater obok Hala Jordana – tak jakby rezerwował sobie tę rolę w najważniejszych zadymach Detective Comics i w dodatku jest go więcej niż jeden), Tytanów, Hawka i Dove, czy wreszcie Green Arrowa (jeszcze sprzed czasów „The New 52”, czyli sprzed runu Jeffa Lemire’a i Andrei Sorrentino). No i przede wszystkim pojawiają się całe zastępy Zielonych Latarni, a nawet mędrcy z Oa jak chociażby Ganthet (znowu kłaniamy się w tym momencie wydawnictwu TM-Semic). Takiego stężenia superbohaterstwa na stronę komiksu dawno nie widziałem. Ivan Reis rysuje naprawdę oszałamiająco, każdy kadr pęka po prostu w szwach – rozsadzają go nie tylko tłumy bohaterów, ale i niesamowita, wręcz wyciekająca z niego energia. Tak rysował w latach dziewięćdziesiątych chociażby Jim Lee – żeby dać pierwsze z brzegu porównanie.


Geoff Johns zapowiadał „Najczarniejszą noc” już od czasów, kiedy to żółta moc strachu okazała się drugą, obok zielonej mocy woli, potęgą Emocjonalnego Spektrum Światła. Wola była w jego ocenie czymś najbardziej pierwotnym i naturalnym, zaraz po niej przyszedł strach jako druga konsekwencja wykształcenia samoświadomości. A potem gniew, miłość, chciwość, współczucie i nadzieja. Ukształtowanie się tych cech ludzkiego istnienia było jak rozszczepienie białego światła w pryzmacie – bez tego bylibyśmy nadal nieświadomymi zwierzętami. Ten kolorowy podział jest kluczowy dla całej „Najczarniejszej nocy”, każda barwa reprezentuje siłę, witalność, możliwość działania – po prostu istnienie. To, z czym walczą wszyscy bohaterowie, żadną siłą nie jest – to czerń, czyli antyteza białego światła, śmierć, czyli antyteza życia. Negacja, pustka, nieistnienie. Naturalny stan wszechświata według antagonistów superbohaterów DC – kto wie, być może to oni mają rację? Może to przede wszystkim sam wszechświat walczy z wszystkimi żywymi istotami, wystawiając do walki swego najpotężniejszego wojownika – entropię. Komos, pustka, nicość – to wszystko było, zanim nastało życie. Dlatego przeciwnik, któremu stawiamy czoła w komiksie, zdaje się być w przypadku „Zielonej latarni” wrogiem ostatecznym. Wszak światło jest podstawą mocy użytkowników Pierścieni. 


Komiks Geoffa Johnsa to także rzecz typowa ze względu na fabułę. To wycinek hipertasiemca, który, czytany bez znajomości choćby podstaw uniwersum, może okazać się niezrozumiały. Praktycznie na każdej stronie znajdziemy nawiązania do przeszłych wydarzeń, mnóstwo imion i wspomnień poprzednich przygód – nie da się zatem wejść do świata Zielonych Latarni od tego momentu bez żadnej straty. No ale na tym polegają crossovery, zwłaszcza te w Detective Comics – warto zatem wiedzieć, na co się porywamy. Sprawę komplikuje fakt, że czytamy tylko główną ośmioodcinkową opowieść bez tzw. „tie-inów”, czyli pobocznych historii publikowanych równolegle w zwykłych, miesięcznych numerach DC. To dlatego mamy czasem wrażenie, że coś nas właśnie ominęło.

Pamiętajmy, że po każdej nocy, nawet tej najczarniejszej, przychodzi dzień. „Brightest Day”, bezpośrednia kontynuacja „Blackest Night”, dwudziestoczteroodcinkowa historia trwająca dokładnie rok, wychodziła od lipca 2010 roku do czerwca 2011. To zaraz po niej zaczął się wspomniany już „Flashpoint”, a uniwersum Detective Comics, takie jakie wszyscy znali od lat, przestało istnieć. Liczę na wydanie „Najjaśniejszego dnia” po polsku.


Tytuł: Green Lantern. Najczarniejsza noc
Scenariusz: Geoff Johns
Rysunki: Ivan Reis
Tłumaczenie: Marek Starosta
Tytuł oryginału: Green Lantern. Blackest Night
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Detective Comics
Data wydania: listopad 2019
Liczba stron: 304
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 175 x 265
Wydanie: I
ISBN: 9788328142992

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza