wtorek, 3 lutego 2026

Sezon spadających gwiazd

Uniwersalna nostalgia


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Późni millenialsi kończyli podstawówkę i zaczynali gimnazjum mniej więcej na początku XXI wieku. Ich przedstawicielem jest Marcin Podolec, autor „Sezonu spadających gwiazd”, czyli komiksu uniwersalnej nostalgii.

Jesteśmy w jakimś małym polskim miasteczku, w przeszłości oddalonej mniej więcej o dwadzieścia lat. Grało się wtedy w „Małysza” na komputerach z Pentium 4 i Windowsem XP; walczyło o życie w gimnazjum, słuchało Linkin Park albo Limp Bizkit, w telewizji leciał „Big Brother” i startował „Taniec z gwiazdami”, a w kinach „Powrót króla” Petera Jacksona. Prawdę mówiąc, nie są to „moje” czasy. Abym w pełni mógł wczuć się w emocjonalne stany głównego bohatera „Sezonu spadających gwiazd”, akcja komiksu musiałaby się przesunąć do początku lat dziewięćdziesiątych – do flanelowych koszul i „Smells Like Teen Spirit” Nirvany. Tylko uwaga – opowieść Marcina Podolca o perypetiach bezimiennego czternastolatka żyjącego u progu XXI wieku (mniej więcej) jest bardzo uniwersalna. W buty głównego bohatera wejść jest bardzo łatwo, niezależnie od metryki.


Chłopaki grają w kosza w każdym możliwym momencie. Najfajniejsi grają na dużym boisku za szkołą specjalną, przeciętniaki za „dwójką”, choć nikogo to nie obchodzi, a „loserzy” za „dziesiątką”, ale tak naprawdę nawet nie zaczynają, bo jak zwykle zapominają piłki. Basketball, podglądany u najlepszych w telewizji, jest ich sensem życia, bo poza jego uprawianiem nie ma za bardzo co robić. Główny bohater komiksu należy do szkolnej drużyny koszykówki, ale nie przynosi mu to oczekiwanego splendoru. Grzeje ławę, kumple się z niego śmieją, kroją z kasy i zakładają śmietnik na głowę. Matki nie ma, ojciec przysypia w fotelu przed telewizorem i jest ciągle nieobecny. Tylko babcia ze swoimi ciasteczkami i stary wierny kundel, któremu coraz bliżej do krainy wiecznych łowów, są prawdziwymi przyjaciółmi samotnego i bezradnego wobec rzeczywistości chłopca.


Marcin Podolec opowiada o czasach, w których był rówieśnikiem bohatera swego komiksu. Nie możemy wyrokować, czy jest to jego autobiografia, bo przynajmniej część perypetii głównego bohatera komiksu każdy z czytelników może dopasować do własnych wspomnień, niezależnie od tego, czy urodził się w 1981, czy 2001 roku (Podolec urodził się w 1991). Nastoletnia wrażliwość skonfrontowana ze światem promującym konformizm jako strategię obronną przed wykluczeniem – z tym mierzy się chłopiec niemogący liczyć na ojca w żadnym aspekcie swego życia. Główny bohater „Sezonu spadających gwiazd” budzi oczywiście współczucie i politowanie, ale każdy czytelnik łapie się w pewnym momencie na tym, że te uczucia żywi nie tyle wobec niego, co wobec samego siebie. Każdy z nas bowiem miał w nastolęctwie miękkie podbrzusze, które chował przed rzeczywistością z różnym stopniem powodzenia.


Rysunek Podolca jest urzekający. Pierwsze skojarzenie to oczywiście „Fistaszki” Charlesa M. Schulza, ilustracje Sempégo do „Przygód Mikołajka”, a nawet „Kid Paddle” Midama. Pozornie niedbały, ale w ostatecznym rozrachunku idealny. Perypetie głównego bohatera podzielone są na jednostronicowe, krótkie scenki bezpośrednio niepowiązane, ale ostatecznie układające się w większą całość. „Sezon spadających gwiazd” jest oczywiście pełen humoru, choć momentami bardzo gorzkiego, budzącego litość wobec bohatera. Może nie wszyscy mieli tak przechlapane jak on, ale każdy znajdzie w komiksie przynajmniej kilka scen jakby wyjętych z jego własnych wspomnień. Nastoletnie życie wspominamy najczęściej z uśmiechem i nostalgią. U niektórych z nas uśmiech ten okazuje się nałożoną maską, bo nostalgia nie jest dla nich powrotem do „fajnych czasów”.


Tytuł: Sezon spadających gwiazd
Scenariusz: Marcin Podolec
Rysunki: Marcin Podolec
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Data wydania: sierpień 2025
Liczba stron: 176
Oprawa: miękka
Papier: offset
Format: 165 x 230
Wydanie: I
ISBN: 9788368331363

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz