wtorek, 23 stycznia 2018

Stacje przypływu

Trzecie prawo Arthura C. Clarke'a

„Stacje przypływu” Michaela Swanwicka to literatura zbliżona do tej, którą tworzył Gene Wolfe. Gdybym podczas pierwszego czytania, miał zgadywać na podstawie stylu i treści, kim jest autor – postawiłbym na twórcę „Księgi nowego słońca”. To powieść, której bohater stopniowo odkrywa całą otaczającą go rzeczywistość, ukrytą początkowo za maskami, kłamstwami, podejrzeniami i złudzeniami. Narracja jest tu wielce subiektywnym i nie do końca wiarygodnym przekazem, co u Swanwicka jest o tyle specyficzne, że opowiada on w trzeciej osobie. Jednak to, w jaki sposób snuje opowieść o Biurokracie, jak przekazuje i interpretuje wydarzenia, w których Biurokrata bierze udział, wskazuje na figurę tzw. niewiarygodnego narratora, czyli narracji pierwszoosobowej.

No właśnie, Biurokrata. Bezimienny bohater, agent Transferu Technologii, przybywa na zacofaną i izolowaną technologicznie planetę – Mirandę. Jego zadaniem jest odzyskanie pewnego artefaktu, o którym wiemy tylko tyle, że jest produktem niebywale zaawansowanej techniki. Artefakt ten trafił na Mirandę nielegalnie, wszak Transfer Technologii trzyma najnowsze zdobycze naukowe w tajemnicy. Jest „góra” trzymająca władzę i technologię oraz „dół” czyli mnóstwo światów zatrzymanych w rozwoju. Ewentualne profity, które mogłoby przynieść zniesienie embarga, w opinii „góry” nigdy nie zrekompensowałyby strat, gdyby technologia przekraczająca ludzkie wyobrażenie trafiła w niepowołane ręce. Nie dalibyśmy przecież naładowanej broni szympansowi, prawda?

Artefakt został przemycony na planetę przez tajemniczego i na poły legendarnego Gregoriana. Jest on na Mirandzie czymś w rodzaju czarownika i proroka – obiecał mieszkańcom, że przygotuje ich fizycznie do nadchodzącej ery gigantycznego przypływu. Gdy Miranda zostanie zalana na długie lata, ci, którzy zaufają czarownikowi, mają rzekomo uzyskać możliwość gwałtownej adaptacji środowiskowej. Słowem – będą mogli żyć pod wodą. Gdy po latach, jak to bywało już w przeszłości, przypływ ustąpi – będą żyć tak jak przed nim.


Biurokrata, wyposażony w inteligentny, gadający neseser, przybywa na planetę w przededniu kataklizmu. Wszyscy zwijają manatki, zabezpieczają majątek, kombinują jakby tu przeżyć. Bezimienny bohater już na początku swojego śledztwa, zostaje otoczony osobami, którym nie może ufać i bierze udział w wydarzeniach, które każą powątpiewać w swoją prawdziwość. A na domiar złego dowiaduje się, że prawdopodobnie we władzach Transferu Technologii został zawiązany spisek przeciwko niemu. Biurokrata rozpoczyna swoje śledztwo.

„Stacje przypływu” przypominają nie tylko twórczość Gene Wolfe, ze szczególnym wskazaniem „Piątej głowy cerbera” (od czego Swanwick zdecydowanie się odżegnuje, twierdząc, że Wolfe jest po prostu jego literackim guru a „Stacje” nie miały być pastiszem). Mi przychodzi tu na myśl również Kafka, dokładnie tak samo jak przychodził, gdy czytałem słoneczne księgi Wolfe’a. Każdy kolejny rozdział powieści to prawie osobne opowiadanie, kolejny akt sztuki rozpoczynający się podniesieniem kurtyny i powolnym rozjaśnianiem sceny. Swanwick kreuje rzeczywistość mocno odrealnioną, przepełnioną magią i mistyką, skrajnie przefiltrowaną przez subiektywizm narratora (którego przecież tak naprawdę nie ma, to nie Biurokrata opowiada!), naznaczoną jego niewiedzą, życzeniowym myśleniem i złą wolą (bo nie mówi całej prawdy). Czytanie takiej powieści jest trudne, bo musi być dokładne i szczegółowe, ze zwracaniem uwagi na każdy detal. A zwracać tę uwagę trzeba, bo nie wiemy czy to szczera podpowiedź autora, czy może zmyłka – wrzucamy więc do naszego interpretacyjnego kosza wszystko co znajdziemy.

Michael Swanwick powiedział w wywiadzie, że jego celem było pokazanie świata powieści i jej bohaterów w procesie przemiany. Zmienia się planeta, mieszkańcy, Biurokrata, Gregorian a nawet czytelnik i jego odbiór powieści. Lektura „Stacji przypływu” to nieustanna weryfikacja naszego stanowiska wobec praktycznie każdego elementu powieści. Nasza permanentna zmiana.


Świat Mirandy jest miejscem, gdzie działa magia i ma miejsce niemożliwe. Ale jak to powiedział Arthur C. Clarke: „Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii”. Swanwick pokazuje jak wśród reprezentantów „dołu” tworzą się kulty, religie, różnego rodzaju mistycyzmy, które, zamiast jednej i powszechnie zrozumiałej interpretacji rzeczywistości (którą w moim odczuciu mają reprezentować zasady świata „góry”), narzucają interpretacje cząstkowe. Przestaje istnieć coś takiego jak obiektywna prawda. Istnieją tylko wzorce, nieustannie zmieniające się relacje między obserwowanymi obiektami i doświadczanymi bodźcami. Tak kreowana rzeczywistość, niejasna i zagmatwana, kusi aby nią manipulować. To żyzna gleba dla wzrostu najróżniejszych kłamstw, manipulacji, tricków i iluzji. Biurokrata co chwilę spotyka ludzi, którzy udają zupełnie kogoś innego niż są naprawdę, którzy wykonują przed nim sztuczki i aspirują do miana prestidigitatorów rzeczywistości. W świecie Mirandy iluzja urasta do rangi broni, ponieważ w ten sposób ludzie mogą wpływać na zachowania istot wyższych. A przez to, choć pozbawieni owoców postępu technicznego, mogą ingerować w zasady otaczającego ich świata. W zasady rzeczywistości kreowanej przede wszystkim przez ową nieosiągalną dla nich technologię.

Również sam Michael Swanwick jest tu sztukmistrzem. To czy damy się powieść mu za nos i czy już powiedzeni, będziemy rozczarowani lub zachwyceni – zależy już tylko od nas samych. Sugeruję czytanie tej małej objętościowo powieści w skupieniu. A po jakimś czasie, gdy kurz wzniecony (u niektórych tylko – nie ma przecież szans, żeby u wszystkich) przez wrażenia i interpretacje już opadnie – przeczytać drugi raz.

A potem przeczytać to:


Tytułowe „stacje” nabierają tutaj niesamowitego znaczenia.


Tytuł: Stacje przypływu
Tytuł oryginalny: Stations of the Tide
Autor: Michael Swanwick
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Wydawca: Mag
Data wydania: 2007
Rok wydania oryginału: 1990
Liczba stron: 200
ISBN: 8386572531

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza