wtorek, 28 maja 2019

Wtorek przed ekranem #8

John Carpenter - Gwiezdny przybysz


Artykuł o Johnie Carpenterze ukazał się pierwotnie w magazynie OkoLica Strachu.



„Define „love…”

„E.T.” dla dorosłych


Wielkooki kosmita z „E.T.” to był słodziak. Wszystkim się podobał. Nic dziwnego, że odniósł gigantyczny sukces kasowy – włożone dziesięć milionów dolarów przyniosło prawie osiemdziesięciokrotny zwrot. Jakże musieli pluć sobie w brodę włodarze studia Columbia Pictures, którzy co prawda dostali skrypt tego filmu jako pierwsi, ale zrezygnowali z niego na rzecz innej opowieści o kolejnym przyjacielskim kosmicie. Film, który zdecydowali się zrealizować był finansową klapą, dwa razy droższą od „E.T.” i ledwo dającą radę pokryć poniesione koszty. O jakim filmie mowa? O „Gwiezdnym przybyszu” w reżyserii nie kogo innego jak Johna Carpentera. Film w ogólnym wydźwięku bardzo przypomina film Stevena Spielberga – jest tu kosmita, słabnący z dnia na dzień, któremu musimy pomóc wrócić do domu. Oglądamy „E.T.” dla dorosłych.

W odpowiedzi na zaproszenie, które Ziemianie wyemitowali w sondzie „Voyager II”, zaawansowana cywilizacja wysyła swojego przedstawiciela. Jego mały statek kosmiczny, strącony przez amerykańskie siły wojskowe, rozbija się niczym kapsuła z umierającego Kryptonaniedaleko domu samotnej wdowy, Jenny. Drzewa położyły się i spłonęły, podobnie jak w komiksach o Supermanie, jednak w kapsule nie było noworodka, lecz latająca kula energii. Kula trafia do domu Jenny i na podstawie kodu DNA zawartego w znalezionym włosie jej zmarłego męża, przyjmuje postać Jeffa Bridgesa. Jenny (w tej roli Karen Allen, znana przede wszystkim z „Poszukiwaczy zaginionej arki”) jest przerażona – na jej oczach zmaterializował się opłakiwany mąż! Kobieta próbuje uciec z domu, ale kosmita jest nieubłagany – każe wieźć się do Arizony, gdzie za trzy dni będzie czekał na niego statek kosmiczny. I podobnie jak w innym filmie Spielberga, „Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia”, ruszamy w podróż do odciętego od cywilizacji miejsca, unikając po drodze wpadnięcia w ręce amerykańskich służb wojskowych. Tylko że tutaj dochodzi do bardzo bliskiego spotkania, wręcz czwartego stopnia.


Gwiezdny przybysz zaczyna fascynować Jenny. Z godziny na godzinę poznają się coraz lepiej, między nimi rodzi się uczucie. Wydaje się nawet w pewnej chwili, że ciało męża nie ma tu wielkiego znaczenia, Jenny po prostu zakochała się z wzajemnością w kosmicie. A on, po drodze do Arizony, wypełnia zadanie z jakim przyleciał – poprzez rozmowy z Jenny i jej definicje podstawowych uczuć i ludzkich wartości poznaje nasz gatunek. Poznaje też, niestety ciemne strony człowieczeństwa – pęd ku zabijaniu i autodestrukcji. Do dziś nie jestem w stanie pojąć decyzji wojska o wystrzeleniu pocisków z helikopterów w stronę uciekającej, bezbronnej dwójki bohaterów (pomijając fakt, że helikoptery spudłowały, mając swój cel podany na odsłoniętym terenie jak na talerzu).

Gwiezdny przybysz pochodzi, jak sam mówi, z wysoko rozwiniętej cywilizacji. Podobnie jak jego pobratymcy jest logiczny, rozsądny, szanujący wszelkie życie i całkowicie pozbawiony agresji. Nie zna wojen, głodu, przemocy i rozpaczy. Jednak mówi też, że jego gatunek stracił coś ważnego po drodze do obecnego poziomu rozwoju. Ludzie ich fascynują, bo pomimo wszelkich wad, wydają się żywi, różnorodni, weseli, smutni i kochający. Film jest pozytywną, ciepłą, bardzo dowcipną i nieco patetyczną „science fiction love story” z religijnymi odniesieniami – istota, która zstępuje z nieba, leczy rany, ożywia zmarłych, zostawia potomka, a po trzech dniach wstępuje do nieba – mówi wam to coś? No i jest to film Carpentera, który (w końcu!) ma szczęśliwe zakończenie.



John Carpenter nie pierwszy już raz pokazał, że jest w stanie kręcić bardzo dobre filmy. Filmy zupełnie inne niż te, do których wszystkich przyzwyczaił. Była to też okazja do zdobycia punktów w mainstreamie. W efekcie powstał film zupełnie nie-carpenterowski. Gdyby nie napisy na początku, nigdy bym nie pomyślał, że to jego dzieło.

„Gwiezdny przybysz” nie zdobył Hollywood. Nie zdobył go też kolejny film Carpentera. Ba, była to największa klapa box office’u 1986 roku. Ta produkcja nie zarobiła nawet połowy wydanych na nią pieniędzy. Nie rozumiem, dlaczego. Uwielbiam ten film, widziałem go niezliczoną ilość razy. Oczywiście na VHS-ie. Zapraszam do chińskiej dzielnicy.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza