niedziela, 16 marca 2025

Batman. Łowy

Batmania


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Klasyka „Batmana” z lat dziewięćdziesiątych to nie tylko wielkie epopeje jak „Knightfall” czy „Ziemia niczyja”. To również krótkie, kilkuodcinkowe opowieści niewpływające zbyt mocno na uniwersum DC Comics czy historię Mrocznego Rycerza. „Batman. Łowy” dostarcza dwóch tego rodzaju fabuł – powiązanych postacią pewnego antagonisty Batmana.

Gdy pisałem o „Gotyku” Granta Morrisona, wspomniałem o roku 1989, kiedy to w czerwcu do kin wszedł „Batman” Tima Burtona. Potem w listopadzie, inspirowana filmowym hitem i „Rokiem pierwszym” Franka Millera, wystartowała kolejna seria komiksowa – „Legends of the Dark Knight”. Plan był prosty. Pięcioodcinkowe, następujące po sobie historie z fabułami sięgającymi czasów początku kariery człowieka-nietoperza, pisane i rysowane były przez zmieniające się zespoły kreatywne. Nie trzeba było sztywno trzymać się historii postaci, można było za to eksperymentować. Pięcioodcinkowy format sprawdził się tylko w pierwszych dwudziestu odcinkach. 1-5 to „Szaman”, rzecz rozwijająca założenia wspomnianego „Roku pierwszego” i zawartą tam symbolikę nietoperza. 6-10 to właśnie „Gotyk” Morrisona, jedna z najlepszych rzeczy, jakie wyszły w serii. 11-15 to pierwsza połowa omawianego dziś albumu, do której za chwilę przejdziemy. I wreszcie 16-20 to znakomity, dobrze nam znany z czasów TM-Semic „Venom”, czyli preludium do „Knightfall”. A potem uznano, że pięć odcinków to zbyt sztywne założenie – czasem historia wypchana jest przez to narracyjną watą i za bardzo się ciągnie, więc zaczęły pojawiać się też fabuły krótsze, czasem nawet jednoodcinkowe.


Zeszyty „Legends of the Dark Knight”, numery 11-15 z drugiej połowy 1990 roku, noszą wspólną nazwę „Prey”. Kto tu na kogo poluje, kto jest ofiarą? Jesteśmy w czasach tuż po tym, jak Jim Gordon został komisarzem GCPD. Burmistrz zleca mu powołanie specjalnego oddziału „do spraw mścicieli”, czyli tak naprawdę grupę pościgową za Batmanem. Do ekipy dołącza podobno znakomity psychiatra Hugo Strange, który z niewyjaśnionych bliżej przyczyn wpada w prawdziwą obsesję na punkcie Mrocznego Rycerza. Gordon oczywiście podejmuje próby sabotażu, bo chyba jako jedyny mieszkaniec Gotham rozumie, że Batman może przynieść więcej dobrego niż złego. Strange osuwa się powoli w szaleństwo i okazuje się wielkim wyzwaniem dla naszego bohatera – oczywiście nie w wymiarze fizycznym, lecz mentalnym. Wielka tajemnica jego podwójnej tożsamości wydaje się zagrożona. „Prey” nie jest może najlepszą nietoperzową klasyką, ale ma w sobie ten specyficzny sznyt i sposób narracji sprzed ponad trzydziestu lat, TM-Semicowy klimat.


Nieco ponad dekadę później, w pierwszej połowie 2001 roku, gdy seria „Legends of the Dark Knight” przekroczyła numer sto trzydziesty, Hugo Strange powrócił w opowieści „Terror”. W świecie komiksu minęło dosłownie kilka miesięcy – tym razem szalony psychiatra jest już wyjętym spod prawa przestępcą. Podając się za niejakiego doktora Absonusa, uwalnia Jonathana Crane’a z Azylu Arkham i znów próbuje zdemaskować oraz upokorzyć Batmana. Tym razem sprawy wymykają mu się nieco z rąk. Crane umacnia się w swojej przerażającej i groteskowej postaci Stracha na Wróble, a do tego wszystkiego wplątuje się też Catwoman. „Terror” jest trochę dziwny, chyba nieprzemyślany i bardzo niespójny – to taka klasyka, którą czytają zapaleńcy i megafani Batmana. Nie poleciłbym jej nikomu, kogo chciałbym do przygód człowieka-nietoperza przekonać.


„Prey” i „Terror”, razem jako „Łowy”, to komiksy – odpowiednio – całkiem niezły i niezbyt udany. Łączy je oczywiście postać szalonego psychiatry, który zadebiutował w amerykańskich komiksach już w 1940 roku – w „Detective Comics” #36. Jest to jedno z tych dzieci Złotej Ery Komiksu, które nigdy nie dorosło i nie spoważniało – w „Łowach” jest tak samo groteskowy, głupawy i niedorzeczny jak w czasach swego debiutu. Jest to złoczyńca, któremu nie zależy na bogactwie, władzy czy sianiu chaosu – on ma po prostu absolutną obsesję na punkcie Batmana. Nie chce tylko rozgryźć jego postać, rozpracować metody działania i odkryć tajną tożsamość. Hugo Strange chce być Batmanem! Jego mania (Batmania?!) przybiera tak kuriozalne formy, jakich naprawdę ze świecą szukać. Doug Moench trzyma go w „Prey” jeszcze trochę w ryzach, ale w „Terrorze” puszcza cugle i kończy się to niestety fabularną katastrofą. „Terror” jest komiksem momentami naprawdę nielogicznym – małe scenariuszowe głupotki dotyczą nie tylko postaci Strange’a, ale również Stracha na Wróble i (przede wszystkim) Batmana i Gordona. Ciekawostka – Hugo Strange pojawił się już wcześniej w Polsce. Matt Wagner, znany ze świetnego, wydanego niedawno „Sandmana. Teatru tajemnic”, napisał „Batmana. Świt mrocznego księżyca”. Hugo Strange tworzył tam wielkie, genetycznie zmodyfikowane olbrzymy do walki z mafią Gotham. Tak jest, oto cały on!


Ale „Batman. Łowy”, a zwłaszcza jego pierwsza połowa, świetnie sprawdza się jako wspominkowa lektura „z tamtych czasów”. Moench nawiązuje, jak wszyscy na początku „Legends of the Dark Knight”, do „Roku pierwszego” Franka Millera. Batman nie ma jeszcze batmobila i musi podróżować lotnią, Jim Gordon dopiero wpadł na pomysł reflektora z bat-sygnałem, a Kotka i Nietoperz są na początku znajomości.

Frank Miller, jak to często powtarzał, rysował „Batmana” eskapistycznego. Czytelnik nie może być Nietoperzem, ale dzięki komiksom jest nim choćby przez chwilę. Doug Moench stawia Strange’a w pozycji czytelnika – ale ten ucieka w zawiść, zazdrość, kompleksy i szaleństwo. Czyli podobnie jak kilku innych rezydentów Azylu Arkham. Jednak żaden z nich nie był nigdy tak żałosny.

Tytuł: Batman. Łowy
Scenariusz: Doug Moench
Rysunki: Paul Gulacy
Tłumaczenie: Paulina Walenia
Tytuł oryginału: Batman. Prey
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: styczeń 2025
Liczba stron: 252
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 9788328165809

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz