niedziela, 9 kwietnia 2017

Udław się

Jezus na miarę naszych czasów

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

W czwartej powieści Chucka Palahniuka znowu mamy do czynienia z światem, który więzi swych mieszkańców w celach zbudowanych z niewidzialnych, metaforycznych krat. Jednak tym razem po zamknięciu książki czujemy pewnego rodzaju otuchę, opowieść o przemianie uzależnionego od seksu cwaniaka i hochsztaplera ustanawia Udław się najbardziej pozytywną powieścią autora jak do tej pory. Jest to też powieść najbardziej klasyczna narracyjnie, co nie znaczy, że Palahniuk zrezygnował ze swojego poszarpanego, teledyskowego stylu. Trochę go po prostu okiełznał.

Victor Mancini miał trudne dzieciństwo. Był to szereg następujących po sobie pobytów w różnych rodzinach zastępczych, przerywany krótki epizodami, w których pojawiała się Ida, jego szalona matka anarchistka. Za każdym razem, gdy wręcz materializowała się z nagła w życiu chłopca, następowała ich szalona eskapada, rozpoczynająca się uprowadzeniem Victora i odjazdem kradzionym samochodem. Ida uciekała przed prawem i policją, ale również przed światem regulacji i sztywnych norm postępowania, czemu dawała wyraz w swych akcjach, takich jak na przykład wypuszczenie zwierząt z ich więzienia w zoo. Dla nich mogła to zrobić, dla syna już nie. Bowiem wyzwolenie człowieka z pęt świata, który narzuca mu sztuczne pozy, wymaga innych środków.

Minęły lata, chłopiec dorósł. Jednak nadal to matka jest w centrum jego życia – Victor musi łożyć na utrzymanie niedołężnej i szczelnie zamkniętej w urojonym świecie rodzicielki. Nie mógłby tego dokonać bez naciągania naiwnych, bogatych ludzi, którzy zgodnie ze starym chińskim porzekadłem stają się odpowiedzialni za czyjeś życie, po tym jak je ocalili. Victor celowo dławi się w restauracjach, zataczając się w kierunku najbardziej bogatego gościa, aby ten go uratował i od tej pory zasilał dobroczynnie fundusz , dzięki któremu jego matka może przebywać w luksusowym domu starców.


Bohater Udław się uciekał cale dzieciństwo, a teraz widzimy go jako dwudziestoparolatka – wciąż uciekającego. Victor nienawidzi świata. Jest seksoholikiem i tylko przez te kilka chwil uniesienia uważa swoją egzystencję za możliwą do zniesienia. To jeden z tych ludzi, dla których stworzono specjalne urządzenia w szpitalach, służące do wyciągania podłużnych przedmiotów, które dziwnym trafem znalazły się w otworach w ich ciałach. Chuck Palahniuk czyni go typowym dzieckiem swoich czasów, jednym z wielu mu podobnych. Wycięci z szablonów postępowań i oczekiwań, które narzuca im nowoczesny, bezpieczny i wysterylizowany emocjonalnie świat, uciekają we własne fetysze i nieosiągalne, wyidealizowane wyobrażenia. Podobnie jak we wszystkich poprzednich powieściach absolutna wolność obyczajowa, niepodparta żadnymi stałymi fundamentami moralnymi zamienia się w „wolność” – tym razem jest to uzależnienie od seksu, które pozwala, podobnie jak heroinowy ciąg, zamknąć się przed światem zewnętrznym w szczelnej skorupie użalania się nad sobą. Każdy ma swoje porno i swoją strzykawkę, każdy daje się wtłoczyć w egzystencjalny kaftan bezpieczeństwa, który zniewalając, uwalnia od życia wymuszającego podejmowanie ważnych decyzji. Eskapizm w takim wydaniu spełnia oczywiście w jakiś sposób swoje zadanie, wszyscy jednak zapominają, że od jednego nie da się uciec – od samego uciekania. A to uzależnienie okazuje się najsilniejsze na świecie.

Victor Mancini to człowiek nieszczęśliwy. Mówi, że każdy syn wychowany przez samotną matkę jest żonaty od urodzenia. Całe życie był zakładnikiem, nigdy dzieckiem. Bezgraniczne uzależnienie od niej jest kolejnym, z którym walczył wtedy i walczy teraz. Nie chce, aby wyzdrowiała ze strachu przed tym, że zbyt mocno będzie oddziaływać na jego życie. Nie chce, żeby umarła, bo wtedy odejdzie jedyna osoba, która potrzebuje jego pomocy. A Victor pragnie być potrzebny, inaczej straci resztki sensu swojej egzystencji. Nie radzi sobie ze światem obojętnym na jego osobę – takim, który wyrzuca go na margines istotności. Staje się zatem zjadaczem grzechów innych ludzi. Chore na demencję pensjonariuszki domu starców widzą w nim tego, kogo chcą widzieć – człowieka, który je zgwałcił w młodości, rozjechał psa, ukradł oszczędności życia. A on przyjmując na siebie przewiny ich prawdziwych lub wyimaginowanych prześladowców, daje im otuchę i wewnętrzny spokój. Czyli jest potrzebny. Pozwalając się ratować w restauracjach, sprawia, że jego wybawcy stają się bohaterami we własnym domu, że dzięki niemu odkupili swoje winy, bo wszystko blednie i staje się nieważne, gdy ratujesz życie. Ludzie ratując Victora, tak naprawdę ratują samych siebie. Z oczyma mokrymi od łez klepią go po plecach, a on, wtulony w ich matczyne lub ojcowskie piersi łka, nie zważając na to, że z każdym kolejnym dniem jego płacz jest dłuższy i prawdziwszy. Daje jednak wiele tym obcym sobie ludziom – czyli jest potrzebny.


Okazuje się, że ludzie w świecie Palahniuka potrzebują kogoś, kto zostanie naczyniem na ich grzechy, ułomności, kogoś, kto ich wyzwoli. Potrzebują mesjasza. Podczas czytania powieści docieramy w pewnym momencie do punktu, w którym Victor poszukujący uporczywie odpowiedzi na to, kim był jego prawdziwy ojciec, odkrywa, że jego geny mogą pochodzić od wykradzionej relikwii (trzeba to powiedzieć – chodzi o zmumifikowany napletek Jezusa) użytej w procesie klonowania. Czy zatem możemy mówić tutaj o nowym Zbawicielu? O Jezusie na miarę naszych czasów, o takim zbawcy, na jakiego zasługujemy? Palahniuk mówi, że owszem, ale pod warunkiem, że godzimy się na to, że jesteśmy sztuczną kreacją otaczającego nas świata, kimś zdefiniowanym tylko jako wynik reakcji na wymogi otoczenia. Taka była matka Victora, wiecznie zbuntowana i stworzona w opozycji do zakłamanego McŚwiata. Tacy są bogacze, stosujący na Victorze manewr Heimlicha w restauracjach. Takie są staruszki wskazujące go z wyrzutem krogulczymi paznokciami, gdy odwiedza swoją matkę.

Historia seksoholika walczącego z uzależnieniem na początku powieści pozornie i całkiem szczerze już pod koniec, to krytyka świata, który potrzebuje takiego mesjasza. Człowiek ciągle urabiany przez świat, bez żadnych cech będących jego i tylko jego kreacją, może przy odrobinie chęci sam być swoim Jezusem, wystarczy pójść drogą małych kroczków i budować coś cegła po cegle, nie wiedząc nawet , co z tego wyjdzie za jakiś czas. Przecież Jezus nie od razu był świętym, nie od razu wszystko umiał. Prawdopodobnie zanim dokonał pierwszego cudu, zrobił po prostu kilka dobrych uczynków, przeprowadził ślepca przez ulicę, aby ten nie wpadł pod rozpędzonego wielbłąda lub opróżnił z lekka stągwie z winem, aby lżej się je niosło. Tę prawdę odkrywa Victor podczas kolejnej ucieczki w swoim życiu – od domniemanego genetycznego przeznaczenia. Robiąc wszystko to, „czego Jezus by NIE zrobił”, paradoksalnie odkrywa w sobie pokłady moralności i pierwsze kawałki budulca, z którego stworzy nowego siebie, tym razem takiego, jakiego chce widzieć on sam, a nie wtłaczający go w sztywne formy świat. Może w końcu być kreatorem swojego życia, po raz pierwszy zbawia sam siebie. Jeśli się postaramy, takim Chrystusem może zostać każdy z nas. 

Niedługo po wydaniu Udław się Chucka Palahniuka spotyka wielka rodzinna tragedia. Ojciec pisarza i jego kochanka zostają zamordowani przez zazdrosnego „byłego”. Gdyby tego było mało – krótko potem dziadek Palahniuka zabija w afekcie żonę. Kolejna powieść pod tytułem Kołysanka powstała w czasie żałoby i pozwoliła według samego autora pogodzić się z tymi przeżyciami. Wyznacza też miejsce, od którego styl Palahniuka zmienia kurs. Na jaki? Niedługo opowiem.

Za egzemplarz do recenzji bardzo dziękuję wydawnictwu Niebieska Studnia.

Tytuł: Udław się
Tytuł oryginalny: Choke
Autor: Chuck Palahniuk
Tłumaczenie: Robert Ginalski
Wydawca: Niebieska Studnia
Data wydania: 2014
Rok wydania oryginału: 2001
Liczba stron: 352
ISBN: 9788360979303

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza