poniedziałek, 6 marca 2017

Niewidzialne potwory

Imitacje

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

To mógł być debiut Chucka Palahniuka. Niewidzialne potwory to jego pierwsza powieść , wydana jednak dopiero jako trzecia, uratowana przed zapomnieniem w szufladzie na fali popularności dwóch poprzednich. Jest to bardziej kontrowersyjna i rozgorączkowana wersja Fight Clubu, większy fabularny kolaż i eksperyment narracyjny niż Rozbitek. Formalnie mocniej i odważniej, ideowo jednak bardziej chaotycznie i mniej spójnie. Chuck Palahniuk i jego pierwszy skowyt, któremu dane było w końcu zabrzmieć w świecie.

Narratorką powieści jest wzięta modelka, której kariera gwałtownie się załamuje. Miała wszystko, uśmiechała się z okładek magazynów, biły się o nią domy mody, była uosobieniem marzenia wielu młodych dziewcząt. Miała chłopaka, agenta policji, którego kochała całym sercem. Miała przyjaciółkę – również modelkę – z którą brała udział w najbardziej prestiżowych sesjach zdjęciowych. Pocisk, który przebija szybę samochodu i odrywa jej dolną szczękę, zmienia całkowicie jej dotychczasowe życie. Koniec kariery, ból, szpital, strach przed lustrem i alienacja. Chłopak zostawia ją dla jej najlepszej przyjaciółki, praktycznie koniec świata.

Równolegle z tą historią poznajemy też wydarzenia późniejsze. Narratorka, zasłonięta szczelnie woalką, gna przez Stany Zjednoczone wraz z dwoma indywiduami:  transseksualistką Brandy oraz pewnym mężczyzną, któremu z niezrozumiałych z początku przyczyn obie „panie” dosypują estrogen do napojów, aby wyzwolić w nim „kobietę”. Ich eskapada to amok, kradzieże w bogatych willach wystawionych na sprzedaż, ciągłe narkotyczne odloty i perwersyjny seks. Istne wariactwo, bunt przeciw wszystkiemu i wszystkim, a najbardziej przeciw samemu sobie.


Narracyjnie mamy do czynienia z karykaturalnie rozrośniętym patchworkiem z Rozbitka. Palahniuk potłukł fabułę w drobny mak i rozłożył ją przed czytelnikiem, przeplatając kolejne epizody błyskiem flesza aparatu. Oglądamy tak naprawdę widokówki, pojedyncze zdjęcia, które w miarę czytania, przy pojawiających się co chwila twistach fabularnych rodem z brazylijskiej telenoweli, układają się razem w całkiem zgrabną i sensowną całość, zmuszając w trybie ciągłym do reinterpretacji tego, co już pozornie ułożone. Czytanie tej książki jest jak obcowanie z kolorowym czasopismem, z którego wysypują się saszetki perfum i mnóstwo ulotek z reklamami kremów do ciała. To tabloid z wrzeszczącą nam w twarz estetyką, spreparowaną pod nasze niskie gusta i chęć wstydliwego dowartościowania faktem, że istnieje coś o wiele od nas płytszego.

Ale w tym szaleństwie jest metoda. Świat Palahniuka to miejsce dominacji silikonu udającego piersi, prochów udających remedium na mękę codzienności, szkła udającego kryształ, telewizji udającej prawdziwe życie i karier udających spełnienie marzeń. To miejsce, gdzie nie ma nic oryginalnego i zdefiniowanego przez cechy własne. Wszystko jest imitacją. Ludzie to chodzące reklamy szamponów do włosów, butów i ubrań. To policjanci-geje, udający heteroseksualnych bliźniaków Steve'a Burnsa z filmu Zadanie specjalne, to modelki kłębki nerwów, zmuszane do szerokiego uśmiechu maskującego wewnętrzny histeryczny chichot, to dzieci kochające rodziców szczególnie wtedy, gdy mają jakiś problem, to stare pudernice cofające licznik na swojej metryce. To krzyk głównej bohaterki: „Pokażcie mi cokolwiek w tym całym popierdolonym świecie, co jest tym, na co wygląda!”

Człowiek Palahniuka to swój własny erzac, zbiorowe dzieło otoczenia, telewizji, wygórowanych oczekiwań innych i własnych frustracji. Bohaterowie są uwięzieni w totalitarnym państwie kultury masowej i komercji. Ich życia są również produktem, sztucznie sfabrykowanym ciągiem dni, złożonym z nieustannej walki o wpasowanie się w wyznaczone odgórnie trendy, są egzystencją-atrapą. Tresura, którą funduje nam kultura i wzorce postępowań, mające na celu przeprowadzenie nas przez życie tak abyśmy nie popełnili żadnego błędu, całkowicie odbierają nam człowieczeństwo. Podążanie tą drogą to domykanie sideł, w które wdepnęliśmy. Bo bycie człowiekiem to zgoda na możliwość popełniania błędów i uczenia się na nich. To umiejętność wyjścia poza schematy cywilizacji rozpasanego konsumpcjonizmu i znalezienie prawdziwych, oryginalnych wartości, dostrzeżenie rzeczy brzydkich i niewygodnych. To akceptacja „niewidzialnych potworów”, takich jak główna bohaterka, która wszędzie widzi tylko odwracające się szybko głowy i konspiracyjne szepty. Ludzie-automaty zwyczajnie wymazują ją z istnienia, odmawiają jej wszystkich cech osobowych. Co gorsza, również ona sama ich sobie odmawia, staje się rysą na powszechnie akceptowalnym, ustandaryzowanym estetycznie świecie, gdzie nie ma miejsca na potwory. Trzeba więc uciec, przestać gonić za szczęściem i urodą, przestać robić to, za co nas akceptują i „kochają”. Konieczne jest odwrócenie wektora wszystkich życiowych poszukiwań, tylko w ten sposób w imitacji reprodukcji falsyfikatu znajdziemy coś prawdziwego i oryginalnego. To metoda aby poczuć coś prawdziwie, aktem woli i pokochać bezinteresownie.


Gdzie pędzą bohaterowie powieści? Czy gnając stanową autostradą, od billboardu do billboardu, od willi do willi, na narkotycznym haju, uciekają przed przeszłością, starzeniem się, stawieniem czoła różnicy pomiędzy oczekiwaniami i rzeczywistością? Czy może uciekają od swojej własnej wykrzywionej definicji, od niemożliwości popełnienia błędu – i tym samym stają się coraz bardziej prawdziwi? Dlaczego ciągle zmieniają swe tożsamości i stają się kameleonami okoliczności? Chuck Palahniuk pisząc Fight Club, uderzył tak naprawdę w te same struny, których pierwotny dźwięk dobiegał jeszcze cichutko z szuflady gdzie leżały Niewidzialne potwory. Jednak o ile Tyler Durden podrywał do walki całe pokolenie i pragnął widzieć cywilizację w płomieniach, o tyle niewidzialny potwór podrywa jednostkę i sprowadza pożogę na pojedyncze posiadłości. Kameralny dramat jest zawsze o wiele bardziej poruszający niż zbiorowe tragedie, nawet tak groteskowy jak ten, będący udziałem potwora, mężczyzno-kobiety i kobieto-mężczyzny.

Niewidzialne potwory to jak do tej pory najbardziej oryginalna powieść Palahniuka. Książka całkowicie bezkompromisowa, testująca bez skrępowania wytrzymałość czytelniczą. Trochę może drażniąca swą wyolbrzymioną groteskowością, która w pewnym momencie odbiera jej wiarygodność. Jeszcze nie tak klarowna jak Rozbitek, jeszcze nie tak spójna jak Fight Club. Ale brawurowa i odważna.

Tytuł: Niewidzialne potwory
Tytuł oryginalny: Invisible Monsters
Autor: Chuck Palahniuk
Tłumaczenie: Lech Jęczmyk
Wydawca: Niebieska Studnia
Data wydania: marzec 2010
Rok wydania oryginału: 1999
Liczba stron: 240
ISBN: 9788360979143

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza