wtorek, 2 stycznia 2018

Modyfikowany węgiel

Cybernoir

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Bardzo rzadko się zdarza, aby główny bohater ginął już w pierwszym rozdziale. A tu jednak ginie i nie jest to symulacja, sen czy prekognicja. Tak oto rozpoczyna się powieść Richarda Morgana, wznowiona właśnie przez wydawnictwo MAG. Takeshi Kovacs umiera podziurawiony pociskami, by w następnym rozdziale kontynuować swą opowieść. O co chodzi?

Modyfikowany węgiel to cyberpunk ze wszystkimi przynależnymi temu gatunkowi rekwizytami. Autor zbudował świat przyszłości, w której ludzkość zasiedliła już inne planety, a wymiana informacji (i nie tylko) odbywa się z nadświetlną prędkością za pomocą tak zwanego transferu strunowego. Kosmiczna skala kreacji Richarda Morgana zaznaczona jest jednak tylko mimochodem, ponieważ cała akcja dzieje się na Ziemi i przez prawie całą powieść w jednym mieście – Bay City. Weźmy wizję z Neuromancera Gibsona (ale bardziej przygodowo nakreśloną), dołóżmy do tego pomysł kopiowania osobowości i klonowania ciał z Perfekcyjnej niedoskonałości Jacka Dukaja (ale w bardziej rozrywkowej formie) i zalejmy to wszystko obrazem przeludnionego, rozkrzyczanego i rozświetlonego neonami miasta z Blade Runnera Ridleya Scotta. Będziemy mieli wtedy pewien obraz tego, czym jest powieść Morgana.

Śmierć umarła. Ludzie magazynują swoją osobowość w malutkich pudełkach zbudowanych z modyfikowanego węgla. Te tzw. stosy korowe wszczepiane są w układ nerwowy i po śmierci można je zwyczajnie wyjąć. Po „instalacji” w nowym ciele (mogą to być tanie sztuczne powłoki; ciała skazańców, odbywających wyroki w magazynie stosów, dostępne do wynajęcia za odpowiednią sumę; lub opcja tylko dla prawdziwych bogaczy – klony swoich właścicieli), czyli tak zwanym „upowłokowieniu”, zachowana zostaje oczywiście ciągłość wspomnień i można „żyć” dalej. Śmierć zatem nie jest końcem egzystencji; to „kasacja”, czyli fizyczne zniszczenie stosu korowego, stanowi kres istnienia. Ale na to też są sposoby – jak to u Dukaja czy Lema było, można stworzyć sobie (jeśli ma się na to środki) kopię własnej osobowości. Pamiętać trzeba oczywiście o częstym backupie, gdyż po zniszczeniu stosu mamy dostęp do tej wersji swojego „ja”, którą ostatnio zmagazynowaliśmy. Niechcący możemy stracić godziny, dni a nawet miesiące życia.


To właśnie przydarza się niejakiemu Laurensowi Bancroftowi. To wielka szycha w Bay City – wraz ze swoją żoną, Miriam, stanowią niewielki odsetek mieszkańców Ziemi zwanych Matami (Matuzalemami). Żyją już kilkaset lat i traktują resztę ludzkości jako narzędzia do swych celów. Bancroft popełnia samobójstwo, a jego kopia przywrócona do życia w nowym ciele nie pamięta ostatnich czterdziestu godzin przed zgonem Bancroft nie wierzy w oficjalną wersję policji i wynajmuje też dopiero co wskrzeszonego, wspomnianego już wyżej, Takeshiego Kovacsa. Kovacs ma zrekonstruować wydarzenia prowadzące do śmierci jego mocodawcy. Swoje tajemnicze interesy próbuje załatwić też piękna żona Bancrofta; pojawia się także ponętna (a jakże) policjantka Ortega, dziwnie zapatrzona w naszego bohatera; sam Kovacs stopniowo odkrywa przeszłość nie tylko pracodawcy, ale przede wszystkim własną. Bardzo mroczną, taką, która wykuwa prawdziwych antybohaterów o twardości diamentu.

Richard Morgan napisał cyberpunkowy czarny kryminał. I to taki z rozmachem, garściami czerpiący z filmowych i literackich wzorców. Kovacs to prawdziwy kozak, mocny nie tylko w gębie, ale i w łapie. To postać mocno skonfliktowana z całym światem i jego opresyjnym systemem, zahartowana przez cierpienia, o których co jakiś czas się dowiadujemy. Cała powieść to bardzo osobista, subiektywna i emocjonalna pierwszoosobowa narracja, przeplatana często cynicznymi komentarzami. Czasem aż słychać niepokojącą muzykę w tle i wręcz oczekujemy cienia przemykającego po oświetlonej ścianie. Jest uwodzicielska i niebezpieczna femme fatale, której główny bohater nie potrafi się oprzeć. Są trochę niepotrzebne i zalatujące tandetą opisy stosunków seksualnych, po których nikt nigdy nie opada z sił i ciągle ma ochotę na więcej. Jest zleceniodawca-szuja, antypatyczny, bogaty gbur. Są ciemne zaułki, papierosy, przemoc, tortury, krew, szwy, przesłuchania policyjne, świetne dialogi pełne gier słownych i podtekstów, matriksowe strzelaniny w slow motion, budynek wybuchający za wyskakującymi z niego bohaterami, spacer we dwoje z ukrytym pistoletem wymierzonym w plecy „kolegi”. Jest też oczywiście nemezis, zła tak bardzo, że aż groteskowa. Fabuła powieści to stopniowe odkrywanie układanki, fascynującej układanki, jak to w kryminałach bywa. No i jak to w kryminałach – wiemy, że nasz bohater jest nieśmiertelny, że sobie poradzi. Jak w innym przypadku mogłaby powstać kolejna powieść z nim w roli głównej?


Wiecie, co to P.O.V.? Pewnie, że wiecie. Można w sumie uznać, że każda pierwszoosobowa narracja to P.O.V. Jednak u Morgana to wyjątkowo adekwatne porównanie. Czytelnik jest tak naprawdę przetransferowany w ciało, które zajmuje wraz z Kovacsem. Autor książki dokonuje na odbiorcy „upowłokowienia”, każąc mu patrzeć cały czas oczyma głównego bohatera na podły, brudny i zdegenerowany świat. I dokładnie tak samo, jak Kovacs, mamy w pewnej chwili ochotę go podpalić. A potem zwyczajnie stanąć obok i patrzeć, jak zbawienny żywioł niszczy miejsce, gdzie ludzkie życie pozbawione jest wszelkiej wartości. Gdzie człowiek to tylko szereg zer i jedynek permutowanych ciągle i ciągle na kawałku modyfikowanego węgla. Tutaj noirowy cynizm protagonisty już nie wystarcza, potrzeba furii i krwawej łaźni.

Richard Morgan nie buduje wizyjnego i filozoficznego science fiction. To przede wszystkim powieść akcji pędząca nieustannie do przodu, to literatura hard-boiled osadzona w XXV wieku. Ale trzeba też zaznaczyć, że cała ta cyberpunkowa rekwizytornia nie jest tylko kolorowym dodatkiem do fabuły. Bez niej ta powieść nie miałaby racji bytu, ponieważ to na pomyśle transferu osobowości, kopiach, klonach i implantach opiera się cała intryga. Naprawdę skomplikowana i nieoczywista. I co najważniejsze, po zamknięciu książki nie bije po twarzy luźnym końcem.

Tytuł: Modyfikowany węgiel
Tytuł oryginalny: Altered Carbon
Autor: Richard Morgan
Tłumaczenie: Marek Pawelec
Wydawca: MAG
Data wydania: grudzień 2017
Rok wydania oryginału: 2002
Liczba stron: 528
ISBN: 9788374808897

5 komentarzy:

  1. Panie Knyszynski
    Jesteś Pan ...(cenzura)...
    W pierwszym zdaniu zdradzasz Pan fabułę.
    Pisz Pan, jeśli musisz, do szuflady.
    Wszedłem na lubimyczytac i tam taki zonk mnie spotkał.
    Nie do widzenia Panie Knyszynski-SPOJLERman

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W każdej recenzji jest kawałek fabuły. W każdej. To co napisałem dzieje się na trzech pierwszych stronach, nie na końcu powieści.

      Więc na informację, którą podaję trafia Pan po dziesięciu minutach lektury.

      Proszę dopisać dalszy ciąg zdania "Jesteś Pan..."

      Usuń
    2. Dodatkowo przytoczę blurb ze strony wydawcy:
      http://www.mag.com.pl/ksiazka/306

      "W dwudziestym szóstym wieku ludzkość rozprzestrzeniła się po galaktyce, zabierając ze sobą w zimny kosmos podziały rasowe i religijne. Pomimo napięć i wybuchających tu i ówdzie krwawych wojen, Protektorat NZ trzyma nowe światy żelazną ręką, wykorzystując do tego elitarne oddziały uderzeniowe: Korpus Emisariuszy.

      To, czego nie mogła zagwarantować religia, zapewniła technika. Teraz, gdy świadomość można zapisać w stosie korowym i w prosty sposób przenieść do nowego ciała, śmierć stała się zaledwie drobną niedogodnością. O ile tylko stać cię na nowe ciało...

      Były Emisariusz NZ, Takeshi Kovacs, zna smak umierania, to ryzyko zawodowe. Jednakże ostatnia śmierć była szczególnie brutalna. Przetransferowany strunowo na odległość wielu lat świetlnych, upowłokowiony w nowym ciele w San Francisco na Starej Ziemi i rzucony w środek spisku bezwzględnego nawet jak na standardy społeczeństwa, które zapomniało o wartości ludzkiego życia, szybko uświadamia sobie, że pocisk, który wybił dziurę w jego piersi na Świecie Harlana, to dopiero początek problemów."

      Więc o śmierci wiemy już z okładki. Z OKŁADKI Panie "Teraz Więc".

      Usuń
  2. "W trzeciej minucie Włosi strzelą gola"

    Pan napisałeś, że w pierwszym rozdziale zginie główny bohater.

    Szkoda słów, bo Pan NIE ROZUMIE, wartościuje (do jakiego momentu można zdradzać fabułę "Więc na informację, którą podaję trafia Pan po dziesięciu minutach lektury.") - bardzo PRYMITYWNE tłumaczenie.

    Nieprawdą jest, że w każdej recenzji jest kawałek fabuły. Opisuje się realia albo problem, a nie konkretne wydarzenia.
    Pomyliło się Panu ze spojlerem.

    Pan piszesz spojlery, a nie recenzje.

    "Proszę dopisać dalszy ciąg zdania "Jesteś Pan...""
    Poprzestanę na określeniu SPOJLERman bo podobnie jak nie należy pisać spojlerów (bez uprzedzenia) to nie należy obrażać.

    Bardzo się zdenerwowałem na Pana gdy na portalu lubimyczytać natrafiłem na Pański wpis.
    Zepsuł mi Pan lekturę.

    Premiera serialu... a ja zastanawiam się, czy wcześniej nie przeczytać książki.
    O to właśnie chodzi, żeby znajomość fabuły mi nie przeszkodziła w późniejszej lekturze.
    Zaglądam na lubimyczytać i PECH bo trafiłem na gwiazdę internetu 'recęzęta' - spojlerowca.

    "Spotkałem się z niewybrednymi komentarzami na ten temat (dowiedziałem się, że w recenzji nie pisze się o fabule - nawet tych elementach, które są już na początku powieści)"

    Pana spojlery są niewybredne... ale dobrze, że się Pan w końcu dowiedział, że nie zdradza się fabuły w recenzji.

    Pytanie z kategorii LOGIKA: dlaczego TERAZ dopisał Pan na lubimyczytać uprzedzenie, że Pan spojleruje.
    ... jednocześnie Pan tutaj twierdzi, że nie spojleruje ?

    OdpowiedzUsuń
  3. Więc może porozmawiajmy na spokojnie.
    Po pierwsze pisze Pan o moich recenzjach w liczbie mnogiej. Że piszę spojlery - które jeszcze ma Pan na myśli? Pisze Pan, że spojlery moje są niewybredne - które? Ten jeden?

    Po drugie - tak jak Panu napisałem, tekst promujący książkę, który stworzył wydawca zawiera ten "spojler". To jest na okładce przecież. Czy możemy w ogóle w tym przypadku mówić o spojlerze?

    Po trzecie - dopisałem to na Lubimy czytać teraz, żeby uprzedzić osoby w ten sposób podchodzące do definicji "spojlera" jak Pan. Nie stwierdziłem tam, że spojleruję, tylko że piszę o elementach fabuły z pierwszego rozdziału.

    Powtórzę jeszcze raz, w recenzjach pisze się o fabule, trzeba tylko umieć znaleźć granicę pomiędzy faktycznym spojlerem a opisem koniecznym do zobrazowania świata przedstawionego powieści. Tu jest to akurat najistotniejsze, to podstawa świata wykreowanego przez autora. Nie przekraczam tej granicy. Zepsułem Panu lekturę pierwszego rozdziału, nie powieści - zrobił to zresztą również wydawca na okładce.

    Po czwarte - proszę skończyć z tymi osobistymi wtrętami i emocjonalnym tonem. Jesteśmy dorośli. Może podpisać się Pan imieniem i nazwiskiem, wymagałaby tego po prostu dyskusja. A widzę, że możemy podyskutować.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń