poniedziałek, 18 grudnia 2017

30 dni nocy

Safari za kołem podbiegunowym

Barrow, Alaska. 71°17′44″N 156°45′59″W. Najdalej na północ wysunięte miasto USA, położone na północnym wybrzeżu Alaski, będące stolicą dystryktu North Slope. Jest to miasteczko przywykłe do dwóch rzeczy: do temperatur poniżej zera i do ciemności. Panuje tu klimat arktyczny. Temperatura waha się od „zimno jak cholera” do „ja pierdolę jak zimno”. Słońce nie zachodzi pomiędzy 10 maja i 2 sierpnia. Nie wschodzi pomiędzy 18 listopada i 17 grudnia. Co roku mamy tu trzydzieści dni nocy.

30 dni nocy. Dokładnie tak nazywa się komiks autorstwa Steve’a Nilesa i Bena Templesmitha. Komiks niezwykle oryginalny, taki, który nieczęsto można znaleźć na rynku (chyba, że od razu zaczniemy szukać kontynuacji, których powstało już bardzo wiele). Akcja rozpoczyna się 18 listopada, kiedy to para głównych bohaterów wyczekuje ostatniego zachodu słońca. Eben i jego żona Stella to miejscowi stróże prawa, jakby żywcem wyjęci z Fargo braci Coenów. Zresztą sceneria małego miasteczka, zasypanego grubą warstwą śniegu, również kieruje nasze skojarzenia w tamtą stronę.

Eben i Stella przygotowują się do nadchodzącego miesiąca ciemności. Co chwilę jednak coś burzy ich spokój – a to masowa kradzież komórek, a to dziwny i obdarzony nadludzką siłą, agresywny klient jedynego baru w miasteczku i wreszcie coś co dobitnie wskazuje na to, że to nie będą takie zwykłe trzydzieści dni nocy jak w poprzednich latach. Ktoś bestialsko zabija pracownika stacji łączności w Barrow i niszczy jej urządzenia. Miasteczko zostaje całkowicie odcięte od świata.


Steve Niles i Ben Templesmith zamykają mieszkańców Barrow w małej, klaustrofobicznej przestrzeni. Mróz, zamieć, mrok i horror wręcz odbierający zmysły. Otóż okazuje się, że Barrow zostało wybrane na miejsce urlopowe przez grupę dziewiętnastu wampirów. Po prostu wakacje, safari na Alasce. W roli zwierząt – czterystuosobowa grupa mieszkańców miasteczka. W roli myśliwych – bezwzględne, nadludzko szybkie, bezlitośne, sadystyczne i wiecznie głodne drapieżniki. To nie są istoty o nadludzkiej inteligencji, to nie rozdarci wewnętrznie romantycy z powieści Anne Rice. To po prostu okrutne, nienasycone bestie. Barrow to ich restauracja, mieszkańcy to jedzenie.

To co łączy ich z tradycyjnym wizerunkiem wampira, to ich wrażliwość na światło słoneczne. Wiemy już zatem dlaczego upatrzyli sobie akurat Barrow. Miejsce, gdzie możemy dostrzec rzeczy oddalone tylko o kilka metrów. Dlatego horror jest zawsze obok nas, na wyciągnięcie ręki.

Fabuła komiksu niby jest, ale jakby jej nie było. Takiego banału nie spotkałem w komiksie jeszcze nigdy. Tylko uwaga – to wszystko jest celowe. To tak naprawdę impresja, szereg plansz ukazujących horror ekstremalny. Ben Templesmith narysował historię walki mieszkańców Barrow w sposób niespotykany. Ciężko to opowiedzieć, lepiej to zobaczyć. Jego grafiki dokładnie oddają mroczny, przytłaczający klimat zimy za kołem podbiegunowym. Rysunki są niby niedbałe, pozbawione szczegółów, nasycone rozmazanymi plamami czerni, szarości i bieli. Od pewnego momentu czerwieni – łatwo się domyślić, dlaczego. Dokładnie to widzielibyśmy, wychodząc na ulice Barrow w grudniu podczas śnieżnej zamieci. Groza i surrealizm.


Powstało wiele komiksowych kontynuacji 30 dni nocy. Żadna z nich (oprócz jednej – „Powrót do Barrow”) nie są już związane z zimowymi klimatami. Komiks o rzezi na Alasce nie trafi do wszystkich, nie trafił też w pełni do mnie. Polecam go jednak jako naprawdę wyjątkowo oryginalny twór popkultury, odbierany bardziej intuicyjnie niż rozumowo. Najczarniejszy komiks jaki w życiu czytałem, mimo śniegu zalegającego w każdym kadrze.

Ale, ale.

Trzy lata po premierze, dzieło Steve’a Nilesa i Bena Templesmitha doczekało się ekranizacji. W październiku 2007 roku do kin wchodzi film w reżyserii Davida Slade’a, który został osobiście namaszczony przez autorów komiksu. Film aż tak mroczny nie jest – nie mógł być. Gdyby twórcy zdecydowali się przenieść atmosferę i estetykę komiksu na ekran 1:1 – no cóż, koszty produkcji mogłyby się nie zwrócić. Ale i tak nie jest źle.


Szeryf Eben i jego żona Stella rozwodzą się. W ostatnim dniu słońca Stella spóźnia się na samolot, którym miała opuścić Barrow. Musi zostać w miasteczku i wraz ze swoim prawie byłym mężem stawić czoło zagrożeniu. Filmowa adaptacja komiksu to typowy survival horror, nie chodzi tu o nic innego jak o przeżycie kolejnych kilku minut. A dokładnie stu dziesięciu – tyle bowiem czasu trwa filmowa, uporczywa walka Ebena, Stelli i ich znajomych o utrzymanie się przy życiu. 

Nasza gwiazda musi w końcu wyjrzeć zza horyzontu. Lekceważący wszystkie granice predatorzy są bezsilni wobec tej jednej. Nie tylko oni zresztą, jak się okazuje. Gdy wschodzi w końcu upragnione słońce, w miasteczku widać przede wszystkim plamy krwi na śniegu. Czuć spaleniznę budynków puszczonych z dymem. Słychać szloch tych, którzy przeżyli. Minęło trzydzieści dni nocy.

Tknięty dziwnym przeczuciem sprawdziłem, jak to jest z ta nocą polarną. Otóż według kilku źródeł, w Barrow słońce faktycznie zachodzi 18 listopada, aby już się nie pojawić następnego dnia. Ale wschodzi dopiero 22 stycznia, po sześćdziesięciu pięciu – nie po trzydziestu dniach. „65 dni nocy” – w sumie mogli i tak nazwać ten komiks, byłoby jakoś tak bardziej wiarygodnie. Ale niech to będzie taka licentia poetica. W sumie to przecież nieistotne.



Źródła:

„30 Days of Night” (30 dni nocy), Steve Niles, Ben Templesmith, Mandragora, 2003.
„30 Days of Night” (30 dni mroku), reż. David Slade, 2007.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza